Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Na początku maja wydałeś swój trzeci krążek, który - jak sam z dystansem przyznajesz na Instagramie - w końcu potrzebuje atencji od słuchaczy. Po tych ponad dwóch miesiącach od premiery czujesz, że otrzymał jej wystarczająco dużo?
Michał Anioł: Myślę, że ilościowo chyba wciąż niewystarczająco, ale na pewno dostałem mnóstwo bardzo "kalorycznej" atencji. Moja w tym rola, żeby ten materiał szedł teraz dalej w świat, ale z samej jakości tego feedbacku jestem mega zadowolony. Wszyscy się jarają i album bardzo się podoba. Dostaję mnóstwo wiadomości, że to po prostu świetny krążek i dobra polska alternatywa - tak że bardzo się cieszę, to niezwykle miłe.
Czyli odbiór jest jak najbardziej pozytywny, tylko problem byś wskazał w tym, że ten album po prostu nie poniósł się jeszcze wystarczająco szeroko…
- Wiesz, ten krążek cały czas jest w fazie rozwoju. Moment premiery albumu to przecież nie jest jego pogrzeb, tylko narodziny (śmiech). Plany są takie, żeby jeszcze mocno z nim podziałać i zrobić wokół niego parę fajnych akcji. Uważam, że to dopiero początek drogi "1 2 3 4 5 R". Wiele osób po prostu jeszcze go nie usłyszało i nie miało do tego okazji, więc chciałbym teraz zadbać o to, żeby dać im taką możliwość. Cały proces tworzenia tej płyty w ogóle nie był skupiony na tym, żeby odniosła ona jakikolwiek komercyjny sukces. Od początku założyliśmy sobie, że to ma być najbardziej low-cortisol projekt, jaki tylko możemy zrobić - bez spinania się na sztywne deadline'y i zewnętrzne oczekiwania. Przez ostatnie dwa lata tworzyłem muzykę, którą po prostu głęboko czułem. To był dla mnie niezwykle ważny i ciekawy okres eksperymentów, w którym nie musiałem kalkulować, co się "kliknie", a co nie. Czuję, że robię najlepsze rzeczy właśnie wtedy, kiedy całkowicie odcinam się od takiego myślenia.
Dominika Płonka nazwała twój krążek płytą roku. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem?
- Nie mi to oceniać (śmiech). Jest mi z tego powodu niesamowicie miło, ale sam nie oceniam muzyki w takich kategoriach. Każda twórczość ma swoich odbiorców, więc zgaduję, że Dominika po prostu mocno rezonuje z moimi dźwiękami. Dla niektórych to na pewno będzie album roku, ale ogólnie uważam, że takich "albumów roku" może być nieskończenie wiele. Dla kogoś innego taki tytuł bez problemu zgarnie na przykład krążek od Skolima. Wszystko zależy od wrażliwości słuchacza.
"1 2 3 4 5 R" to krążek, z którym ponownie wróciłeś do w pełni samodzielnego wydawania muzyki, bez dużej wytwórni za swoimi plecami. Czujesz, że w takim niezależnym trybie jest ci po prostu lepiej?
- Tak, zdecydowanie lepiej. Praca w zaufanym gronie, z ludźmi, których dobrze znam, jest mi po prostu o wiele bliższa. Brakuje tu tej sztywnej, korporacyjnej struktury i nacisku, że coś "musi" być jakieś. Z Maćkiem, z którym bezpośrednio pracuję, działamy na własnych zasadach. Poza tym czułem, że po prostu potrzebowałem takiego całkowitego odcięcia się na te dwa, trzy lata, żeby złapać oddech. Przez rok w ogóle nie myślałem o swojej karierze muzycznej w kategoriach, że muszę ją jakoś strategicznie prowadzić. Myślę, że gdybym był wtedy związany kontraktem z wytwórnią, presja cały czas ciążyłaby mi z tyłu głowy - nawet nie z winy samych ludzi stamtąd, ale przez sam fakt bycia w tym całym rynkowym trybie. Tym razem było zupełnie inaczej, co wyszło mi wyłącznie na plus.
Dla ciebie muzyka od zawsze jest szeroko rozumianą "grą zespołową", zwłaszcza na etapie procesu twórczego. Doskonale pokazały to twoje wcześniejsze współprace, chociażby liczne numery i albumy z CatchUpem czy głośny projekt "OIO". I doskonale widać to, że twój nowy krążek to kolejny świetny przykład tej czystej zabawy i radości z robienia muzyki w gronie dobrych kumpli…
- Chyba przy pracy nad "1 2 3 4 5 R" ponownie się odblokowałem. Kiedy wydawałem drugą płytę, miałem z tyłu głowy zakodowane, że ona "musi" już spełniać jakieś określone standardy. Sam narzuciłem na siebie ogromną presję i oczekiwania, co do tego, jak moja muzyka powinna brzmieć. Dopiero po czasie zacząłem podchodzić do tego z zupełnie innej strony. Przełom nastąpił w momencie, gdy robiłem numer "Zabij", który wypuściłem jako luźny singiel jeszcze przed albumem. Wtedy po raz pierwszy od dawna poczułem, że jeśli podczas całego procesu masz po prostu czysty fun i robisz rzeczy bez żadnej kalkulacji, to jest to największe złoto dla artysty.
Jak natomiast patrzysz na tę swoją ewolucję pod kątem brzmienia? Jesteś w stanie wskazać konkretną przyczynę, z której wynika u ciebie porzucenie szeroko rozumianej elektroniki na rzecz brzmień indie alternatywnych, które słyszymy na "1 2 3 4 5 R"?
- To jest nowy format, który sam wciąż odkrywam. Od zawsze lubiłem w muzyce brak perfekcji, rzeczy "niekwadratowe", które brzmią trochę bardziej offowo. Odniosłem wrażenie, że taki efekt o wiele łatwiej uzyskać za pomocą instrumentów akustycznych. To dla mnie zupełnie nowy gatunek, w którym rozwijałem się przez ostatnie dwa lata i dalej to robię. Mega się tym jaram, bo czuję, że wychodzi mi to coraz lepiej. Zawsze marzyłem o tym, żeby mieć w numerach żywe gitary i inne instrumenty, samemu to wszystko dogrywać. Z tej zajawki narodziła się ta płyta i taki był cały proces jej tworzenia. Co oczywiście nie oznacza, że na zawsze odcinam się od elektroniki.
Piosenkowość, która pojawia się na nowej płycie, uznałbyś za jakąś przełomową rzecz w swoim podejściu?
- Myślę, że tak - to był na pewno duży cel, do którego konsekwentnie dążyłem. Założyłem to sobie te dwa lata temu i po prostu krok po kroku realizowałem, bo poczułem, że takie rzeczy podobają mi się dzisiaj najbardziej. Słuchałem artystów, którzy zupełnie inaczej procesują swoje wokale, w inny sposób prowadzą linie melodyczne i dbają o songwriting. Dla mnie ten proces nie polega już tylko na nagrywaniu wokalu do zapętlonego loopa. Chodzi o faktyczne reagowanie na muzykę, tekst i melodie w taki sposób, aby to wszystko ze sobą współgrało. Zależało mi, żeby odbiorca poczuł, że dany utwór to jeden spójny, przemyślany i żywy organizm, a nie tylko zlepek losowych elementów wrzuconych do jednego projektu.
Skąd w ogóle wzięło się u ciebie tyle melancholii, by niemal cały album oprzeć właśnie na tym motywie?
- Moje ostatnie dwa lata były mocno związane z samorozwojem i "szukaniem siebie". Tyle że startowałem z bardzo solidnej i stabilnej pozycji. To był dla mnie naprawdę świetny, bezpieczny czas. I myślę, że paradoksalnie właśnie przez to, że było mi tak dobrze i czułem się w pełni komfortowo ze swoimi emocjami, byłem w stanie zejść ze sobą znacznie głębiej. Miałem w sobie przestrzeń, by wyciągnąć na wierzch swoje lęki, niepewności i te ciche myśli, które na co dzień kryją się z tyłu głowy. Taki zresztą był zamysł liryczny tego albumu. Chciałem, żeby te teksty sprawiały wrażenie naturalnego strumienia świadomości - myśli, które nie zawsze są łatwe i których czasem wcale nie chcesz w tej głowie mieć. Kiedy jednak w końcu wypowiesz je na głos, okazuje się, że robi się lżej, a one same przestają być aż takie straszne.
Na etapie pisania tekstów miałeś jakieś trudności związane z tym otwarciem się? Pojawiły się chwile zawahania czy blokady przed wpuszczeniem słuchacza tak "głęboko"?
- Zupełnie nie miałem z tym problemu. To przychodziło do mnie całkowicie naturalnie. Myślę, że już wcześniej zbudowałem sobie bardzo dobre fundamenty pod to, by móc tak szczerze otworzyć się przed odbiorcami. Moja wcześniejsza twórczość też przecież bywała całkiem intymna. Pisanie o takich emocjach to rejon, w którym po prostu czuję się dobrze i bezpiecznie.
Czujesz, że we współczesnej muzyce - a szczególnie w tej pop alternatywnej - brakuje tego typu albumów jak "1 2 3 4 5 R" stawiających na stuprocentową organiczność?
- Na co dzień raczej o tym nie myślę. Mało słucham polskiej muzyki, więc trudno mi o obiektywną ocenę całego rynku, ale paradoksalnie widzę, że twórców idących w tę stronę pojawia się coraz więcej. I to jest świetne! Może faktycznie przez pewien czas była na to jakaś luka, ale teraz zauważam wysyp naprawdę świetnych, świeżych artystów, którzy dopiero wchodzą na scenę. Mocno trzymam za nich kciuki. Mam ogromną nadzieję, że w Polsce będzie po prostu mnóstwo dobrej, szczerej muzyki.
Wraz z ewolucją brzmienia studyjnego zmienił się również twój styl koncertowania - postawiliście teraz na pełnoprawny live band…
- I w końcu nie muszę zajmować się absolutnie wszystkim na scenie (śmiech). Mogę z kimś dzielić tę energię, a to zupełnie zmienia dynamikę koncertu. Mam też wrażenie, że z perspektywy słuchacza odbiór takiego grania jest zupełnie inny. Jednoosobowe live akty są o wiele bardziej kameralne i intymne - zespół działa na widownię w zupełnie inny sposób. To wszystko mocno oddziałuje zarówno na mnie, jak i na publiczność. To dla mnie całkowicie nowy format, ale czuję się w nim po prostu świetnie.
Zauważasz, że dzięki temu ten kontakt z publicznością zyskał dla ciebie całkowicie nowy wymiar?
- Szczerze mówiąc, chyba jeszcze nie zdążyłem się na tyle z tym nowym formatem ograć. Za nami dopiero dwa koncerty, które wiązały się z ogromnym stresem i masą nowości. Przez to sam byłem na scenie tak bardzo skupiony na technicznych aspektach, że trudno mi było na bieżąco wyłapywać takie zmiany. Ale jedno mogę powiedzieć na pewno: wspaniale było znowu zobaczyć ludzi, którzy znają te piosenki i śpiewają je razem z nami.
Przed tobą w takim razie idealna okazja, by ograć się z tym materiałem - wystąpisz między innymi na OFF Festivalu. Jakie emocje towarzyszą ci na myśl o zagraniu na tym kultowym, śląskim festiwalu muzyki alternatywnej?
- Spoko, mega się jaram. Nie podchodzę do tego ze skrajnymi, paraliżującymi emocjami, ale bardzo się cieszę, że tam będę. Co ciekawe, nigdy wcześniej nie byłem na OFFie, nawet jako festiwalowicz. Cieszę się więc podwójnie - nie dość, że zagramy z zespołem świetny koncert, to jeszcze będę miał okazję zobaczyć innych artystów. Zbiorę tam swoich ludzi, spędzimy wspólnie parę dni na Śląsku i zrobimy kapitalne show. Myślę, że będzie super.
Szykujesz coś specjalnego na ten występ, czy raczej będziesz się starał po prostu udoskonalać tę formułę, którą zapoczątkowaliście na premierowym koncercie "Jazda próbna"?
- Setlista będzie podobna, ale mamy parę dodatkowych instrumentów, mianowicie gramy w siedem osób! Dołącza do nas sekcja dęta w postaci fletu poprzecznego i trąbki oraz jeszcze parę niespodzianek… Dlatego zapraszam na OFF - myślę, że to będzie całkiem ciekawe.
Jest w tegorocznym line-upie OFF Festivalu artysta, na którego występ osobiście najbardziej nie możesz się doczekać?
- Myślę, że moim absolutnym numerem jeden jest Oklou, która gra po mnie - na jej koncert strasznie chcę pójść. Z drugiej strony mam też taki zwyczaj, że uwielbiam chodzić na festiwalowe występy zupełnie w ciemno. Lubię odkrywać artystów od zera, bezpośrednio na żywo, dlatego nie mogę się doczekać tegorocznego OFFa!










