Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Wspomnieliście, że album "Sawant" jest "zwieńczeniem kierunku, który eksplorowaliście od prawie trzech lat". Kiedy stawia się ostatnią kropkę na końcu tak dużego przedsięwzięcia, pojawia się ulga czy pojawia się żal, że ten twórczy proces został już zamknięty i niczego nie można dodać albo po prostu żyć dalej pracą nad tym materiałem?
Adrian Szczecina: Czuję sporą ulgę. To był dość długi proces i nie zawsze łatwy.
Mikołaj Uchman: Zdecydowanie odczuwam to samo, ale chyba było warto, bo efekt jest bardzo satysfakcjonujący.
Przez cały ten czas trzymaliście się identycznych założeń czy po drodze zmieniały się?
AS: Rozwój tego albumu był bardzo organiczny. Podświadomie chyba wiedzieliśmy, co się nam będzie podobać, a co nie, ale ostatnie szlify dokładaliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Pracowaliśmy nad nim do ostatniej możliwej chwili.
MU: Do studia weszliśmy z większą liczbą utworów, ale część z nich wylądowała ostatecznie na wydanej na początku roku EP-ce ("Punkty płonące" - przyp. red.). Nawet już w studiu nie do końca byliśmy zdecydowani, który kawałek gdzie powinien trafić, a pierwsze z nich powstawały tak naprawdę jeszcze zanim nagraliśmy debiutancką EP-kę ("Kielichy" z 2024 roku - przyp. red.). Inne dokończyliśmy dosłownie tuż przed wejściem do studia, a jeszcze inne przeszły kompletne przeobrażenie względem pierwotnych form.
Co w końcu przesądzało o tym, który utwór gdzie trafił?
MU: To była kwestia tego, jak te utwory ze sobą współbrzmiały. Nie miało znaczenia, które powstały wcześniej, a które później. Nie trzymaliśmy się założenia, że to ma być zapis pewnego momentu w czasie zespołu. Celem był przede wszystkim spójny nastrój i koherentne brzmienie.
Czyli myśleliście nie tyle o zebraniu do kupy kilku utworów, a o stworzeniu albumu o spójnej narracji i dramaturgii?
MU: I tak, i nie. Nie nazwałbym "Sawanta" concept albumem, ale staraliśmy się, żeby wybrane utwory składały się na pewnego rodzaju uniwersum. Ostatecznie nie tworzą żadnej wspólnej narracji, nie opowiadają jednej historii.
Z czym najbardziej mocowaliście się w czasie tworzenia tego materiału?
AS: Dużym wyzwaniem jest to, że nie mieszkamy w jednym mieście. Dwie osoby mieszkają w Krakowie, trzy we Wrocławiu, więc okres przed nagrywaniem płyty - związany z cotygodniowymi próbami w sobotę i niedzielę we Wrocławiu - był naprawdę trudny. Te wszystkie dojazdy i porozbijany czas wolny dawały się we znaki. Później trudny był z kolei proces produkcji i postprodukcji, bo wszelkie dogrywki również miały miejsce we Wrocławiu. Czyli w mniejszym stopniu były to wyzwania związane z działalnością kreatywną, w większym organizacyjne, dotyczące pokonywania dużego dystansu.
Przylgnęła do was etykieta zespołu neofolkowego, a nawet zespołu ratującego neofolk przed zadławieniem się własnym ogonem i powtarzaniem w kółko tych samych schematów. Podpisalibyście się pod tym?
MU: Już nie (śmiech), ale miło, że ktoś tak o nas myśli. Uciekamy od tej stylistyki. Nie tylko dlatego, że poniekąd budzi skojarzenia z pewnym zbiorem poglądów, z którymi zdecydowanie nie jest nam po drodze (część sceny neofolkowej otwarcie deklaruje skrajnie prawicowe poglądy - przyp. red.). Przede wszystkim jest to gatunek, który trudno się eksploruje i w którym szybko zrobiło się nam dosyć ciasno. Zwłaszcza, gdy skład rozrósł się do kwintetu. To dość hermetyczna muzyka oparta o brzmienie gitary dwunastostrunowej i skalę molową. Dosłownie cały gatunek oparty jest o dwa czy trzy albumy Death In June. Przy tak ortodoksyjnym podejściu niewiele więcej można zrobić.
Neofolk powstał w Wielkiej Brytanii jako połączenie post-punka czy industrialu z tamtejszą muzyką ludową i bardzo często jest traktowany jako sztywno dookreślona estetyka. Jeżeli ktoś dzisiaj gra neofolk w Niemczech, Hiszpanii albo Czechach, to często sięga właśnie po te brytyjskie naleciałości, a nie po zaczerpnięte z własnej kultury. Ważne było dla was, żeby podkreślić "polskość" tej muzyki? Chociażby tekstami w naszym języku?
MU: Na początku brytyjski neofolk, chociażby Current 93 czy Death in June, bardzo nas inspirował. Na pierwszej i częściowo na drugiej EP-ce szukaliśmy własnej jego wersji, ale teraz skupiamy się przede wszystkim na tworzeniu swojego języka. Co do śpiewania po polsku, to chociaż sądzę, że warto śpiewać w języku, w którym się myśli, nie było to naszym odgórnym założeniem. Wynikło naturalnie. Na pierwszej EP-ce próbowałem też dodawać przy aranżowaniu różnego rodzaju elementy, które kojarzą mi się z polską muzyką ludową, ale nie wiem, na ile to ostatecznie wybrzmiało na ukończonym albumie. Tradycyjna muzyka ludowa rządzi się zupełnie innymi prawami. Ma własną formę i brzmienie, które ciężko przełożyć na klasyczną formę piosenkową, a taką wówczas eksplorowaliśmy. Nie jest to muzyka oparta o gitarę i nie wynika z progresji akordów.
Przez wiele lat funkcjonowało takie przekonanie, że trzeba śpiewać po angielsku, by przebić się na Zachodzie i że w ogóle przebicie się w tamtym kierunku powinno być celem zespołów. Dzisiaj wydaje się to już nieaktualne. Najdobitniej pokazał to oczywiście k-pop - okazało się, że miliony osób na całym globie słuchają piosenek w języku koreańskim, których tekstów nie rozumieją - ale na mniejszą skalę też jest to coraz bardziej wyraźne.
AS: Śpiewanie po angielsku na pewno jest kuszące, ale póki co nie stawiamy sobie za cel ekspansji na Zachód. A już na pewno śpiewanie po polsku niczego w naszych działaniach nie wyklucza i nie utrudnia. To bardzo wdzięczny język i mam wrażenie, że w cięższej muzyce, która nie jest metalem, nie został jeszcze tak naprawdę odkryty. Opowiadanie za jego pomocą o kwestiach religijności czy o symbolach religijnych rzadko pojawia się poza ekstremalnym graniem. Dlatego tym bardziej kusi nas posługiwanie się nim.
MU: Nastały takie czasy, że śpiewanie w języku ojczystym chyba wręcz zwiększa szanse na bycie zauważonym. Wydaje mi się, że może to być postrzegane jako coś bardziej autentycznego od prób wkupienia się w zachodnie gusta.
Czas monokultury już się chyba na dobre skończył, a przetłumaczenie tekstu na własny język to dzisiaj tak naprawdę jedno kliknięcie na komputerze.
MU: Tak, ale dotyczy to nie tylko słów. Kiedy sięgam po zespół, na przykład, z Japonii, chciałbym w jego muzyce usłyszeć jakieś japońskie cechy. Na tej samej zasadzie wydaje mi się, że jak ktoś z zagranicy chce posłuchać zespołu z Polski, to nie zainteresuje go aż tak bardzo polska kopia brytyjskiej muzyki. Dobrym przykładem wydaje mi się muzyka brazylijska, gdzie artyści powszechnie, w całym spektrum gatunków sięgającym od jazzu przez elektronikę i rock aż po ekstremalny metal, afirmują swoją kulturę i tradycję muzyczną. W Polsce to dalej nisza. Przy czym, poprzez afirmowanie swojej kultury nie chcę wartościować nikogo, kto nie przywiązują do tego podobnej wagi. Ostatecznie dobra muzyka obroni się sama. Nieważne, czy śpiewana po polsku, czy po angielsku, czy oparta na rytmie oberka, czy na motoriku.
Polski folk znacie przez pryzmat wielkomiejski, jako coś inspirującego, ale nie do końca własnego, czy macie albo mieliście z nim bliższą styczność?
MU: Przez pewien czas mocno interesowałem się muzyką ludową. Nie miałem z nią żadnej naturalnej styczności, a intrygowało mnie, jakie są te nasze tradycje muzyczne. Zdarzyło mi się nawet być na Taborze w Ornontowicach, gdzie prowadzono warsztaty z polskiej i śląskiej muzyki tradycyjnej. Dla mnie, jako chłopaka wychowanego na blokowisku industrialnego miasta, to było świetne doświadczenie, które bardzo polecam każdemu, kto jakkolwiek jest zainteresowany muzyką, historią czy etnologią.
Muszę przy tym podkreślić, że tradycja polskiej muzyki ludowej w Kielichach jest jedną z wielu inspiracji i to wybrzmiewającą raczej niebezpośrednio, więc jeśli ktoś chce się tu doszukiwać kujawiaków albo mazurków, to raczej się zawiedzie. Są to jednak rejony, które chciałbym głębiej eksplorować w przyszłości. To bardzo ekspresyjna muzyka z dużą dozą transu czy wręcz psychodelii i w sumie dziwi mnie, że w kontekście muzyki rockowej pozostaje u nas zupełnie niezagospodarowaną niszą. Świetnym przykładem wykorzystania ludowych melodii w kontekście hałasującej i eksperymentalnej gitary jest płyta "Opla Stasiuk Trzaska".
Bywacie też porównywani do Swans i jest to porównanie niebezpieczne, bo to zespół, wokół którego wytworzył się kult. Ma nie tyle słuchaczy, co wyznawców. Domyślam się, że to miłe, kiedy ktoś tak o was pisze, ale czy nie jest to zbyt ciężkie brzemię?
MU: Czasami mamy poczucie, że jest to nadużywane, ale faktycznie Swans jest naszą główną inspiracją, więc rozumiemy, skąd się to porównanie bierze. Poniekąd jest przydatne, bo informuje osoby, które nas nie znają, czego mniej więcej mogą się spodziewać na koncertach - my też gramy głośno.
AS: W niektórych utworach szukamy bardzo podobnej energii do tej, którą znamy z koncertów Swans. Coraz bardziej ta inspiracja zaciera się jednak, bo znowu szukamy czegoś innego w naszej stylistyce.
MU: Wolelibyśmy być postrzegani nie jako "polskie Swans", tylko po prostu jako Kielichy.
Czyli skreślamy neofolk, skreślamy Swans, to co teraz - przy zachowaniu własnego języka - jest dla was największą inspiracją?
AS: To bardzo trudne pytanie, bo nasz nowy materiał, który nie został jeszcze nagrany i jest dopiero w fazie opracowywania, zmierza w jeszcze innym kierunku. Szukamy czegoś nowego. Czegoś, co nie będzie już tak bardzo crescendować, ale wciąż będzie transowe, tylko bardziej brutalne i prymitywne.
MU: Mniej odnosimy się do innych, konkretnych zespołów, bardziej posługujemy się już własnym językiem, który sukcesywnie wypracowujemy. Nie wiem jednak, czy odbieram nowy materiał jako bardziej brutalny. Jest faktycznie cięższy, bardziej nihilistyczny, miejscami rwany, bo zdecydowanie więcej czerpie z no wave'u. Zwłaszcza w sekcji rytmicznej. Na tym fundamencie jest jednak również miejsce na nastrojowe momenty czy wręcz melodyjne. Często gramy na paradoksach. Wydaje mi się, że ostatni kawałek z "Sawanta", "Schody wężowe", jest dobrą wskazówką co do kierunku, w którym obecnie podążamy.
Zaciekawiła mnie informacja o tym, że utwory z "Sawanta" powstały "głównie podczas improwizacji". Wydają się mieć ściśle dookreślone struktury, więc domyślam się, że wersje, które zarejestrowaliście są już improwizacjami oszlifowanymi do formy kompozycji i podczas koncertów raczej się nie zmieniają?
MU: Sam proces tworzenia opierał się o zespołową improwizację na konkretnych motywach, ale jamem bym tego nie nazwał (śmiech). Ktoś przynosił jakiś motyw, zaczynaliśmy grać go w kółko, aż wyłaniała się z tego jakaś forma, a później czasami dodawaliśmy kolejne części. W studiu faktycznie mieliśmy już dokładnie rozpisane kompozycje, ale podczas koncertów wciąż zdarzają się nam improwizowane momenty. Chyba żadnego utworu nie zagraliśmy nigdy dwa razy tak samo.
Na OFF Festivalu będziecie grać album "Sawant" czy również starsze i nowsze utwory?
MU: To się jeszcze okaże. Chcielibyśmy, żeby było pół na pół. Trochę utworów, które już wydaliśmy i trochę jeszcze niepublikowanych. Zobaczymy, jak pewnie będziemy się czuli z nowymi rzeczami i ile się uda zmieścić w pół godziny.
Z czego w całym tym współczesnym krajobrazie branży muzycznej - sięgającym od streamingu przez media społecznościowe i konieczność samodzielnego prowadzenia działań marketingowych po coraz trudniejsze i kosztowniejsze realia koncertowe - potraficie skorzystać tak, by działało na waszą korzyść, a co albo was przerasta, albo odrzuca?
AS: Przerastają nas krótkie formy wideo, które stają się coraz bardziej dominujące w mediach społecznościowych. Tworzenie takich materiałów nie sprawia nam frajdy, ale widzimy, że trudno bez nich rozwijać działania promocyjne. W ogóle zresztą cały czas zastanawiamy się, na ile promowanie tej muzyki jest poniekąd sprzedawaniem jej duszy. Gdzie jest granica pomiędzy promocją będącą w zgodzie z tym, co czujemy, a promocją mocno nas nadwyrężającą.
MU: Pytanie też, czy nasza muzyka w ogóle się nadaje do reklamowania jej chociażby tymi krótkimi formami wideo, które na ogół opierają się na memach i są dość głupkowate. Nie chodzi o to, że czujemy się poważnymi muzykami, którzy tworzą poważną muzykę, ale nie da się ukryć, że jej charakter jest bardziej duchowy i chyba jedno z drugim nie bardzo do siebie pasuje.
Mimo tego udało się wam dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Zagracie na OFF Festivalu, napisał o was Noise Magazine, teraz wywiad w Interii. Muzyka potrafi się sama wybronić?
AS: Według mnie to zainteresowanie wzięło się z koncertów. Gramy ich wiele, odbiór jest pozytywny, wieść o tym niesie się dalej. To daje więcej niż obecność w streamingu czy w mediach społecznościowych.










