Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Po ponad roku wydajecie reedycję "Reckless Things". Przy premierze mogliśmy przeczytać, że płyta mówi "o obłędzie jako normalności i normalności jako obłędzie". Czy dzisiaj, rok później, ta maksyma i świat wydają wam się do siebie zbliżać, czy jednak oddalać?
Maciej Szczepański, Niechęć: Ta maksyma jest aktualna zawsze, a teraz chyba najbardziej.
Na koncertowym wydawnictwie z 2025 roku pojawiły się nowe utwory. Dlaczego zdecydowaliście się zadebiutować z nimi właśnie w wersji live, a dopiero później wypuścić je w streamingu?
- To była trochę spontaniczna decyzja. Cały czas pracujemy nad nowym materiałem, a że świetnie nam się grało te utwory i bardzo się nimi jaraliśmy, postanowiliśmy je zagrać i dołączyć. Nie wszystko jest aż tak wykalkulowane. Teraz cały czas robimy kolejne numery, więc zobaczymy, czy te trafią na album, nad którym obecnie pracujemy. Mamy naprawdę super rzeczy, którymi chcemy się podzielić.
Jak wygląda proces selekcji tego, co finalnie z improwizacji trafia na płytę, a co nie?
- To jest cały proces, który po prostu trwa: rozmowy, granie, próby, aranżowanie kawałków, a później sprawdzanie ich na koncertach. Myślę, że decydujące jest to, żeby zrobić z tego spójną opowieść, która ma swój początek i koniec.
Na scenie stawiacie na dużo improwizacji i bardzo często odlatujecie z materiałem w nieokiełznane rejony. Zdaje mi się, że to wymaga dużego zaufania w zespole.
- Tak. Faktem jest, że my się po prostu lubimy i to nam bardzo pomaga. Lubimy spędzać ze sobą czas, dobrze i bezpiecznie czujemy się w swoim towarzystwie. To przekłada się też na scenę. Mamy do siebie spore zaufanie, pozwalamy sobie wyszaleć się i podążamy za tym, kto akurat gra solo. To taki wspólny przelot.
Co musi zadziać się na scenie, żeby ktoś mógł puścić wodze fantazji, pójść w solówkę, a reszta zespołu podążyła za nim tak, żeby nie poszło to w złą stronę?
- To jest taka wolność. Trzeba dać sobie przestrzeń i umówić się na to, że w razie czego lecimy. Fajne jest to, że cały czas mamy z tyłu głowy, czym jest Niechęć, jak chcemy brzmieć i co chcemy przekazać. Dzięki temu, mimo wszystko to zawsze jest spójne. Mamy też do siebie zaufanie. Wiemy, że pójdziemy w tę stronę, nawet jeśli ktoś odleci w zupełnie inne rejony. Zresztą to też jest okej, bo właśnie o to chodzi: żeby się otworzyć.
Zdarza wam się zaskoczyć samych siebie? Że na scenie nagle dzieje się coś zupełnie niespodziewanego?
- Oczywiście. To jest część tego wszystkiego. Super jest to wyłapać i za tym podążyć. Czekamy na takie momenty.
Macie na koncie wiele różnych festiwali i w końcu dotarliście też na OFFa. Jakie są wasze oczekiwania wobec tego występu?
Moje oczekiwanie jest takie, żeby przyszło po prostu dużo ludzi. Bardzo na to liczę i trzymam za to kciuki, bo najfajniej jest dotrzeć z tym przekazem do wielu osób. Poza tym zrobimy po prostu swoją robotę. Wiem, że będą tu świetne warunki i nagłośnienie, żeby robić to, co robimy najlepiej, czyli odlatywać i porywać ludzi ze sobą.
Odlatujecie na scenie w bardzo różne rejony - czy z waszej perspektywy może to utrudniać publiczności interakcję, czy właśnie tym chcecie zaprosić ją do swojego świata?
Wydaje mi się, że znaleźliśmy złotą formułę. To, co robimy, jest na tyle pojemne, mimo że bezkompromisowe, że prawie zawsze udaje nam się wciągnąć ludzi w ten świat. I właśnie tego chcemy. Nie wszystko, co robimy, to bardzo przyjemne dźwięki, ale ja sam szukam takich przeżyć. Zresztą już na tym festiwalu miałem kilka takich momentów, kiedy wszystko jest trochę bardziej chropawe i bezkompromisowe. To też chcemy pokazywać. Super, że mimo tego udaje nam się porywać ludzi ze sobą.











