Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Zgodzicie się ze stwierdzeniem, że jesteście zespołem stworzonym do grania koncertów?
Bujaturla: Jak najbardziej się z tym zgadzamy. Granie na żywo to dla nas przede wszystkim największa frajda i czysta radość z bycia zespołem. Szczerze mówiąc, bez koncertów ciężko byłoby nam w ogóle myśleć o tworzeniu muzyki w studio. Ta naturalna chęć wychodzenia na scenę i dzielenia się swoją twórczością z ludźmi twarzą w twarz jest naszym największym motorem napędowym.
Ciekawym aspektem, który jeszcze mocniej podbija wyjątkowość waszych występów, jest fakt, że waszej muzyki właściwie nie da się nigdzie znaleźć w sieci…
- W tym zespole udało nam się stworzyć przestrzeń, w której czujemy się ze sobą doskonale. Najpierw narodziła się z tego wielka, czysta zajawka do wspólnego muzykowania, a sam proces nagrywania czy wrzucania numerów do sieci od początku był dla nas rzeczą drugorzędną. Bardzo zależało nam na samym graniu, a to, co urodzi się z tego dalej, schodziło na dalszy plan. Można wręcz powiedzieć, że gramy po to, żeby po prostu grać ze sobą. Wszystko, co pojawia się później - w tym koncerty czy myśli o wydawaniu singli - to jedynie wypadkowa tej bazowej, czystej intencji. To nie tak, że celowo uciekamy od internetu i zupełnie nie zależy nam na obecności w sieci. Po prostu nie jest to nasz priorytet. W żadnym wypadku nie chcemy stracić z oczu tego, co najważniejsze - czyli muzyki jako wartości nadrzędnej.
Jeśli chodzi o pracę w studio i komponowanie, to jak to u was wygląda? Na ile wasze kompozycje opierają się na wcześniejszym planowaniu, a na ile rodzą się z po prostu wspólnego grania podczas sesji?
- Dużą część motywów przynosi Seba, czyli jeden z naszych gitarzystów, ale kiedy zaczynamy nad nimi pracować, dzieje się coś niesamowitego. Nasze partie stają się na tyle organiczne, że jedna nie potrafi istnieć bez drugiej. Nie mamy standardowego schematu, w którym ktoś przynosi zamknięty, gotowy utwór - to zawsze są otwarte formy. Kluczowy jest tu wkład Hani na basie i Bartka na perkusji. Jesteśmy zespołem multiinstrumentalistów i nikt z nas nie jest sztywno przywiązany do swojej roli. Każdy potrafi dorzucić od siebie coś ciekawego i świeżego. Hania również przynosi własne kompozycje, które są już przez nią mocno zaaranżowane, ale ostateczną formę i tak nadajemy im dopiero na drodze wspólnego grania i ucierania się w sali prób. Jesteśmy na tyle sprawni w tej warstwie multiinstrumentalnej, że na dobrą sprawę moglibyśmy się nimi w trakcie wymieniać - co zresztą czasami robimy. Chcemy być postrzegani jako jeden zgrany organizm, a nie zbiór indywidualności. Gramy pod wspólną banderą i nie ma u nas jednego frontmana.
Sami swoją działalność definiujecie jako "współcześni trubadurzy". Co to dla was oznacza i gdzie upatrujecie fundamentów waszej działalności?
- Patrząc na to od strony etymologicznej, sam zwrot "trubadurzy" implikuje pewne spojrzenie w przeszłość. Kiedy zakładaliśmy ten zespół, bardzo zależało nam na uchwyceniu czegoś uniwersalnego i zawieszonego w czasie. Nie chcieliśmy zamykać się w jednej konkretnej stylistyce ani inspirować wyłącznie brzmieniem współczesnych nam zespołów. Zamiast tego wolimy zbierać różne elementy z wielu epok - w naszej muzyce można znaleźć chociażby wskazówki i inspiracje surf-rockiem z lat 60. czy muzyką folkową. Słowo "trubadurzy" nawiązuje więc do pewnego archaicznego podejścia do wykonywania sztuki i pozwala naprowadzić słuchacza na to, o co nam tak naprawdę chodzi w przekazywaniu emocji. U nas nie pojawia się słowo "projekt", staramy się po prostu chwytać chwilę tu i teraz. Współczesny trubaduryzm to dla nas także symbioza muzyki i stylu życia. Granie rocka stało się nieodzowną częścią naszej codzienności. Mogę śmiało powiedzieć w imieniu swoim i reszty zespołu, że nie wyobrażamy sobie funkcjonowania bez tworzenia tej muzyki. Zupełnie jak dawni trubadurzy - żyjemy dzięki temu i przede wszystkim dla tego.
Wasze brzmienie to jest poniekąd wypadkowa jakichś takich waszych potrzeb na nieco bardziej alternatywne brzmienia? W końcu tak jak wspomnieliście, wasza geneza bezpośrednio bierze się z zespołów takich jak Zwidy czy Syndrom Paryski…
- Zespoły, w których graliśmy wcześniej, były w znacznie większym stopniu nastawione na klasyczną piosenkowość. Sfera czysto muzyczna oczywiście miała tam ogromne znaczenie, ale Bujaturla wyróżnia się zupełnie innym, bardzo surowym podejściem do samego procesu tworzenia. Traktujemy muzykę jako rzemiosło - stawiamy w centrum energię całego zespołu, a nie mgłę produkcyjną. W kwestiach technicznych i brzmieniowych rezygnujemy z tego, co jest teraz niezwykle modne na scenie, nie zasłaniamy się masą efektów gitarowych ani studyjnymi sztuczkami, a nasze brzmienie jest całkowicie organiczne, wręcz nagie. Graliśmy wcześniej w projektach, które odnosiły mniejsze lub większe sukcesy, ale Bujaturla to dla nas przede wszystkim znacznie bardziej dojrzały rozdział. Przychodzimy na próby z chłodniejszą głową, bardziej przemyślanymi pomysłami i zamiast skupiać się na pisaniu chwytliwych radiowych struktur, wolimy pokombinować z aranżacją i trikami kompozycyjnymi. Całość wynika z intuicji podczas wspólnego grania, a nie z samotnego ślęczenia nad zamkniętą formą przed komputerem.
Zaraz minie niemal rok od waszego debiutanckiego koncertu. Gdzie byście wskazali największy progres jeśli chodzi o wasze granie?
- Progres jest zdecydowanie ogromny. Bardzo dużo dało nam zagranie kilku tras - koncerty wyjazdowe to zawsze potężny sprawdzian dla zespołu i to na każdym możliwym polu, również pod kątem wzajemnych relacji. Za każdym razem grasz przed inną publiką, a nowe miejsca mocno wpływają na to, jak czujesz się na scenie. Cały czas intensywnie szlifujemy nasz koncertowy materiał i to zbierane na żywo doświadczenie ma teraz kolosalne przełożenie na to, jak chcemy nagrywać w studio i jak będą wyglądały nasze kolejne kompozycje.
A jakbyście mieli porównać pierwszy koncert z tymi, co gracie teraz…?
- Myślę, że największą zmianę widać w podejściu do układania setlisty. Staraliśmy się niemal za każdym razem ją modyfikować, żeby na żywym organizmie przetestować, co najlepiej żre w danym momencie. Musisz sprawdzić w praktyce, czy koncert lepiej zacząć spokojniej, czy od razu z grubej rury, z buta. Tego typu rzeczy nie jesteś w stanie przewidzieć na zwykłej próbie. Wymaga to pewnej psychologii - musisz na moment wejść w rolę DJ-a, wyczuć energię tłumu i zrozumieć, po co ci ludzie tak naprawdę przyszli. W naszym zespole bardzo mocno analizujemy to, jak ułożyć kolejność numerów pod konkretny event i konkretne miejsce. Rozstrzał stylistyczny naszych utworów jest na tyle duży, że jesteśmy w stanie trafić do bardzo różnych odbiorców, ale kluczem jest mądre i selektywne dobieranie setlisty, żeby to po prostu idealnie zagrało. Bez wątpienia naszą największą dotychczasową próbą ognia będzie zbliżający się występ na OFF Festivalu - to będzie nasz zdecydowanie największy koncert.
Przygotowujecie się do niego w jakiś szczególny sposób?
- Oczywiście, że tak. Dużo na przykład zastanawiamy się nad tym, jak podejść do tematu konferansjerki i gadania między numerami. Każdy z nas ma dość specyficzną osobowość i jak zaczynamy rzucać żartami, to zamiast koncertu może wyjść z tego rasowy stand-up. Pytanie tylko, czy taki humor przyciągnie ludzi bliżej sceny, czy wręcz przeciwnie - zwłaszcza że gramy dla publiki, która kupiła bilety na festiwal i ma konkretne oczekiwania, a o nas często ludzie nie wiedzą zupełnie nic, bo przecież nie mamy nawet albumu w sieci. Dlatego rozważamy opcję, w której gadanie ograniczymy do minimum, a zamiast tego między utworami puścimy jakieś klimatyczne interludia. W tym przypadku zasada "less is more" może okazać się najlepsza. Niech przemówi sama muzyka - trzeba tam po prostu być i zobaczyć to na własne oczy. Rock nigdy stop!
Mając na względzie dość wyjątkowy klimat festiwalu, chyba zgodzicie się, że jesteście zespołem, który naprawdę dobrze wpasuje się w OFF Festival?
- Mamy wrażenie, że muzyka gitarowa od momentu swojego powstania zawsze idealnie odnajdywała się w przestrzeni festiwalowej. To na tyle uniwersalny wynalazek i ponadczasowa konwencja, że każda kolejna generacja potrafi za pomocą tych instrumentów zakomunikować coś swojego. Nie twierdzimy, że niesiemy ze sobą jakiś wielki manifest pokoleniowy - chodzi nam raczej o to, że granie w zespole to bardzo organiczny i szczery sposób wypowiedzi. Nie tworzymy muzyki po to, żeby wstrzelić się w aktualne trendy - jesteśmy ludźmi zawieszonymi w konkretnym czasie, którzy po prostu używają gitar i perkusji jako narzędzi oraz języka, który najlepiej znają i którym potrafią operować.
Idealnie odzwierciedla to tegoroczny line-up, który pełen jest gitarowego grania…
- Widać to doskonale, że jest on w tym roku mocno gitarowy. Oczywiście pojawią się też inne kapitalne rzeczy, jak choćby Yung Lean i Bladee, z czego mega się cieszymy, ale rockowa reprezentacja jest bardzo silna. Pojawi się cała scena dedykowana nowej fali zespołów z Irlandii, co brzmi świetnie. Sami jako słuchacze mocno inspirujemy się klasykami alternatywy, od dawna katując post-punkowe składy. Dla stałej, "offowej" gwardii to są bardzo znajome kody i brzmienia. Liczymy na to, że gdy ludzie przyjdą pod naszą scenę, usłyszą te inspiracje i poczują, że nadajemy na tych samych falach. Muzyka to przecież czysta wymiana energii. Byle tylko nie padało - wtedy będzie idealnie.










