Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Pytanie o pochodzenie nazwy zespołu jest jednym z najbardziej sztampowych, jakie można zadać, ale kiedy zespół nazywa się Koty bez oczu, Psy bez nóg, to trudno zacząć od innego.
Tymon Kolubiński: Ta nazwa wszystkich, w tym nas, dosyć mocno kłopocze. Jej geneza jest głupia. Kiedy zakładałem ten projekt z moim kolegą Maciejem (Mullerem), nie sądziliśmy, że ktokolwiek kiedykolwiek dowie się o jego istnieniu. Wybraliśmy taką nazwę trochę dla żartu, a wzięła się z rozmowy z koleżanką, która ma koleżankę pracującą w klinice weterynaryjnej. Opowiadała o swoim życiu zawodowym i wspomniała, że zajmuje się właśnie "kotami bez oczu i psami bez nóg". Bardzo mnie to wtedy rozbawiło i mocno zapadło mi w pamięć. Było tak absurdalne, że już z tą nazwą zostaliśmy.
Czyli to najpierw był inny duet, a Rozalia dołączyła po roszadzie w składzie?
TK: Duet z Rozalią powstał mniej więcej dwa lata temu.
Rozalia Grabowska: Nasz przyjaciel Maciej Muller organizował festiwal Luksfery, przy którego kolejnej edycji pomagaliśmy zresztą, i zaproponował Tymonowi, by z kimś na nim wystąpił. Tymon chciał zagrać ze mną i niedługo później uświadomiliśmy sobie, że wspólne granie dobrze nam wychodzi.
TK: To były zresztą te same melodie, które graliśmy w naszym poprzednim składzie, we cztery osoby. Na początku tego projektu grałem z kolei z Maciejem w piwnicy i eksperymentowaliśmy z różnymi brzmieniami. Rezultat znalazł się na naszej pierwszej płycie - miszmaszu, przez który przewinęło się z dziesięć różnych osób. Skład i rodzaj muzyki od początku nie były do końca zdefiniowane. W końcu przerobiłem jednak z Rozalią wiele materiału na duet i bardzo się to nam spodobało.
RG: Ale napisaliśmy też sporo nowych rzeczy. Myślę, że mamy już więcej nowego materiału niż tego przerobionego.
Rozalia o tegorocznym albumie "Koty bez" napisała na Facebooku: "Mam nadzieję, że znajdziecie czas na spacer, włączenie sobie naszej nowej płyty i przeniesiecie się w jakieś piękne dla was miejsce". Jest w tym zdaniu podwojona intencja - żeby słuchać poza domem i żeby opuścić go nie tylko dosłownie, ale też przenieść się gdzieś myślami. Tak na was działa wasza własna muzyka?
RG: Rzeczywiście jest dla nas odskocznią od codziennego życia i doznaniem poniekąd duchowym... Nie chcę wygadywać banałów, ale mamy poczucie, że ta muzyka wzbudza w nas wyższe emocje.
TK: Mi też brakuje właściwych słów, żeby opisać to wrażenie. Nasza muzyka jest w pewnym sensie ucieczką, a jednocześnie sprawia, że jesteśmy tu i teraz jeszcze bardziej. Jakimś sposobem to się wzajemnie wcale nie wyklucza.
Trzymając się trudnych do opisania wrażeń, Tymon napisał z kolei o tym albumie, że jest "najbliższy jego sercu ze wszystkich dotychczasowych". Z czego to wynika?
TK: To prawda, a z czego to wynika... Z tak bliskiego dystansu trudno stwierdzić. Pewnie zrozumiem to dopiero za jakiś czas. Może, jak będziemy tworzyć kolejną płytę. Na pewno "Koty bez" jest dla mnie wyjątkowa pod tym względem, że kiedy powstawała, nie myślałem o niczym innym. Całkowicie mnie pochłaniała. Do samego końca nie wiedzieliśmy, czy ten materiał będzie wydany, czy złoży się w jakąś spójną całość, czy ktoś będzie mógł tę muzykę w ogóle usłyszeć. Robiliśmy to wszystko tak naprawdę tylko dla siebie.
Kiedy powstaje album tak bardzo bliski i osobisty, pojawia się później wyczerpanie czy wciąż tkwicie głęboko we wspólnym procesie twórczym i myślicie już o tym, co będzie dalej?
RG: Jeszcze nie jesteśmy w stanie myśleć o tym, co będzie dalej, bo mamy wiele do zrobienia w te wakacje. Nawet jednak teraz, kiedy spotkaliśmy się po dłuższej przerwie, udało się nam napisać jedną piosenkę i będziemy ją grać podczas najbliższych koncertów. Nie jesteśmy w stanie całkowicie opuścić procesu twórczego. Cały czas coś się dzieje i zmienia, ale jeszcze nie myślimy o niczym konkretnym.
TK: Na horyzoncie jest wiele możliwości i konfiguracji. Zastanawiamy się, co możemy zrobić na duet, co na jakiś rozszerzony skład i tak naprawdę póki obydwoje cały czas coś piszemy, nie przejmujemy się tym, jaki to ostatecznie przyjmie kształt. Myślę, że w pewnym momencie będziemy już po prostu wiedzieć, co z tym zbiorem pomysłów dalej zrobić.
Tchnęliście nowe życie w organy Harmona, które w konstrukcji przypominają nieco akordeon, a w brzmieniu są bardzo melancholijne. W PRL-u często pojawiały się w szkołach, na ogniskach muzycznych czy nawet w kościołach, ale z czasem kompletnie o nich zapomniano, a obecnie można je kupić za 100-150 złotych. Jak na nie wpadliście i co was w nich zauroczyło?
TK: To jest świetne pytanie, bo lubię mówić o organach Harmona. Pierwszy raz natknąłem się na nie, kiedy któregoś dnia przyszedłem do piwnicy Macieja i pochwalił się swoim znaleziskiem za 50 złotych z OLX-a. Po paru eksperymentach stwierdziliśmy, że super to brzmi i odtąd często używaliśmy ich w tle, jako ciekawostkę. Dopiero z czasem stały się nam bliższe. Zaczęliśmy myśleć o ich przeszłości i tradycji grania właśnie w szkołach czy na domowych imprezach. Każdy mógł sobie na ten instrument pozwolić, a w brzmieniu przywodził na myśl - jak wspomniałeś - akordeon czy muzykę ludową, ale nieoszlifowaną i surową.
W tym samym okresie przyszła do nas fascynacja ambientem i dronem czy muzyką minimalną. Zauważyliśmy, że to się ze sobą łączy i Harmona ma na tyle bogate brzmienie, że można się nią również do tego posłużyć. Organy, na których gramy mają mniej więcej siedemdziesiąt lat. Same z siebie są rozstrojone, więc pojedyncze dźwięki potrafią mieć ciekawe interakcje między sobą, a rezultatem jest wyjątkowe łączenie światów - folkowego i przyziemnego z długimi pasażami. To nas najbardziej zafascynowało w tym instrumencie.
Instrumentarium w ogóle macie nietypowe, bo poza organami Harmona, jest jeszcze pianino, kontrabas, taśma i elektronika, a do tego wokal. Komponowanie na taki zestaw jest wymagające czy przychodzi wam w naturalny sposób?
RG: Jesteśmy już dosyć oswojeni z naszym instrumentarium i raczej o tym nie myślimy, ale na początku był to pewien problem. Zwłaszcza w trakcie prac nad płytą pojawiało się wiele myśli, jak to wszystko połączyć ze sobą w jedną całość.
TK: Rozbudowane instrumentarium wzięło się też stąd, że zaczęliśmy grać w duecie, a nie - jak wcześniej - w kwartecie z Maciejem i perkusistą Szymonem Plutą i chcieliśmy zapełnić to spektrum brzmieniowe we dwoje. Stąd bardzo kontrastujące ze sobą brzmienia... Albo zlewające się ze sobą? Nie do końca potrafię stwierdzić. Uznaliśmy po prostu, że będziemy korzystać z tego, co już mamy, ale w bardziej wydajny sposób. Wyciągając esencję z każdego z instrumentów. To pomaga, kiedy jest tak mało osób na scenie chociażby pod względem fizycznego przemieszczania się na niej. Miało zresztą wpływ na kształt tych kompozycji i ich tempo, ale dzisiaj już właściwie w ogóle o tym nie myślimy. Działamy bardziej intuicyjnie.
Taka już rola dziennikarza, że do opisu muzyki posługuje się porównaniami. Wy najczęściej jesteście porównywani do zespołu Księżyc - odpowiada wam takie zestawienie?
RG: Jasne, że tak. To przemiłe porównanie. Udało się nam zresztą zagrać przed Księżycem właśnie na festiwalu Luksfery dwa lata temu. To było przepiękne wydarzenie, niesamowicie podobał mi się ten koncert. Nasza muzyka poniekąd wywodzi się z nurtu avant-folkowego z lat 90. Była dla nas sporą inspiracją podczas tworzenia tego albumu.
TK: Ale inspirowały nas przede wszystkim emocje, które można w tej muzyce znaleźć. Muzyka Księżyca albo na przykład Svitlany Nianio, od której też czerpiemy pełnymi garściami, jest bardzo ustrukturyzowana. Nasza nie jest. Dlatego wydaje mi się, że wyciągnęliśmy z tych inspiracji przede wszystkim same emocje.
RG: I pewną estetykę czy niektóre brzmienia, choć myślę, że mamy własne brzmienie. Bardziej współczesne.
Na albumie "Koty bez" są momenty bardzo melodyjne, powiedziałbym nawet, że ze sporym potencjałem komercyjnym, jak pierwsza część "Kiedyś przyjdzie ten sam rok", ale są również bardziej wymagające, jak druga część tego samego utworu, trwająca prawie szesnaście minut i opierająca się na długo wybrzmiewających akordach. Dla mnie zestawienie tych skrajności jest bardzo interesujące, ale sabotujecie w ten sposób szanse, żeby zaistnieć w mainstreamie. Domyślam się, że celowo.
TK: Po zakończeniu pierwszej sesji nagraniowej w studiu zastanawialiśmy się, czy istnieje już taki album, który łączy krótkie, dwuminutowe piosenki z dziesięciominutowym dronem. Rozmawialiśmy o tym, jak to dobrze ze sobą przeplatać, jak sprawnie połączyć.
RG: I czy w ogóle da się to połączyć.
TK: Czy będzie się dało słuchać jedno po drugim... Wciąż nie wiem, jaka jest na to odpowiedź. Po prostu zaakceptowaliśmy, że mamy taki materiał i faktycznie można to nazwać "sabotażem", ale przynajmniej tworzymy w zgodzie ze sobą.
Nie kusi was, żeby nagrać EP-kę wyłącznie z tymi krótszymi utworami i grać z nimi na imprezach pokroju Męskiego Grania?
RG: Na Męskim Graniu może nie koniecznie, ale rzeczywiście myśleliśmy o nagraniu czegoś wyłącznie z tymi krótszymi formami.
TK: Na przykład tylko z Harmoną i Rozalią. Same krótkie piosenki. Być może kiedyś się to pojawi.
Macie doświadczenia związane z jazzem, muzyką improwizowaną, muzyką eksperymentalną, podejrzewam więc, że podczas koncertów nie odgrywacie materiału studyjnego w identyczny sposób.
TK: To był duży problem, bo ten materiał najpierw graliśmy przed publicznością, a dopiero później weszliśmy z nim do studia. Przetłumaczenie tego, co robiliśmy na scenie na płytę nie było łatwe. W tym roku mamy z kolei odwrotny kłopot, bo mamy nowy materiał, która bardzo się nam podoba i zastanawiamy się, jak przetłumaczyć go na scenę.
RG: Ale myślę, że idzie nam dobrze. I na pewno nigdy niczego nie gramy podczas koncertów identycznie jak na nagraniach. To kwestia naszej ciekawości muzycznej. Nie dalibyśmy rady grać czegokolwiek w dokładnie taki sam sposób, choć myślę, że jesteśmy mimo wszystko dość ustrukturalizowani.
TK: Muzyka na żywo bardzo wiele wybacza. Ważnym jej elementem jest przestrzeń, rozciągnięcie w czasie i jest to dla nas bardzo komfortowe, kiedy z niczym nie musimy się spieszyć i w niczym zmieścić. Nie ma znaczenia, czy ktoś wejdzie na "raz", czy nie wejdzie, czy zagramy coś przez pięć minut, czy przez dwadzieścia i tak dalej.
W japońskiej sztuce - od muzyki po architekturę - powszechnie wykorzystywana jest koncepcja znana jako "ma", czyli aktywna cisza pomiędzy czymś. W zachodnim sposobie myślenia cisza na ogół jest traktowana jak brak czegoś, w Japonii to pełnoprawny element kompozycji. Pełen napięcia, energii i znaczenia. Myślę, że japońscy zwolennicy tej byliby zachwyceni "Kotami bez". Posługujecie się ciszą w pełni świadomie, jak kolejnym instrumentem?
TK: Na pewno próbujemy i często rozmawiamy o ciszy i przestrzeni.
RG: O pozwalaniu sobie na rozciąganie muzyki w czasie.
TK: Czuję, że jeszcze przed nami długa droga, żeby czuć się z tym zupełnie swobodnie. Świadome używanie ciszy jest bardzo cenne, ale wciąż się tego uczymy.
Wydaje mi się, że cisza dla wielu osób - przynajmniej na Zachodzie - jest po prostu niezręczna. Nie wiedzą, czy utwór jeszcze trwa, czy już się skończył, boją się odezwać albo w ogóle poruszyć. Wy się w niej czujecie komfortowo?
TK: Raz się nam zdarzyło, że ludzie zaczęli w środku utworu klaskać, bo myśleli, że to już koniec. Wydaje mi się, że teraz bardziej pokazujemy naszą prezencją, kiedy wciąż gramy, a kiedy już skończyliśmy.
RG: Nie zauważyłam, żeby momenty, kiedy znajdujemy się w całkowitej ciszy sprawiały nam jakiś dyskomfort. Zawsze wiemy, że nadal jesteśmy w trakcie czegoś i ludzie też dzięki temu mają takie poczucie.
Widziałem na YouTubie wasz koncert z 2024 roku z sesji Fisherman Angles - graliście w kwartecie, a instrumentów było jeszcze więcej, w tym perkusja. Obecnie gracie wyłącznie w duecie?
TK: W tym roku tak.
RG: Ale nie zakładamy, że tak będzie już zawsze. Mamy wiele pomysłów, które obejmują granie z innymi osobami. Takimi, które już przewinęły się przez ten zespół i zupełnie nowymi. Tak naprawdę zresztą nie gramy teraz w duecie, bo wszędzie jeździmy z Maciejem Mullerem, który nas nagłaśnia i wykonuje ogromną pracę w trakcie koncertów. Myślę, że wręcz równoważną z naszą i dzięki niemu to wszystko działa.
TK: W duchu tego projektu jest za każdym razem robić coś nowego. Czasami to nie działa, czy wręcz zazwyczaj nie działa, ale wciąż szukamy nowych motywacji do dalszego grania. Może będzie bardzo źle, może będzie okej - zobaczymy (śmiech).
Na koncert na Off Festivalu przygotowujecie się dokładnie tak samo, jak na każdy inny?
TK: Największym wyzwaniem jest dla nas to, że cały koncert ma trwać pół godziny.
RG: To dla nas bardzo ograniczające, bo nasze koncerty zazwyczaj trwają około półtorej godziny. Jesteśmy trochę przerażeni ograniczeniem czasowym. Czeka nas jeszcze rozmowa o redukcji i o tym, jak ją przeprowadzić tak, by koncert dobrze zabrzmiał.
TK: Z samego występu na Offie oczywiście bardzo się cieszymy. Wiele ciekawych osób będzie miało okazję nas usłyszeć.
RG: To prawda, ale realia są też takie, że chociaż jest to przepiękna okazja, ostatecznie ten występ może nic nie oznaczać. Wolę nawet w ten sposób do tego podchodzić i później być zaskoczona, jeżeli coś dobrego z tego wyniknie. To lepsze podejście niż nastawianie się na jakiś sukces.
Na koniec chciałem zapytać, czy jesteście kociarzami czy psiarzami, ale przed kamerą pojawił się kot, więc odpowiedź już chyba znam.
RG: Tak, jest z nami Frania i jest najlepszym kotem, jaki istnieje.
TK: W mojej duszy chciałbym być kociarzem, ale obawiam się, że mogę być psiarzem. Nie wiem tego na pewno, bo cała moja rodzina to alergicy, więc w domu miałem tylko żółwie. Nigdy nie mieszkałem ze zwierzęciem futrzastym.
RG: Ja jestem kociarą i to nie podlega żadnej dyskusji.












