Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Punktem wyjścia dla powstawania zespołu Ben Bekele, był nagrany przez ciebie numer "The Life and Death of Ben Bekele", który napisałeś na potrzeby składanki "Potrety". Już wtedy traktowałeś go poniekąd jako numer założycielski?
Hubert Zemler: Nie, zupełnie nie. Tytuły nadaję dopiero wtedy, gdy utwór jest już w pełni gotowy. Nazwałem go tak po prostu dlatego, że spodobała mi się idea luźnego nawiązania do mojej historii rodzinnej. Kiedy pojawiła się możliwość nagrania i wydania płyty w U Know Me Records, uznałem, że chcę powołać do życia pełnoprawny skład. Najprostszym i najbardziej logicznym rozwiązaniem byłoby zrobienie solowego, producenckiego materiału - skoro tamten utwór nagrałem sam. Mnie jednak zależy na tym, żeby po prostu muzykować i grać z ludźmi.
Na pytanie, kim jest Ben Bekele, często odpowiadacie, że to mieszanka wspomnień i fantazji z połowy lat 80. Skąd wzięła się u was potrzeba sięgania po dziedzictwo tamtej dekady, połączona z inspiracją afrykańskimi brzmieniami?
HZ: To jest bardzo osobista, moja własna historia rodzinna. Mój ojciec w latach 80. był dziennikarzem i w 1986 roku - miałem wtedy 6 lat - pojechał do Etiopii. Przywiózł stamtąd mnóstwo pamiątek, zdjęć, ale też pewną piosenkę. Zapamiętałem ją z dzieciństwa w dość specyficzny, pewnie nieco przekręcony sposób - mój ojciec zresztą też śpiewał ją po swojemu. Kiedy pracowałem nad utworem na składankę "Portrety" nagrałem linię basu, która podczas odsłuchu nagle, bardzo wyraźnie przypomniała mi ten motyw z Etiopii. To skojarzenie po prostu we mnie uderzyło. Mój ojciec nie żyje już od ponad 30 lat, więc pomyślałem, że to piękny, efemeryczny sposób, by go upamiętnić. Chłopiec w Etiopii, który nauczył mojego ojca tej piosenki, nazywał się Bekele - to zresztą bardzo popularne nazwisko w tamtejszej tradycji. Z kolei mój ojciec miał na imię Zbigniew, a znajomi mówili na niego Ben. Sformułowanie "Ben Bekele" stało się dla mnie uosobieniem uniwersalnej historii o rodzicach: o tym, jak po latach, będąc już dorosłymi ludźmi, odkrywamy ich ślady po świecie i dociera do nas, że byli o wiele ciekawsi i fajniejsi, niż wydawało nam się, gdy byliśmy dziećmi.
Postanowiłeś więc, Hubert, zaprosić do tego projektu Kamila Piotrowicza oraz Igora Wiśniewskiego. Dlaczego postawiłeś akurat na nich?
HZ: Są po prostu świetnymi muzykami z otwartymi głowami. Niczego się nie boją i są absolutnie bezkompromisowi, a to w muzyce cenię najbardziej.
Czyli w gruncie rzeczy dość prosty i intuicyjny wybór…
HZ: Tak, dokładnie. Po prostu kiedy zagraliśmy razem, od razu zaiskrzyło podczas wyjątkowego jam session w Ladomku. Poczułem wtedy coś naprawdę fajnego - spodobała mi się relacja między tak różnymi osobowościami i punktami widzenia. To zresztą zderzenie nie tylko różnych wrażliwości, ale w pewnym sensie także pokoleń. Do tego dochodzi jeszcze kwestia samego brzmienia - bardzo cenię sobie analogowy, organiczny charakter muzyki. W tym składzie to wszystko idealnie się ze sobą połączyło.
Dowodem na to, że to połączenie świetnie się sprawdziło, był wasz debiutancki krążek "Zawsze coś". Jest to album, którym definiujecie wasze brzmienie na najbliższe lata i kolejne projekty?
Kamil Piotrowicz: Myślę, że to brzmienie będzie ewoluować i z pewnością może pójść jeszcze w zupełnie nowym kierunku. Podczas naszego ostatniego koncertu miałem wręcz poczucie, że otworzyliśmy pod tym względem jakieś całkowicie nowe wrota. Dla mnie osobiście niezwykle istotnym kontekstem całej praktyki artystycznej jest sam element nagłośnienia, zgłębianie technologii dźwiękowej i budowanie własnego systemu, który traktuję po prostu jako kolejny instrument na scenie. Przy pełnym błogosławieństwie Huberta i Igora będziemy mieli szansę jeszcze mocniej rozwinąć ten wątek w przyszłości.
HZ: Zgadzamy się w kluczowych decyzjach artystycznych, a samo poszukiwanie jest nieodłącznym elementem procesu tworzenia. Nasz materiał powstał w zasadzie z założeń improwizacyjnych, choć ujętych w bardzo konkretne ramy. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Ja raczej nie planuję rzeczy z wielkim wyprzedzeniem - zapewne dlatego nie robię jakiejś oszałamiającej kariery (śmiech). Najlepiej wychodzi mi działanie "tu i teraz" i ten album jest właśnie zapisem takiej chwili. Teraz najważniejsze są dla mnie kolejne koncerty i to na nich w pełni się skupiamy. Wiem po prostu, że na scenie będziemy się świetnie bawić i te występy na pewno przyniosą nam kolejne wartościowe przemyślenia.
Mieliście kompozycyjnie jakąś myśl przewodnią, która prowadziła każdy z numerów na tym krążku?
HZ: Chcieliśmy przede wszystkim uzyskać trans i stan hipnotycznego trwania. Zależało mi też na tym, żeby całkowicie uniknąć klasycznych solówek - żeby muzyka nie stała się popisem i emancypacją ego poszczególnych artystów, ale żeby po prostu tworzyła się jako wspólnotowa całość.
KP: Hubert od samego początku zaproponował transowe i minimalistyczne ustawienie. Nie chodziło o minimalizm rozumiany jako granie małej liczby dźwięków, ale raczej o operowanie repetytywnymi liniami melodycznymi i harmonicznymi. I to jest chyba największą siłą Bena Bekele - zgłębianie tej repetytywności.
HZ: Ucieczka od solówek i taniego ogrywania motywów na rzecz skupienia, opanowania i okiełznanej ekspresji.
Sam krążek "Zawsze coś" dość mocno stawia na muzykę o charakterze wręcz ilustracyjnym - z bardzo dużym ładunkiem emocjonalnym, osiąganym przecież wyłącznie za pomocą muzyki instrumentalnej. Mieliście jakąś zagwozdkę, jak skomponować ten materiał, by mimo braku wokalnych linii wygenerować w nim ten konkretny przekaz?
KP: Ta muzyka w całości powstała na drodze improwizacji, więc nie mieliśmy żadnych sztywnych założeń kompozycyjnych. Nie tworzyliśmy konkretnych form, zamierzonych melodii czy rozpisanych harmonii.
HZ: Każda muzyka może być w jakiś sposób ilustracyjna, więc miło mi, że tak to odbierasz, choć z naszej strony nie było takiego celowego założenia. Dla mnie kluczowa była jedna zasada, którą przekazałem chłopakom: kiedy zaczynamy grać, od pierwszej sekundy musi to być docelowa treść. Nie chciałem słyszeć na nagraniu całego procesu zastanawiania się czy "szukania dźwięków" w trakcie gry. W improwizowanym jazzie bardzo często te solówki sobie błądzą i gdzieś tam krążą - to bywa ciekawe do śledzenia, ale ja chciałem stworzyć album, który po włączeniu sprawia wrażenie, że od razu wszystko jest w pełni gotowe i skończone. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że z założenia stosowałem tu struktury rytmiczne o etnicznym rodowodzie - stąd to nasze luźne nawiązanie do Afryki. Większość utworów ma stałe tempo i konkretną ósemkową rytmikę - a rytm to przecież też pełnoprawna kompozycja.
Dobrym podsumowaniem krążka był premierowy koncert w warszawskim SPATiF-ie. Jak grało wam się ten materiał na żywo?
KP: Gra nam się te numery bardzo dobrze - zwłaszcza że za każdym razem brzmią zupełnie inaczej. Czuję w tym zespole ogromne bezpieczeństwo, co jest niesamowicie komfortowym uczuciem. Wiesz, że możesz na scenie zaryzykować, ale to ryzyko odbywa się w ramach konkretnych założeń - transu i repetycji - które dają mi duży spokój. Sposób grania Huberta daje mi olbrzymie pole do inspiracji i to poczucie pewności, że ta muzyka po prostu cały czas płynie i się nie zatrzyma. Hubert ma niesamowitą intuicję i reaguje na wszystko w taki sposób, że jesteśmy w stanie budować długie, rozwinięte formy. To wydaje mi się jedną z najbardziej atrakcyjnych cech tego zespołu - nie gramy strzępków myśli, które pojawiają się tylko na chwilę, ale snujemy dłuższą opowieść, która wkręca i hipnotyzuje.
Zatem odchodzicie od sztywnego trzymania się ram studyjnych wersji, na rzecz traktowania numerów, jako punktu wyjścia do improwizacji…
HZ: Tak, zresztą za każdym razem trochę te kompozycje modyfikujemy i przygotowujemy na żywo nowe patenty. Mimo że płyta powstała w wyniku improwizacji, zachowaliśmy te najbardziej interesujące nas elementy, które wyszły nam w studiu. Dziś stanowią już one "zaledwie" kręgosłup kompozycyjny - pewne melodie, zwroty harmoniczne czy zagrania są na stałe wpisane w te utwory. Do tego mamy też kawałki, których na krążku nie ma. Nasza główna koncepcja sprowadza się jednak do powrotu do korzeni - do pierwotnej roli instrumentów, którymi się posługujemy. Jestem perkusistą - perkusja w swojej podstawowej funkcji służy do nadawania rytmu, a dawniej, w szamanizmie, służyła wręcz do kontaktu z duchami. Tu nie da się odkryć Ameryki na nowo: bębny mają wyznaczać rytm i kształtować całą formę utworu. Z kolei klawisze budują harmonię i przestrzeń, a gitara leży gdzieś pomiędzy nimi - jest jednocześnie rytmiczna, melodyczna i harmoniczna, choćby przez samą artykulację prawej ręki. Pod tym względem jesteśmy w gruncie rzeczy bardzo tradycyjnym zespołem, który po prostu operuje na nieco innym, autorskim materiale.
Kolejną świetną okazją do zaprezentowania waszej muzyki na żywo będzie występ na OFF Festivalu. Jakie emocje towarzyszą wam na myśl o zagraniu na tym kultowym festiwalu?
HZ: Ja już miałem okazję grać na OFF-ie wielokrotnie i to zawsze bardzo miłe uczucie. Bardzo się cieszę, że zjawimy się tam właśnie z tym zespołem i z tym materiałem. Uważam, że to dla nas świetne przełamanie i wyjście poza własną bańkę - a wychodzenie poza bańki w czasach powszechnego internetu jest niezwykle wartościowym zabiegiem.
KP: Jestem po prostu ogromnie ciekawy, bo sam byłem na OFF Festivalu tylko raz, przypadkiem na jednym koncercie, z którego musiałem zaraz szybko uciekać - a to było chyba z siedem czy osiem lat temu. Ten festiwal pewnie wygląda dziś zupełnie inaczej niż wtedy, więc idę tam z dużą ciekawością.
Jakiego odbioru przez tą alternatywną publiczność się spodziewacie?
HZ: Z pewnością pojawią się tam ludzie, którzy trafią na nasz koncert zupełnie przypadkowo, i to jest w tym wszystkim najbardziej ekscytujące. Bardzo lubię grać dla publiczności, która nie do końca wie, na co przyszła. Można ich wtedy zaskoczyć! Tacy słuchacze nie mają wobec nas sztywno ustalonych oczekiwań, więc można tą atmosferą bardzo fajnie operować. Jedyną rzeczą, za którą osobiście nie przepadam, jest typowo festiwalowe nagłośnienie. Tutaj zresztą z Kamilem mocno się zgadzamy - najlepiej gra nam się wtedy, gdy na scenie jesteśmy blisko siebie i właściwie nie musimy nawet korzystać z odsłuchów scenicznych. Tam zapewne zderzymy się z realiami dużej sceny w namiocie i dźwiękami dochodzącymi z innych scen wokół. Gramy o 19:20 w niedzielę, otwierając scenę, więc zobaczymy, jak to się potoczy. Wszystkich oczywiście serdecznie zapraszamy!











