Trzeci dzień OFF Festivalu 2025 rozpoczęliśmy od zobaczenia zespołu Metro na Scenie mBank i Visa. To idealna propozycja dla wszystkich, którzy tęsknią za brzmieniem The Cure z lat 80. Po nich warto było pójść w stronę Sceny Perlage, aby zobaczyć Ciśnienie - było tak gęsto i głośno, że fani Swans czy Godspeed You! Black Emperor powinni być w pełni zadowoleni. Szczególnie że jazzowy twist w twórczości katowickiego zespołu sprawia, że mimo ewidentnych inspiracji, zyskują osobne, oryginalne brzmienie.
Najbardziej "czilujący" moment niedzieli należy do Maríi José Llergo, która swoim połączeniem soulu, r'n'b i flamenco wprowadziła na teren OFF Festivalu nieco brakującego na niebie słońca. MJ Lenderman natomiast zagrał zgodnie z oczekiwaniami, może bardziej przesuwając się w stronę bluesa niż ma to miejsce na płytach. Nie był to najbardziej zapamiętywalny moment niedzieli, ale wszyscy, którzy chcieli nieco wyluzować po dużo bardziej intensywnych koncertach mogli poczuć się tu jak w domu.
Scenę eksperymentalną przejęli z kolei nu metalowcy z .bHP. Z ich twórczością na żywo zmierzyłem się po raz kolejny. Choć jestem wielkim fanem studyjnych materiałów, z trudem odbieram ich sceniczne występy. Przede wszystkim problemem było nagłośnienie, które skutecznie zaburzało odbiór koncertu serwując dźwiękową papkę ze zbyt głośnymi wokalami. Mimo wszystko zespół skutecznie zagrzał fanów do zabawy do tego stopnia, że nie przeszkadzały im efekty przechodzącej w drugim dniu ulewy. Zaobserwować mogliśmy trochę błotnych moshpitów, a na scenie gościnnie pojawił się też Jonasz Gubera.
Afrykański groove na OFF Festival
Za jeden z jaśniejszych punktów niedzielnego wieczoru należy wskazać Seuna Kutiego, występującego z zespołem Egypt.80, założonego jeszcze przez ojca muzyka, Fela Kutiego. To był ogrom pozytywnej energii oraz czysty groove, który z automatu nakazywał tańczyć. Choć Kuti, natchniony ewidentnie afrobeatowym duchem ojca, nie zapomniał o szeregu politycznych przekazów. W swoich płomiennych przemowach mocno opowiadał się przeciwko prawicowemu ekstremizmowi oraz popierał ideę wolnej Palestyny. To zawsze bardzo ciekawe doświadczenie, kiedy muzyka mówi "tańcz", a słowa mówią "walcz o wolność".
Chociaż absolutnie się tego nie spodziewałem, bardzo wiele wspólnych punktów miał z nimi Pa Salieu. W towarzystwie muzyków, jeszcze bardziej przesuwał środek ciężkości z brytyjskich gatunków rapowych w stronę brzmień swoich gambijskich korzeni. Bardzo pozytywne zaskoczenie.
Instrukcje jak skakać po scenie
Alan Sparkhawk rozpoczął swój koncert w sposób, który pewnie wielu osobom znającym muzyka z Low mógł wydawać się zaskakujący. Auto-tune, skakanie po scenie, rozbieranie się. To nie jest ten introwertyczny klimat, który znany był z koncertów, które grał ze świętej pamięci Mimi Parker. A przynajmniej do połowy, gdyż druga połowa koncertu w Scenie Eksperymentalnej wynagradzała czas tam spędzony wszystkim, którzy oczekiwali mistycznego klimatu zbliżonego do tego, jak wyglądały koncerty muzyka w czasach wydania "Double Negative".
Dla porównania w tym samym czasie na Scenie BLIK występowali niezmiennie bardzo niedoceniony polski indie popowy duet AlaZaStary, który promował swoją nadchodzącą płytę "3". Z kolei na Scenie mBank i Visa swoją muzykę prezentował nakręcony duet Soft Play - byli punkowi, napakowani energią i mimo przerysowanego maczystowskiego image'u, wyjątkowo wyzbyci toksycznej męskości. Był moshpit? Jakżeby inaczej, jeden z nich nawet specjalnie zadedykowany dla pań! Widać było, że muzycy bawili się równie dobrze, co publiczność, serwując jeden z lepszych występów tego festiwalu. Gdzie w tym czasie nie trafili uczestnicy OFF Festivalu, mogli czuć się usatysfakcjonowani.
Kolejnym artystą, którego koncert spotkał się chyba z większym zainteresowaniem niż zamierzano był Geordie Greep. Ci, którzy widzieli go z Black Midi w 2019 roku, być może spodziewali się absolutnie dzikiego show, rzeczywistość była nieco inna, acz wcale nie gorsza! Muzyk wraz z zespołem na scenie pojawił się punkt 21:30 i grał z wyświetlonym za sobą zegarem. Przy tak matematyczno-jazzująco-rockującej mieszance z latynoskimi wpływami ciężko było nie zagubić się w improwizacjach, a czas jest jednak ograniczony. Mniej energetyczne momenty momentami zdawały się aż za bardzo odpływać w świat wyobraźni, ale wszystko to przełamywane było kompozycjami takimi jak "Blues" czy "Holy, Holy", które dodały temu koncertowi bardzo potrzebnego kopa, po którym czym prędzej pobiegłem do namiotu, by zapytać Greepa o wrażenia, o których wkrótce tutaj przeczytacie.
Headliner absolutny
Płyta Sceny Perlage, na której zagrało Fontaines D.C. wypełniała się publicznością długo przed rozpoczęciem koncertu. Już pół godziny przed pierwszymi dźwiękami Irlandczyków zrobiło się naprawdę tłoczno. Nic dziwnego - od czasu swojego występu na OFF Festivalu w 2018 roku, Fontaines D.C. z gitarowej ciekawostki przeszli drogę do jednego z największych współczesnych rockowych zespołów. Na tegorocznej edycji wydarzenia ogrom tłumu mógł konkurować wyłącznie z piątkowym Kneecap. Ogromny szacunek dla organizatorów za sprowadzenie ich do Katowic, gdyż mogło się wydawać, że w tym momencie to zespół na OFF-a zwyczajnie za duży.
Fani ostatniej płyty - "Romance" - mieli okazję usłyszeć m.in. "Here's The Thing" oraz "Starburster". Jeżeli jednak ktoś oczekiwał dzieł z poprzednich płyt, nie wyszedł z koncertu rozczarowany. W Katowicach wybrzmiały bowiem kultowe "I Love You" czy "Jackie Down The Line" czy "Boys in the Better Land".
To, co wielu osobom mogło wydawać się rozczarowujące to bardzo oszczędny kontakt muzyków z publicznością. Nie jest to jednak kwestia wyjątkowa tylko dla tego koncertu. Muzycy chętniej niż udzielać się konferansjersko, wolą grać swoją muzykę. Komunikaty propalestyńskie - które były na tej edycji OFF Festivalu zresztą stałym elementem bardzo wielu koncertu - przekazywano natomiast za pomocą napisów na ekranie. Po prostu grali, a wokalista zespołu, Grian Chatten, nadrabiał brak konferansjerki śpiewaniem bezpośrednio do osób stojących w pierwszych rzędach. Kilkunastu obecnych dało się porwać również crowdsurfingowi. Świetnego wrażenia nie zepsuło nawet to, że po zagraniu ostatniego utworu muzycy po prostu… poszli. Tak jakby planowali pozostawić lekki niedosyt. Albo się nie pożegnać, bo to, że jeszcze wrócą do Polski, wydaje się niemal pewne.
Kto wie. Może to będzie też na OFF Festivalu? Do zobaczenia za rok!











