Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Wydawanie debiutanckiego albumu na ogół jest ekscytującym doświadczeniem, ale czy podobnie czujecie się teraz, na miesiąc przed premierą trzeciego albumu, czy wkrada się już odrobina rutyny?
Stin: - Wciąż odczuwam zdenerwowanie, kiedy coś wypuszczamy. W każdy album wkładamy mnóstwo serca, a później nie wiemy, czego się spodziewać, gdy się nimi dzielimy ze słuchaczami. Stopień ekscytacji jest więc podobny, ale dotyczy czegoś zupełnie innego.
Luther Manhole: - Powiedziałbym, że teraz, kiedy utrzymujemy się z grania, stres jest większy niż kiedykolwiek dotąd (śmiech). Poza tym więcej osób o nas wie i czeka na ten album, co jest dość dziwnym doświadczeniem. Trochę się już nie mogę doczekać, żeby wreszcie inni mogli posłuchać tej muzyki. Na szczęście reakcje na single są pozytywne.
W informacji prasowej wspomnieliście, że "Oklahoma City góruje nad albumem niczym odrębna postać". Jak wyjaśnicie, co to znaczy, komuś, kto nigdy w tym mieście nie był?
S: - Żyjemy tutaj i bez wątpienia to środowisko ukształtowało wszystko, co robimy i wszystko, co mamy do przekazania. Czy mówimy wprost o Oklahomie, czy o czymkolwiek innym, nasz sposób widzenia świata zawsze będzie przesiąknięty tym miejscem. Oklahoma ma specyficzny klimat. Myślę, że słychać go w naszej muzyce.
Raygun Busch: - Nasze miasto jest zapuszczone. Sypie się. Ale to nasze miasto i bez wątpienia w ostatnim czasie miało największy wpływ na naszą muzykę od czasu pierwszych EP-ek.
LM: - To dziwne, bo wydawałoby się, że wraz z upływem czasu miasta powinny stawać się coraz lepsze, a tymczasem każda droga jest tutaj w najgorszym stanie, w jakim kiedykolwiek była, sklepy bankrutują, zewsząd uderza jeden wielki regres. Oczywiście to nie jest najgorsze miejsce na świecie, ale często da się wyczuć apatię i nastrój pełen niemocy. Po prostu chciałoby się, żeby było inaczej i mnożą się w głowie pytania o to, dlaczego wszystko dookoła jest takie beznadziejne?
S: - Najbardziej niepokojąca jest dla mnie liczba przerażająco chorych psychicznie osób, które po prostu włóczą się po ulicach. To naprawdę przykre. Dowodzi, że obserwujemy pewien rodzaj rozkładu, skoro nie potrafimy nawet zadbać o mieszkających tutaj ludzi.
LM: - To nie jest tak, że poszczególne utwory na albumie są wynikiem refleksji na temat konkretnych zjawisk zaobserwowanych przez nas w Oklahomie. Wszystko to po prostu naturalnie przenika do naszej twórczości, bo wciąż tutaj mieszkamy. Żaden z nas nie przeprowadził się do Nowego Jorku czy Los Angeles. Poniekąd chcemy tutaj być, ale nie jest to łatwe. Myślę, że wiele osób na całym globie ma podobną, trudną relację ze swoim miejscem zamieszkania. Dlatego odnajdują w naszych tekstach coś bardziej uniwersalnego. Mogą się identyfikować z tym, co słyszą, bo cały świat stanął na głowie.
Do mnie również te teksty trafiają, choć miasto, w którym mieszkam staje się nieprzyjazne z zupełnie innego powodu. Jest intensywnie gentryfikowane, przez co ubywa terenów zielonych, a przybywa betonu. Ray wspomniał w notce, że z perspektywy miasta opowiadacie o "żalach odczuwanych do współczesnego świata", co obejmuje wiele tematów. Staraliście się przyjąć punkt widzenia zewnętrznego obserwatora czy własny i bardziej osobisty?
RB: - Po trochu obydwa. Często po prostu wcielam się w jakąś postać, a na tym albumie jest właściwie tylko jeden utwór, w którym opowiadam wprost o moim życiu - "Pen I S Mall". Oczywiście wszystkie teksty tak czy inaczej wynikają z moich doświadczeń, ale ten jeden jest z jakiegoś powodu bardziej osobisty.
Skorzystaliście z potężnych narzędzi, by umożliwić tekstom dotarcie do jak najszerszego grona publiczności - chwytliwych melodii i świetnych hooków. Zacząłem słuchać "Who Loves the Sun" dopiero kilka godzin temu, a już niektóre jego fragmenty utkwiły mi w głowie. Zwłaszcza "Same Rules" i "Creature". Zdecydowaliście się na to właśnie po to, by wasze przesłanie dotarło jak najdalej i zostało z ludźmi jak najdłużej?
S: - To się dzieje całkowicie poza naszą świadomością. Po prostu nie wiemy, jak komponować w jakikolwiek inny sposób. Chcielibyśmy grać tak ekstremalnie i ciężko, jak tylko to możliwe, ale nie potrafimy inaczej. Na przykład Nirvana jest tak głęboko zakorzeniona w moim DNA, że właściwie nie mam takiej możliwości, by napisać coś, co byłoby inaczej skonstruowane.
LM: - Nie ma też nad nami nikogo, kto narzucałby, jak mamy tworzyć. Wytwórni, producenta czy kogoś podobnego. Coś we czterech wymyślamy i później to nagrywamy. Wszyscy w zespole lubimy muzykę ekstremalną, choć w różnym stopniu, ale nie tylko ją. To fajna łamigłówka, kiedy próbujemy robić cięższe i dziwniejsze rzeczy przy zachowaniu tradycyjnej struktury utworów. Chcę, żeby nasza muzyka zapadała w pamięć. Chcę, żeby partie gitarowe z poszczególnych kawałków chodziły ludziom po głowach. Przyjemnie się w ten sposób tworzy i - jak powiedział Stin - inaczej w tym zespole nie potrafimy. Tak było już wcześniej, nawet kiedy graliśmy trochę bardziej abstrakcyjnie.
S: - A poza tym nauka grania takich utwór jest znacznie łatwiejsza (śmiech).
RB: - Hooki przyciągają ludzi i zatrzymują na dłużej. Nie ma żadnego wstydu w posługiwaniu się nimi. W Pere Ubu były hooki, Public Image Ltd ma hooki.
Był taki czas, kiedy zgrabna melodia była postrzegana jak coś łatwego i właśnie wstydliwego, ale skomponowanie naprawdę dobrej jest bardzo trudne. Współczesny pop jest w tym kiepski. Z ręką na sercu, nie pamiętam ani jednego refrenu Taylor Swift czy Ariany Grande. Nie poświęciłem ich muzyce wiele czasu, ale nie poświęciłem go również Ricky'emu Martinowi albo Britney Spears, a znam każdy z ich przebojów.
RB: - Dla większości z tych osób komponował Max Martin, więc sam nie wiem, czy rzeczywiście aż tak się to zmieniło.
S: - Zabawne, że poruszyłeś ten temat, bo dopiero co byłem na wycieczce z żoną i przez sześć godzin w drodze do domu puszczała mi muzykę. Wszystkie te współczesne popowe kawałki. Kompletnie nie mam nic przeciwko popowi, ale byłem zaskoczony, jak bardzo te nowe rzeczy są nieprzylepne. Nie wiem, jaki jest tego powód. Może po prostu jestem stary, a melodie dzisiejszej młodzieży nie trafiają do mnie? Mam jednak wrażenie, że muzyka pop zgubiła wątek, jeżeli chodzi o wytwarzanie czegoś, co naprawdę mocno siedziałoby w głowie.
LM: - Dlatego kiedy pojawi się ktoś taki jak Charli XCX albo nawet Carly Rae Jepsen, dla wielu osób wyróżniają się. Jeżeli więc ktoś dobrze wykona swoją robotę, pop nadal może być fajny i chwytliwy. Teraz jednak często, kiedy usłyszę jakąś piosenkę w radiu, od razu rozpoznaję w niej melodię z przeszłości. To nie są covery, to po prostu wyciągnięcie melodii albo rytmu z innego kawałka i wykorzystanie go w niezmienionej formie. Słuchasz czegoś i od początku wiesz, że to tak naprawdę Eiffel 65.
To tak zwana "interpolacja".
RB: - Tak samo było z tym kawałkiem Gotye.
LM: - Nie oceniam nawet wartości tego. Mam po prostu wrażenie, że kiedy tylko usłyszę coś chwytliwego, okazuje się, że bazuje na melodii, która powstała lata temu. Są wyjątki, ale bardzo rzadkie. Na przykład Slayyyter wydała w tym roku naprawdę dobry album. A z szerszej perspektywy jeżeli przyjrzeć się historii popu, to od samego początku powstawało mnóstwo złej muzyki. To nie jest tak, że kiedyś było dobrze, a teraz jest źle. Dzisiaj faktycznie brakuje natomiast dobrych hooków. Może chodzi bardziej o to, żeby muzyka nadawała się do tańca i większe znaczenie ma rytm? Czy ludzie w ogóle wychodzą jeszcze z domów, żeby razem potańczyć?
S: - Myślę, że akurat to wciąż jeszcze robią. Na tej wycieczce z żoną słuchaliśmy między innymi nowego albumu Madonny. Jest niezły, ale niczym się nie wyróżnia. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak zarzut, ale przypomina coś, co wygenerowałby komputer, gdyby zażądano od niego tanecznej muzyki, a później po prostu dołożono wokal Madonny.
Jeżeli wasi fani po koncercie po prostu dobrze się poczują, ale nie zaczną organizować żadnych bezpośrednich działań wymierzonych w klasę rządzącą, będzie to oznaczało, że wasz przekaz zawiódł czy tak naprawdę tylko na tyle realistycznie artyści mogą liczyć?
S: - Na pewno mamy nadzieję, że tak się właśnie poczują. Wiem, że nasza muzyka jest ponura, a przesłanie może być przygnębiające, ale ostatecznie próbujemy dać ludziom pewnego rodzaju oczyszczenie. Według mnie to jest esencja koncertów Chat Pile. Mam nadzieję, że ludzie wychodzą z nich pozytywnie nastawieni.
RB: - Lubię myśleć, że nasze przesłanie i treść naszej sztuki są jak nasiona, które sadzimy podczas koncertów, a tworzenie odpowiednich warunków do poczucia się dobrze jest jak podlewanie ich. Może jak już ludzie wyjdą z klubu, w drodze do domu, zaczną się zastanawiać nad treścią i zaczną z nią wiązać te wszystkie pozytywne odczucia? Czy to zbyt dziwna metafora?
LM: - Nie, bardzo mi się podoba (śmiech).
Pamiętam, że kiedy jako nastolatek chodziłem na metalowe albo punkowe koncerty, postrzegałem osoby na scenie i śpiewające o tych wszystkich koszmarach współczesnego świata jako stojące ponad nimi. Zdawały się znać sposób na radzenie sobie z całym tym złem. Myślicie, że niektórzy widzą w was tego rodzaju autorytety?
S: - Mam nadzieję, że nasz przekaz zachęca ludzi, żeby byli lepsi, ale nie powiedziałbym, że celowo do tego dążymy. Nie ma w naszej muzyce takiej intencji, ale byłoby wspaniale, gdyby taki był jej produkt uboczny.
LM: - Jeżeli nie grasz radosnej muzyki typu "letni przebój", sięganie po tematy z najbliższego otoczenia i prawdziwego świata przychodzi w naturalny sposób. Zastanawiam się wręcz, jak można tego uniknąć. To nie znaczy, że na scenie jesteśmy śmiertelnie poważni, ale nie stroimy sobie też żartów. Jeżeli ktoś płaci za nasz koncert, chcemy, żeby czuł się dobrze po wyjściu z klubu, ale zależy nam też na tym, żeby nasze słowa zostawały z publicznością.
S: - I trzeba oddać naszej publice, że tak się właśnie zachowuje. Myślę, że osoby, które nasza muzyka przyciąga, już myślą i czują podobnie.
Pamiętacie koncert z nastoletnich lat, który wywarł na was szczególnie duże wrażenie?
S: - O rany, to dopiero trudne pytanie... Było ich tak wiele.
LM: - Kiedy dorastałem i zaczynałem chodzić na koncerty, funkcjonowała tutaj bardzo aktywna scena. Większe, jeżdżące w trasy zespoły na ogół pomijały Oklahomę, chodziłem więc na mnóstwo koncertów, ale niemal wyłącznie lokalnych kapel. Wiele z nich istniało może przez rok. Chwilę pograły i zaraz się rozpadały. Bycie częścią tego i doświadczanie czegoś, co było tylko nasze, miało dla mnie ogromne znaczenie. Na początku stulecia ludzie często nie mieli zbyt progresywnego spojrzenia na świat. Moja szkoła i przedmieścia Oklahomy były bardzo konserwatywnymi miejscami. Wychodzenie na przypadkowe punkowe koncerty i poznawanie ludzi, którzy myśleli podobnie i podsuwali mi na przykład Dead Kennedys, na pewno zmieniło sposób, w jaki postrzegam świat.
RB: - Ja z kolei kiedy miałem szesnaście lat, widziałem Stephena Malkmusa (lidera Pavement - przyp. red.) podczas jego pierwszej solowej trasy i było to niesamowitym doświadczeniem. Bright Eyes, którego nikt wtedy nie znał, grał przed nim. Byliśmy z kumplami pod ogromnym wrażeniem i bez wątpienia właśnie to zachęciło nas do założenia własnego zespołu.
S: - Pierwszym punkowym koncertem, na jaki kiedykolwiek się wybrałem był występ Gas Huffer. Nie jest to może szczególnie dobry zespół, ale uświadomił mi, że można tworzyć i pokazywać swoją twórczość na bardzo małą skalę, dla bardzo niszowej publiczności. Zrozumiałem, że to też ma znaczenie i nic nie stoi na przeszkodzi, by się tego podjąć.
Artyści często unikają wymieniania swoich inspiracji, ale kiedy opowiadacie o "Who Loves the Sun", padają takie nazwy jak Boston, The Velvet Underground, Led Zeppelin czy XTC. Kiedy w dodatku czytam wasze komentarze albo wywiady z wami, widzę, że nie kreujecie siebie na samotną wyspę na oceanie muzyki. Jesteście w nią głęboko zaangażowani na wielu poziomach. Jako twórcy i jako słuchacze.
S: - Dokładnie tak jest. Uważam wręcz, że ogromną częścią tożsamości tego zespołu jest to, jak wielkie są z nas muzyczne nerdy i jak często świadomie dokładamy różne wpływy do gulaszu Chat Pile.
LM: - Każdy z nas jest dobrze obeznany z przeróżnymi rodzajami muzyki i potrafimy z nich czerpać. Wiem na przykład, jak stworzyć bardziej indierockowy riff, ale wolę stroić gitarę w drop A. Bardziej w stylu Korna. Kiedy przepuszczę to wszystko przez moje efekty, ostatecznie i tak brzmi jak Chat Pile. To zasługa właśnie słuchania wielu różnorodnych zespołów, ale oczywiście nie wszystko, po co sięgamy, przenika do naszej utworów. Często słuchamy czegoś dla frajdy. Na przykład kiedy jesteśmy w trasie, włączamy głównie "złą" muzykę. Tę "dobrą" doskonale już znamy, potrzebujemy czegoś innego. Czasami zdarza mi się przeczesywać Bandcampa albo Rate Yout Music i wciąż wynajduję coś zaskakującego. Dziwię się, że na przykład jakiś indierockowy album z lat 90. znają dziesiątki osób, a ja o nim dotąd nie słyszałem, choć byłem pewien, że wszystkie najważniejsze wydawnictwa z tego nurtu doskonale już znam. To źródełko zdaje się nigdy nie wysychać.
Do jakich muzycznych tematów macie szczególnie "nerdowskie" podejście?
S: - Dla mnie na pewno jednym z największych jest Sonic Youth. Podobnie Korn, Melvins czy Sleepytime Gorilla Museum. To niekończąca się lista.
RB: - Wszyscy wkręciliśmy się też w koncept "hunk metalu". Nasz wspólny znajomy stworzył taką playlistę. Stain, wyjaśnisz, o co chodzi?
S: - "Hunk metal" to muzyka sąsiadująca z dawnym Red Hot Chili Peppers. Oznacza to, że jedna lub więcej osób w zespole nie może nosić koszulki, musi być umięśniona i musi mieć długie, proste włosy (śmiech). Muzycznie powinien to być funk metal z dodatkiem jakieś formy rapu, a w miksie całości najgłośniejszy musi być werbel.
LM: - Może się to wydawać bardzo szczegółowym opisem, ale o dziwo istnieje wiele takich zespołów. Szczyt ich działalności przypada na okres tych samych mniej więcej czterech lat. Gdzieś pomiędzy 1988 a 1992 rokiem.
RB: - Faith No More zalicza się do tej kategorii.
LM: - Są na samym jej szczycie.
RB: - Czasami bawimy się tak w vanie. Pytam na przykład, kto grał "Tribal Monkey"? I ktoś odpowiada, że Electric Love Hogs.
LM: - Zespół, który - co ciekawe - zmienił później nazwę na Goldfinger i zaczął grać ska.
Dorzuciłbym do tej playlisty Infectious Grooves.
S: - O tak, są już na niej.
RB: - To nie jest też tak, że nabijamy się z tej muzyki. Jest dla nas fascynująca.
LM: - Tak i mamy takich fascynacji wiele. Czasami zafiksujemy się na przykład na tym okresie z końcówki lat 90., kiedy grunge'owe i alt rockowe zespoły postanowiły zacząć grać bardziej elektroniczną muzykę. Na ogół pod wpływem "Matrixa". Każdy musiał wtedy mieć swój drum'n'bassowy kawałek.
S: - Wyodrębniliśmy trzy pokolenia zjawiska dokonywania gwałtownych zmian stylu pod wpływem mody. Najpierw były klasyczne zespoły z lat 60. i 70., które w latach 80. nagle zaczęły grać na syntezatorach. Później mnóstwo zespołów z lat 80. próbowało grać grunge w latach 90. i w końcu grunge'owe zespoły grały bardziej elektronicznie na przełomie wieków.
RB: - "Mouth" Bush dopiero w takim wydaniu stał się wielkim przebojem.
LM: - Takie zjawiska naprawdę potrafią nas pochłonąć.
A koniec monokultury to pozytywne czy negatywne zjawisko? Z jednej strony to oczywiście lepiej, że wybór stał się znacznie szerszy, z drugiej jest coś fascynującego we współdzieleniu ekscytacji jakimś wydarzeniem kulturowym. Dzisiaj zdarza się to coraz rzadziej, ale w tym roku było tak z muzyką Angine de Poitrine i "Odyseją" Christophera Nolana.
LM: - Na pewno są tego plusy i minusy. Dawniej faktycznie, kiedy coś wielkiego ukazywało się w obojętnie jakim medium, wydawało się, że dosłownie każdy jest tym zainteresowany. Szedłeś ulicą i słyszałeś, jak ludzie na ten temat rozmawiają. Streaming położył temu kres, ale czy to źle... Sam nie wiem. Śmierć monokultury pozwoliła takim zespołom jak Chat Pile żyć z muzyki. Ludzie łatwiej odnajdują interesujące ich nisze i nie trzeba być już wielkim, jeżdżącym w długie trasy zespołem, by ktoś cię usłyszał. Możesz zostać odkryty po prostu w internecie. Z drugiej strony jest to fajne, kiedy wszyscy ekscytują się tym samym i dzielą emocjami z bardzo szeroką grupą osób. Można było w ten sposób szybko złapać wspólny temat nawet z kimś kompletnie obcym.
S: - To obusieczny miecz. Sztuka jest dzisiaj bardziej zdemokratyzowana i faktycznie tylko dzięki temu nie jesteśmy jakimś super niszowym zespołem grającym dla garstki osób. Ceną za to była jednak utrata tych wyjątkowych kamieni milowych w kulturze, wokół których cały świat się jednoczył. W pewnym sensie mam wrażenie, że było to bardzo ważne i uczłowieczało nas albo pozwalało definiować, czym cechowały się poszczególne pokolenia. Nie da się jednoznacznie powiedzieć, czy stało się dobrze, czy źle. Jest po prostu inaczej.
Gdybyśmy mieli podsumować tę rozmowę, to pewnie wyszłoby nam, że kiedyś było lepiej, a teraz jest gorzej, ale czy rzeczywiście tak jest?
LM: - Nie sądzę, ale łatwo można wpaść w pułapkę myślenia w ten sposób. Wynika to między innymi z powszechnego dostępu do informacji i obserwowaniu na bieżąco, jak wiele okropieństw dzieje się dookoła. Dawniej czytało się gazetę o poranku i oglądało wiadomości wieczorem, a teraz wszystko jest dostępne non stop w naszych telefonach. Prawda jest taka, że życie na tej planecie było okropne przez większość czasu istnienia człowieka na niej. Poprawiło się dopiero w ostatnich mniej więcej stu latach.
S: - Tym, co bez wahania mogę wskazać jako znacznie lepsze w przeszłości, jest technologia rejestrowania muzyki. Nie uważam, że wszystkie albumy sprzed rozwoju technologii cyfrowej były lepsze. Sami nagrywamy przecież cyfrowo. Bezdyskusyjnie jednak brzmiały lepiej. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.
LM: - Zespoły musiały nagrywać prosto na taśmę, a później wszystko to przeczesywać, ale dzięki temu brzmienie było bardzo specyficzne. Włączasz dzisiaj coś z lat 70. i nie możesz się nadziwić, jak świetnie brzmi. Tyczy się to zresztą nie tylko aż tak odległej przeszłości. Dwa pierwsze albumy Rage Against the Machine na pewno nagrano analogowo. Na takich płytach można testować jakość głośników. Słuchać na nich wyraźnie każdy jeden dźwięk. Dzisiaj wszystko jest skompresowane do oporu albo idealne w nienaturalny sposób. Więc... Świat jest zły, ale też dobry (śmiech). Przynajmniej śmiertelność wśród noworodków nie jest tak wysoka, jak w ubiegłych stuleciach. Chociaż tyle udało się nam osiągnąć.












