Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Jesteście określani jako synteza najsilniejszych filarów wrocławskiej undergroundowej sceny alternatywnej - projektów jak Ukryte Zalety Systemu, Kurws czy Przepych. Jak udaje wam się połączyć te wieloletnie i tak różne doświadczenia w jeden spójny organizm, jakim jest Atol Atol Atol?
Łukasz Plata: Ja bym uważał z tymi filarami. Mówimy raczej o naszej ekipie związanej z salką w Centrum Reanimacji Kultury (CRK), którą współtworzymy i reprezentujemy od lat. Wrocław to duże miasto, jest tu sporo innej muzyki, która nie ma z nami nic wspólnego - i może od tego rozróżnienia należałoby w ogóle zacząć.
Hubert Kostkiewicz: Na pewno nie mamy we Wrocławiu monopolu na alternatywę (śmiech). Samo zdefiniowanie tego terminu to temat rzeka, ale my po prostu jesteśmy zorganizowani wokół specyficznej społeczności, która rozwija się prężnie od 2005 roku. Nasz obecny skład to naturalna konsekwencja rozmaitych prób, spotkań i roszad personalnych. Zanim w ogóle powstał zespół Kurws, istniała już salka w CRK. Potem zadziałała zasada kuli śniegowej - powoli dołączały kolejne osoby, inne z kolei z czasem odpadały, bo to bardzo płynne środowisko. W tym momencie kapel związanych z samą salką nie ma już tak wiele, bo też zmieniamy się jako ludzie, jesteśmy coraz bardziej uwikłani w dorosłe życie. Trudno w to uwierzyć, ale to wszystko trwa już od 21 lat. Ten czas minął nam niesamowicie szybko.
Skoro każdy z was miał swoje wcześniejsze projekty, ale jednocześnie wszyscy jesteście związani z salką w CRK, to w którym momencie pojawił się pomysł, żeby powołać do życia kolejny zespół Atol Atol Atol?
ŁP: Większość naszych pozostałych kapel funkcjonowała w tym samym czasie. Niektóre akurat kończyły działalność, inne miały przerwę. Wolna energia po prostu krążyła i szukała nowego ujścia, kolejnego kanału. Uwielbiam te mutacje, ciągłe kłębienie się nowych konfiguracji i składów. A akurat Atol Atol Atol powstał w momencie, kiedy moje zespoły z tamtego czasu odchodziły w niebyt. Sam szukałem wtedy nowych środków wyrazu, a poza tym od dawna chciałem grać z Hubertem. Dodatkowo zależało nam, żeby zaprosić do współpracy kogoś spoza naszego środowiska - i tak trafiliśmy na Agatę, która przyszła do nas ze świata sztuk wizualnych, a nie ze środowiska muzycznego. Przyniosła ze sobą świeże, pozamuzyczne, w dobrym sensie "amatorskie" podejście, bo jej wrażliwość nie była wcześniej sformatowana przez lata spędzone w innych zespołach.
Agata Horwat: Nasz zespół to też po prostu zapis konkretnej chwili.
Jakie macie podejście do tradycji post-punkowej w swojej własnej twórczości? Wielokrotnie w przestrzeni medialnej wspominaliście o tym, że odrzucacie anglocentryczny kanon post-punku, co to natomiast oznacza w praktyce?
HK: jeśli post-punk ma być sztywnym gatunkiem muzycznym rodem ze Spotify, to ja się z tym zupełnie nie identyfikuję. Bliższe jest mi myślenie, że post-punk to po prostu pierwotna, punkowa energia - ta sama, która kiedyś napędzała brytyjską czy amerykańską kulturę ludową. Chodzi o maksymalnie intuicyjne granie po to, by wyrazić siebie. Post-punk dodaje do tej surowości pewną ambicję poszukiwania nowych rozwiązań. Nie chodzi o seryjne żonglowanie nowinkami i udawanie, że odkrywa się nieznane lądy, bo takie założenia są zazwyczaj dość dęte. Chodzi o to, by zaskakiwać samych siebie.
ŁP: Dla mnie w post-punku liczy się zderzenie pierwotnej punkowej surowości z poszukiwaniami własnych środków artykulacji. Jednocześnie jest to muzyka, która próbuje przekazać coś społecznie istotnego. Nasze poszukiwania nie ograniczają się do sfery czysto dźwiękowej - staramy się wyrażać koncepcje i idee, które docierają do nas z obszaru politycznego i społecznego. Natomiast nie traktujemy post-punku jako zestawu gotowych brzmieniowych klisz czy odniesień do konkretnych zespołów z lat 80. Zamiast tego bierzemy ten żywy, pierwotny impuls społeczno-muzyczny płynący z punk rocka i szukamy dla niego języka na ciągle się poszerzających terytoriach.
AH: Słowo "post-punk" to dla nas po prostu pewne uproszczenie, bo jakąś łatkę trzeba sobie przypiąć, żeby ludzie w ogóle wiedzieli, w jakim obszarze się poruszamy. Zgadzam się z Hubertem i Łukaszem - kwestie społeczno-polityczne, które naturalnie idą za post-punkiem, są nam bardzo bliskie. Jednak jeśli chodzi o samą formę muzyczną, nasze inspiracje są o wiele szersze. Na nowej płycie pojawiają się momenty kubańskie czy wręcz egzotyczne. Nie mają one bezpośredniego związku z punkiem, ale wynikają z tej samej intuicji i ludowości.
Macie na koncie dwa albumy długogrające: "Dron Dron" oraz "Koniec Sosu Tysiąca Wysp". Bez wątpienia ich wspólnym mianownikiem jest balansowanie pomiędzy ciepłymi, nieco egzotycznymi brzmieniami a uderzającym chłodem i dystopią. Jak odnajdujecie się w tych kontrastach i skąd właściwie czerpiecie inspiracje do tworzenia tak różnorodnej, eksperymentalnej i momentami nieuchwytnej muzyki?
ŁP: Ta muzyka czerpie z naszych własnych doświadczeń zebranych w innych zespołach. Dla mnie punktem wyjścia są projekty, w których graliśmy i wciąż gramy razem z Hubertem czy Arturem. To nasza pierwsza, wspólna baza. Druga pula inspiracji jest już znacznie szersza - te wszystkie rzeczy, które nas jarają jako słuchaczy. Dla nas najistotniejsze jest zderzanie własnej, wypracowanej przez lata tradycji z nowymi wątkami, które docierają do nas na bieżąco - z czystej chęci wejścia na terytoria, których wcześniej wspólnie nie eksplorowaliśmy.
HK: Nasz wspólny język cały czas się tworzy i mam głęboką nadzieję, że zaowocuje kolejnymi odsłonami - nie tylko stricte muzycznymi. My nie tylko razem gramy, ale też bardzo dużo dyskutujemy. Kiedy jedziemy vanem w trasę, wymieniamy się tysiącami tematów, spieramy się i kłócimy. Ta dyskusja jest niezwykle żywa. Atol Atol Atol nie powstał z założeniem: "okej, spotykamy się i gramy no wave". Chcieliśmy po prostu sprawdzić, co wyjdzie ze zderzenia naszych różnych wrażliwości, języków i ekspresji na instrumentach. Bardzo ważnym fundamentem były tu jednak teksty Łukasza i jego obserwacje. Pierwsza płyta powstawała w czasie pandemii i lockdownów. Jeśli więc wyczuwasz w naszej muzyce dystopię, to lockdown był tu bez wątpienia doświadczeniem formatywnym. Tytułowy "Koniec Sosu Tysiąca Wysp" kojarzy mi się z sytuacją reglamentowanej rzeczywistości, rzeczywistością która nagle drastycznie się kurczy. Kończy się ten cały tani, łatwo dostępny luksus z Żabki czy stacji Orlen. Nagle go brakuje albo zostaje nam drastycznie wydzielony. Słowo "dystopia" idealnie oddaje więc aurę obu naszych płyt.
Po tych kilku latach od premiery czujecie, że ten materiał jest dla was nadal aktualny? Kiedy gracie go na koncertach, czujecie, że te utwory i emocje cały czas w was rezonują?
AH: Jeśli chodzi o samą formę muzyczną, to przy pracy nad najnowszym albumem zdecydowaliśmy się na pewną redukcję środków. Pod tym względem starszy materiał wymaga dziś od nas ciekawych ingerencji na żywo, które potrafią dodać dobrze znanym utworom zupełnie nowego smaku. Jeśli jednak spojrzeć na to szerzej, te rzeczy są dla nas cały czas uderzająco aktualne. Dla mnie to nie jest wyłącznie zapis samej pandemii czy realiów postpandemicznych, ale, posłużę się tu trochę kuratorskim językiem, ta muzyka to wręcz opowieść o kondycji relacji międzyludzkich w dobie późnego kapitalizmu. I to się w ogóle nie przedawniło. Przez te lata nic się nie zmieniło na lepsze, jest wręcz coraz bardziej absurdalnie - wszystkie diagnozy tylko się pogłębiają, a każda społeczna rana jątrzy się mocniej.
ŁP: Nasze teksty wolą jakby parafrazować i zniekształcać rzeczywistość, niż ją cytować. To, o czym wspominał wcześniej Hubert w kontekście pandemii, było kontekstem i momentem historycznym, w którym pewne mechanizmy i reakcje ujawniły się z całą swoją jaskrawością. My lubimy wychodzić od takich ujawnień, ale i tak zaraz gdzieś skręcamy - lubimy pokręcone ścieżki, nie nudzą nam się.
Waszych dwóch dotychczasowych longplayów na próżno szukać w najpopularniejszych serwisach streamingowych. Z czego wynika u was ta strategia niepublikowania płyt na platformach innych niż Bandcamp i YouTube?
AH: Na samym początku działalności zespołu to był u nas spory przedmiot debat. Reprezentuję młodsze pokolenie, dla którego Spotify jest czymś zupełnie naturalnym - w jakiś sposób wręcz zrosłam się z telefonem i z taką formą konsumpcji muzyki. Dla chłopaków z kolei to wcale nie było oczywiste - oni mają całą swoją bibliotekę muzyczną zapisaną w głowach. Tym tropem chłopaki nigdy specjalnie nie naciskali, żebyśmy wchodzili na te platformy. Ja sama zaczęłam nawet stawiać w tym kierunku jakieś nieśmiałe kroki, ale gdy na jaw wyszły powiązania inwestycyjne CEO Spotify z przemysłem zbrojeniowym i sytuacja geopolityczna, w tym kontekst Palestyny, to ochota na streaming zupełnie mi przeszła. Uznałam, że to bardzo dobrze, że nigdy tego nie zrobiliśmy, a jeśli ktoś naprawdę chce nas posłuchać, musi przyjść na koncert albo troszeczkę bardziej się nagimnastykować, wchodząc na przykład na Bandcamp czy Youtube.
HK: Z jednej strony ta cyfrowa rzeczywistość nas po prostu odrzuca, a z drugiej - bywamy w tych kwestiach technologicznie niezborni i leniwi. Nie poruszamy się w tym świecie zbyt sprawnie. Nawet jeśli kiedyś podejmowałem próby jakichś działań stricte marketingowych w sieci, to ten świat szybko mnie zniechęcał. Wiemy oczywiście, że czasami trzeba się do tego zmusić, bo chodzi przecież o docieranie do nowych słuchaczy. Nie ignorujemy tego całkowicie, ale jednocześnie jesteśmy po prostu wesołą gromadką ludzi, którzy ponad wszystko cenią relacje analogowe.
Myślę, że wasz nadchodzący koncert na OFF Festivalu będzie najlepszym, namacalnym podsumowaniem tej całej analogowej twórczości. Chyba zgodzicie się, że Atol Atol Atol jak mało kto wpisuje się w ten alternatywny profil słuchacza katowickiego festiwalu…
AH: Szczerze mówiąc, ja do teraz jestem trochę zdziwiona, że nas tam zaprosili (śmiech).
ŁP: Na pewno nie jest tak, że jakoś stanowczo od niego odstajemy, ale raczej nigdy nie mieliśmy poczucia, że jesteśmy zespołem stworzonym do grania na wielkich scenach. Osobiście podejrzewam, że zostaliśmy stworzeni na potrzeby małych, kameralnych miejsc, zarządzanych oddolnie przez lokalne ekipy. Nie żebym miał coś przeciwko dużym festiwalom czy konkretnie przeciwko OFF-owi, ale czy my szczególnie trafiamy w gusta tamtejszego słuchacza? Nie wiem. Przekonamy się na miejscu (śmiech).
Jak podchodzicie do samej materii koncertu? Na scenie pozwalacie sobie na jeszcze więcej eksperymentów i improwizacji, czy mimo wszystko staracie się w miarę wiernie odzwierciedlać to, co nagraliście w wersjach studyjnych?
AH: Podchodzimy do tego raczej eksperymentalnie... chociaż sama nie wiem. Często na scenie wydaje nam się, że każdy zagrał dokładnie tak, jak miał zagrać. Dopiero po występie okazuje się, że targały nami skrajne emocje i nagle jakieś drobne niuanse zmieniały absolutnie wszystko (śmiech). Nasze występy mają też bardzo różną intensywność w zależności od samej sceny i miejsca, w którym gramy. No, ale zaczęłam tak trochę od końca.
ŁP: W naszych piosenkach często zostawiamy sobie margines swobody, pozwalamy sobie na luźne traktowanie niektórych wątków. Możemy coś przedłużyć, coś odjąć, coś dodać, albo mocno zmienić dynamikę i ekspresję. Szczególnie Hubert jest aktywny na tych odcinkach. Lubimy pracować na kontrastach, a to, jak potoczy się koncert, zależy od tego, gdzie gramy, jak się w danym momencie czujemy i jak słyszymy na scenie. Najfajniejsze są te momenty, kiedy po zejściu ze sceny patrzymy na siebie z miną w stylu: "Co tam się właściwie wydarzyło?" (śmiech).










