Wszystko wskazuje na to, że doczekamy się pierwszego od lat OFF Festivalu, w którym na katowicką Dolinę Trzech Stawów nie spadnie ani kropla deszczu. Pogoda drugiego dnia wydarzenia, odbywającego się - przypominamy - od 7 do 9 sierpnia, bardzo nam dopisała, a jednocześnie słoneczna pogoda nie przerodziła się ani razu w nieznośne upały. Tak można słuchać muzyki!
Polskie zespoły na OFF Festival 2026
Z polskich projektów bardzo mocno wyczekiwaliśmy zespołu Allarme, który jednorazowo przemianował się na zespół Ludzie Wschodu, by wykonać w całości "Nową Aleksandrię" Siekiery - jedną z najbardziej kultowych płyt zrodzonych w ramach prób przeniesienia brzmień zimnej fali na rodzime podwórko. Mimo początkowych problemów technicznych przy "Idziemy przez las", ostatecznie młodzi muzycy doskonale zmierzyli się z materią, jaką było zagranie legendarnego materiału. W społeczności odbiorców dużą dyskusję wywołała natomiast autocenzura w utworze "Ludzie wschodu". Czy była konieczna, czy nie? Jeżeli znacie oryginalny utwór, z pewnością wiecie, o który fragment chodzi, i sami odpowiecie na to pytanie.
Mlecze na scenie głównej, mimo zapowiedzi przyjemnego indie, bedroom popu, wzbudzali pod kątem stylizacji i muzycznym bardzo przyjemne skojarzenia z polską falą rocka lat 90., zbudowaną wokół kobiecych wokali. Przesunięcie było na tyle specyficzne, że posłuchanie wersji studyjnych mogło wzbudzić lekki dysonans. Natomiast zagranie w pełnym, niepalącym słońcu niesamowicie przebojowego "Może ty też", to w zasadzie gotowy przepis na zdobycie nowego fana, a przynajmniej kogoś, kto z chęcią sięgnie po twórczość zespołu.
OFF Festival 2026 - najciekawsze koncerty drugiego dnia
Mam wrażenie, że przy każdej relacji z OFF Festivalu, co roku, musi paść to słowo: kontrast. Przy zestawieniu w tej samej godzinie Einstürzende Neubauten i The Mary Wallopers czuć było to ewidentnie.
Niemieccy ojcowie industrialu zagrali klimatyczny, ale pełny subtelności i przywiązania do detali koncert. Jeżeli napisanie, że ten koncert jednocześnie był minimalistyczny i głośny, wydaje się wam oksymoronem, to zapraszam do zobaczenia Einstürzende Neubauten na żywo. A jak nie to jest powodem, to będzie nim na pewno gra się na… wózku sklepowym - to widok, który zostanie w głowach wielu słuchaczy zdecydowanie na długo. Na wielki plus należy również zaliczyć jedną z najlepiej dokręconych realizacji dźwięku w tej edycji OFF Festivalu, a kto wie, czy nie ogólnie w historii tego wydarzenia. Całość spięła się naprawdę w nieziemskim stylu, a na pożegnanie Blixa rzucił jakże prawdziwym: "Kiedy umrzecie i pójdziecie do nieba, powiedzcie Bogu, że widzieliście jego ulubiony zespół".
Irlandzkie The Mary Wallopers, grające w namiocie sceny eksperymentalnej, to z kolei czysty taniec, zabawa, wspólne klaskanie i podskakiwanie. Do tego stopnia, że muzycy wprost zachęcali, aby wziąć partnera bądź partnerkę obok siebie i wspólnie zatańczyć. Najbardziej bezpretensjonalny występ, jakiego można było doświadczyć.
Niesamowity był koncert Chat Pile. Energia tkwiąca w połowie między hardcore punkiem a metalem. Mam wrażenie, że muzycy zagrali nieco ciężej niż wskazywałyby na to ich ostatnie dokonania studyjne. Wokalista amerykańskiej grupy nie miał nawet specjalnie zamiaru ukrywać, że bardzo cieszy go wizyta w Polsce - nikomu bowiem nie mogła umknąć jego niespodziewana deklaracja miłości do kina Krzysztofa Kieślowskiego.
Dla kontrastu w tym samym czasie na scenie grał Arthur Verocai w towarzystwie AUKSO - Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy. To brazylijski muzyk, który święcił triumfy w latach 70., by zostać odkrytym na nowo po latach przez światowych odbiorców z uwagi na to, jak współcześni producenci muzyczni upodobali sobie samplowanie jego twórczości. Nawet jeżeli nie było się na tym koncercie w całości, wystarczyła chwila, aby zobaczyć, ile biło od niego ciepła. Cóż, połączenie latynoskich rytmów z jazzem i muzyką symfoniczną to niecodzienne połączenie. Trudno mieć za złe organizatorom, że jednocześnie wstawili w tym miejscu skrajnie odmienne Chat Pile, ale dla osób słuchających "wszystkiego", takich jak piszący te słowa, slot ten był bardzo trudny do przeżycia. Podobnie zresztą jak następny.
Nie można było odpuścić występu oklou - autorki ubiegłorocznego "Choke Enough", uznawanego powszechnie w środowisku muzyki alternatywnej za jeden z najlepszych krążków 2025 roku. Owszem, zagranie "harvest sky" to był jeden z tych najbardziej tanecznych momentów tegorocznej edycji OFF Festivalu, podobnie, jak entuzjazm z "family and friends" mógł być jednym z najgłośniejszych. Mnie równie mocno zapadnie w pamięć wykorzystanie kamerzysty jako pełnoprawnego uczestnika koncertu - na ekranach po bokach sceny wyświetlane było połączenie przygotowanych wcześniej wizualizacji z muzykami, co zaczęło kierować koncert bardziej w stronę performance'u artystycznego niż tradycyjnego odtwarzania piosenek. Świetne zagranie, brawo.
Irlandzkie CHALK - choć równie chętnie czerpie z muzyki elektronicznej i tanecznej - różni się od oklou jak tylko może. Zahaczenie tylko przez chwilę o ich koncert po tak zapadającym w pamięć koncercie artystki zaoferowało wrażenie ominięcia jednej z większych imprez, jakie mogły wydarzyć się na tej edycji OFF Festivalu. Cóż, chodzenie na takie wydarzenia, to również sztuka odpuszczania.
Dwa różne spojrzenia na rap
Szwedzki duet Yung Lean & Bladee wzbudził kontrowersje już przy samym ogłoszeniu. Festiwal Artura Rojka przez pewien czas romansował bowiem z brzmieniami trapowymi i kiedy wydawało się, że to już przeszłość, że kłaniamy się weteranom wydarzenia, ogłoszono koncert osób będących wręcz definicją tego, co popularne w generacji Z. Owszem, Yung Lean i Bladee przyciągnęli bardzo dużo młodzieży, która niespecjalnie była zainteresowana pozostałymi pozycjami w line-upie OFF Festivalu. Osób, które bardzo mocno przeżywały każde ich wyjście na scenę, niezależnie od tego, co by się wydarzyło.
Za pirotechniką i generatorami dymu krył się bowiem bardzo typowy trapowy koncert, w którym chodzi o to, by wykrzykiwać teksty razem z raperami, bujać głową i najwięcej radości zależy tak naprawdę od tego, jak publiczność reaguje na wykonawcę. Ciekawe było ułożenie setu, bo początkowo duet grał wspólnie - i oczywiście nie zabrakło takich hitów jak "Inferno" czy "Red Velvet" - by potem skupić się na solowej twórczości i wrócić do siebie. Mnie szczególnie ucieszyło "Kyoto" Yung Leana - w zasadzie pierwszy hymn cloud rapu, który pamiętają pewnie tylko starzy wyjadacze i fani. I chyba się utwierdzam w tym przekonaniu, że jestem stary, bo mimo faktu, że ewidentnie go słyszałem, patrzę w tej chwili na rozpiski setlisty i nie widzę, by ktokolwiek to uchwycił. Czyli ja się przesłyszałem, czy go naprawdę nie było? Bardzo interesujące zjawisko. Zabrakło za to solowych hiciorów obu artystów takich jak "Ginseng Strip 2002", "Be Nice 2 Me" czy czegoś z ich wspólnego krążka "Psykos" wydanego w 2024 roku. Niemniej jednak koncert bardzo udany, a miejsce na samym szczycie line-upu po tylu latach nawet bardziej niż zasłużone!
Na Scenie Trójki w tym czasie grał zespół DAM - rapowa grupa z Palestyny, która nieustannie podkreślała swoje wartości, walkę o wyzwolenie Palestyny, tożsamość, znaczenie sztuki i artysty. Utwory przecinały długie monologi, dzięki którym każdy moment występu stawał się czytelny dla odbiorców. A przy okazji DAM było najbliżej hip-hopu, jak tylko się dało - jeżeli stereotypowo rap oznacza przekaz i mówienie o tym, co boli, wykorzystali to w każdym calu.
Po tych występach nadszedł czas na dobitki na koniec dnia: kiedy masa osób zbierała się po występie Yung Leana i Bladeego, Clams Casino zaproponował jeszcze cloud-rapowy set DJ-ski. Na drugiej scenie wystąpił natomiast taneczny Sega Bodega. Jeżeli kogoś nogi niosły jeszcze do niemal trzeciej w nocy, było w czym wybierać.
My natomiast czekamy na ostatni dzień tegorocznej edycji OFF Festivalu - możliwe, że najbardziej intensywny. Przed nami koncerty Amyl and The Sniffers, Sunny Day Real Estate, Johnny'ego Marra (ex-The Smiths), LSD and the Search for God oraz Ninajirachi. Bądźcie z nami!















