Kilka dni przed festiwalem prognozy pogody zwiastowały deszczowe rozpoczęcie 19. edycji OFF Festivalu. Los jednak zlitował się nad uczestnikami, dlatego też popadało w piątek rano, a przy rozpoczęciu wydarzenia chwilę po 17:00 mogliśmy nad Doliną Trzech Stawów w Katowicach cieszyć się przyjemną, słoneczną pogodą bez upałów, które odbierały przez ostatnie dni smak życia. Czy można było wyobrazić sobie lepszą pogodę na początek tego wydarzenia?
OFF Festival 2026 - zmiany, zmiany
OFF Festival 2026, który w tym roku odbywa się od 7 do 9 sierpnia, to niewątpliwie kilka zauważalnych zmian. Po raz pierwszy od kilku dobrych lat nie nakładał się na Pol'and'Rock Festival, co na pewno zwiększyło listę obecności. Zadbano również o sprawniejsze rozładowanie kolejek po opaski, co stanowiło jeden z głównych punktów dyskusji edycji z tamtego roku.
Co więcej, po eksperymencie, jakim był w tamtym roku OFF'N JAZZ Club, wygląda na to, że namiot goszczący młodych jazzowych artystów wszedł na stałe do oferty katowickiego festiwalu. Niezmiennie dostać się do jego środka było za każdym razem bardzo trudno. Z jednej strony bardzo to cieszy, z drugiej nasuwa pytania, jak można by było tę przestrzeń bardziej otworzyć.
Scena główna, sponsorowana w tym roku przez mBank, zyskała natomiast ogromne udogodnienie w postaci trybuny. Mała rzecz, przez niektórych na wyrost wyśmiewana, ale cieszy i trudno jej nie zachwalać. Szczególnie że wejść na nią może absolutnie każdy, a do tego znacząco rozładowała tłum, jaki okupował na leżakach podczas występów headlinerów w strefie gastronomicznej, położonej po prawej stronie głównej sceny.
OFF Festival 2026 - najlepsze koncerty w piątek
Co można zaliczyć do występów, które najbardziej zapamiętamy z piątkowego wieczoru na OFF Festival 2026? Tercet Imperial już nieco po 18 porywał do tańca połączeniem polskiej tradycji folkowej z… jazzem, muzyką hinduską i afrykańską. Co do jazzu, trudno było przegapić słoneczny projekt Dana and Alden na scenie głównej: dowód na to, ile do tej materii można wnieść nowoczesnej przebojowości.
Tworząc listę poleceń Interii zaznaczyłem, że bardzo ważnym elementem OFFa jest odwiedzanie koncertów artystów, do których nie jest się przekonanym, lub których się zwyczajnie nie zna. Tak zaszedłem na występ Joshuy Idehena, który sprytnie łącząc elementy stand-upowe z grimem, spoken wordem i muzyką klubową już o godzinie 18 porwał publiczność na Scenie Eksperymentalnej. Urzekła mnie jego charyzma i naprawdę fenomenalny kontakt z publicznością. "Chcę zrobić coś, co nigdy nie wydarzyło się jeszcze w Polsce" - mówił, zachęcając do zrobienia tzw. "Nigerian wave" - fali idącej od przodu sali do jej końca. Nie brakowało także momentów na ważne przesłania, muzyk zachęcał do dbania o siebie i bliskich, dzielił się swoją historią i dodając, że "w każdym z nas jest trochę magii, oprócz Benjamina Netanyahu", wywołał gromkie brawa. Naprawdę cieszę się, że tam zaszedłem, bo muzyka Joshuy pozostanie ze mną na dłużej.

Kiedy Current Joys - amerykański muzyk i wokalista, którego utwór znalazł się w tegorocznym kinowym hicie "Obsesja" - ekstrawertycznie wylewał z siebie emocje w duchu brytyjsko-gitarowym, zupełnie inny bieg proponowała Dobrawa Czocher na Scenie Eksperymentalnej. Autorka tegorocznego "State of Matter" i towarzysząca jej na scenie Natalia Czekała zaproponowały bardzo introspektywny, w dużej mierze operujący ciszą koncert, przełamany od czasu do czasu wzniosłymi momentami na wiolonczeli. Dla fanów neoklasyki był to moment absolutnie obowiązkowy.
Koncert grupy W.I.T.C.H. stanowił jeden z najjaśniejszych momentów pierwszego dnia, poświęciłem z tego tytułu grających na głównej scenie Black Country, New Road. Zambijska formacja pod wodzą Emanuela "Jagariego" Chandy rozbujała publiczność swoją taneczną mieszanką z wpływami Led Zeppelin, Black Sabbath i Jimiego Hendrixa. Muzycy w pięknym stylu odpływali w dużo bardziej rytmiczną formę rockowego grania, a sam Jagari mimo 75 lat na karku, ani trochę nie dawał tego po sobie poznać i zarażał energią wypełnioną po brzegi Scenę Trójki. W międzyczasie publiczność zapoznać się mogła także z niektórymi historiami, kryjącymi się za niektórymi utworami, oraz poczuć prawdziwą radość, jaka płynęła od zespołu, który pierwszy raz - mimo kariery sięgającej jeszcze lat 70. - dotarł do Polski.
Końcówkę występu prekursorów zamrocka musiałem odpuścić, by na chwilę odwiedzić scenę OFF'n Jazz Club, gdzie w pięknym stylu publiczność zahipnotyzowały O.N.E. - jazzowy kwartet, w którego skład wchodzą Monika Muc (saksofon), Kateryna Ziabliuk (pianino), Kamila Drabek (kontrabas) oraz Patrycja Wybrańczyk (perkusja). Samym w sobie sukcesem było to, że udało mi się dopchać do tego namiotu, a możliwość usłyszenia tak wspaniałych artystek tylko tę euforię spotęgowała. Ciężko jednak napisać mi o tym występie więcej, bo to coś, co zwyczajnie trzeba zobaczyć!
Earl Sweatshirt to niewątpliwie raper wybitny i było słychać to na scenie. Za mikrofonem radził sobie doskonale. Problem tkwi natomiast w tym, że ostatnie albumy rapera, utrzymane głównie w konwencji drumlessowej, to z zasady materiał mało koncertowy. Dlatego niezależnie jak bardzo dzisiaj potrafi imponować raper, który przez godzinę gęsto nawija ze wsparciem DJ-a pełniącego również rolę hypemana, tak trudno zaliczyć to jako najbardziej pamiętny punkt tego piątkowego wieczoru.
The Flaming Lips na OFF Festival 2026, czyli jak zaskakiwać na każdym kroku
Takim punktem natomiast - co było dość oczywiste - stanowił koncert The Flaming Lips. Amerykańska grupa rockowa wróciła na teren Doliny Trzech Stawów po 16 latach - weterani wydarzenia pamiętają z pewnością fakt, że ostatni raz gościli tu wówczas, gdy festiwal z powodzeniem przeniósł się z Mysłowic do Katowic.
A co można powiedzieć o koncercie? Z pewnością było to niezapomniane show z gatunku tych, w których obserwuje się artystów z myślą, co za chwilę abstrakcyjnego może się wydarzyć. 65-letni lider grupy, Wayne Coyne, zachowuje przy tym energię nadpobudliwego dziecka. Nieustannie zachęca publiczność do reakcji, krzyków, chętnie wchodzi w interakcję. W biurze prawdopodobnie byłby tym pracownikiem, którego nie można zaczepiać, bo oderwie się od pracy na 2 godziny i przegada wszystkich.
Muzycy w ramach trwającego już 4 lata projektu koncertowego, zagrali materiał z płyty "Yoshimi Battle the Pink Robots" z 2002 roku. Trudno było tego nie zauważyć, skoro już na wstępie scenę zdominowały 4 wielkie nadmuchiwane różowe roboty, które bujały się w rytm dźwięków The Flaming Lips. Rzecz zabawna o tyle, że patrząc na scenę pod kątem, można było zauważyć bez problemu ekipę, która bujała tymi rekwizytami.
Rzucanie balonami w publiczność? Było! Wystrzeliwanie konfetti w rytm muzyki? Było (a znajomi, którzy byli na innych koncertach The Flaming Lips mówili, że nigdy nie było tego aż tyle)! Wielka dyskotekowa kula odbijająca światło? Śpiewanie w balonowej kuli? Wielkie oczy i usta na scenie? Lasery rzucające wizualizację na drzewa naprzeciwko sceny? Ależ proszę! Miejscami można było odnieść wrażenie, że te poszczególne atrakcje przyćmiewały muzykę. A przecież "Yoshimi Battles The Pink Robots" stanowi jeden z jaśniejszych punktów dyskografii tej bardzo specyficznej grupy. Posłuchanie "One More Robot" czy "Do You Realize??" na żywo to doświadczenie niesamowite, przy czym łatwo można było poczuć przebodźcowanie.
Dlatego gdy koncert The Flaming Lips dobiegł do końca, poszliśmy jeszcze całą ekipą na absurdalny transowo-psychodeliczny koncert Los Thuthanaka połączony z wizualizacjami rodem z interaktywnych programów telewizyjnych z początku lat 2000. Rzecz przede wszystkim do pobujania się, ale warto było zobaczyć chociażby te bogate stroje muzyków.
A drugiego dnia na OFF-ie czekają na nas m.in. oklou, Yung Lean & Bladee, Chat Pile czy legenda industrialu z Niemiec Einstürzende Neubauten. Bądźcie z nami!
















