Artur Rojek: "Pozostając na etapie myślenia z 2006 roku, już by nas nie było" [WYWIAD]
OFF Festival rozpocznie się za nieco ponad dwa tygodnie! Między 1 a 3 sierpnia do Doliny Trzech Stawów zawitają tysiące fanów z całego świata, by bawić się na jednym z największych festiwali z muzyką alternatywną w Europie. Mieliśmy okazję porozmawiać z dyrektorem kreatywnym imprezy i artystą, Arturem Rojkiem. Opowiedział nam o drodze, jaką impreza przeszła od początków w 2006 roku, o planach na przyszłość, swojej solowej twórczości i wielu, wielu innych kwestiach!

Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: OFF od 2006 roku przeszedł naprawdę bardzo długą drogę. Jak ten festiwal w pana oczach zmieniał się na przestrzeni lat?
Artur Rojek: - On się zmieniał tak, jak rzeczywistość się zmieniała. W zasadzie cały czas staramy się odpowiedzieć na to, co w danym momencie jest potrzebne zarówno z naszej strony, odczuwalne jako relacja organizator - uczestnik, ale też czego oczekują uczestnicy. Festiwal zmienia się tak, jak się zmieniają czasy, jak się zmieniają gusta publiczności i możliwość dotarcia do muzyki. Kiedyś była minimalna, dzisiaj jest maksymalna, kiedyś było wolniej, dzisiaj jest szybciej, więc staramy się też dopasować do tych czasów, bo pozostając na etapie myślenia z 2006 roku, myślę, że już by nas nie było.
Który etap przygotowywania festiwalu jest dla pana najbardziej ekscytujący, a który najbardziej stresujący?
- Jak słusznie zauważyłeś na początku, jestem tym od kreacji, więc moja praca polega na tym, że dobieram artystów, dobieram wszystkie rzeczy, które są związane z elementem kreatywności na festiwalu, mam też jeszcze kilka innych obowiązków, natomiast to jest moja główna odpowiedzialność, więc najbardziej lubię ten moment, kiedy buduję line up, kiedy rozmawiam z menedżerami i agentami i ustalam szczegóły, jeżeli mam taką możliwość. Natomiast innymi elementami związanymi z organizacją festiwalu zajmują się inni ludzie i to już ich trzeba było by spytać, jaka jest ich ulubiona część tej organizacji. U mnie jest to kwestia, że tak powiem artystyczna, najbardziej przyjemna.
W tym roku na festiwalu pojawi się scena mBank OFF Jazz Club. Skąd zrodził się w ogóle pomysł na coś takiego?
- Wszystko, co się rodzi i co ma miejsce na festiwalu, na początku powstaje w nas, w ludziach, którzy stoją za organizacją festiwalu. Obecność jazzu z takim silniejszym wskazaniem niż koncert zespołu z tego gatunku na jednej ze scen pośród innych artystów związana jest z tym, że osobiście jestem wielkim fanem tego gatunku. Od jakiegoś czasu przeżywam jego wzrost, przeżywam jego nową jakość, nową świeżość, umiejętność dotarcia do młodych ludzi.
Jazz stał się tak bardzo silnym i bardzo wpływowym gatunkiem. Myślę, że jest też pewną odskocznią od natłoku informacji, od muzyki, która jest wciskana nam przez algorytmy, jazz jest taką przyjemną odmianą. Jednocześnie gatunek skupia teraz mnóstwo bardzo ciekawych artystów, mega uzdolnionych, w tym Polska scena jazzowa jest przebogata, to widać po line upie, każdy z tych zespołów, który występuje w tym roku na scenie OFF'N JAZZ na OFF-ie, reprezentuje trochę inne podejście do jazzu, co jest ekstremalnie ciekawe i bardzo się cieszę, to nie będzie duża scena, ale obecność jej na OFF-ie jest bardzo ważna.
Warto wspomnieć, że będą tam polscy artyści jazzowi, dużo z nich mocno działa też w muzyce hip hopowej, która teraz wraca do jazzowych korzeni. Myśli pan, że jest to nowy trend w jazzie, że coraz więcej będzie się pojawiało elementów hip hopowych i ta muzyka przejdzie do szerszej świadomości od słuchaczy?
- Nie wiem, jak będzie, nie jestem aż tak uzdolniony, żeby przewidywać przyszłość, natomiast popularność gatunku przyciąga zainteresowanie i myślę, że krzyżowanie się jazzmanów z hip hopem czy z innymi gatunkami będzie naturalną rzeczą, bo po prostu będzie miał większe zapotrzebowanie niż wcześniej. Ludzie będą sobie wybierali, co jest dla nich najlepsze, czy to, jak chłopaki i dziewczyny grają i odnoszą się w taki bezpośredni sposób do gatunku, czy jak mieszają się z innymi gatunkami.
Spotkałem się z komentarzami, że headlinerzy na tegorocznej edycji festiwalu są fenomenalni, natomiast brak znajomości reszty line upu odpycha. Co powiedziałby pan takim osobom?
- OFF jest takim festiwalem, który jest skierowany do miłośników muzyki. W stu procentach, jest poświęcony tylko i wyłącznie temu aspektowi, czyli muzyce. OFF od lat jest festiwalem, który ma ambicję pokazywania rzeczy nieznanych, ale bardzo ciekawych i jest też miejscem, w którym dochodzi wielokrotnie do tego, że ludzie nieznający zespołu wyjeżdżają zachwyceni po ich koncercie i zespół staje się dla nich wtedy już znany. Taka jest idea OFF-a, myślę, że warto na ten festiwal przyjechać z tego względu, że każdy element tego festiwalu to nie jest rzecz taka, żeby wypchać czas, ale taka, żeby koncert był czymś emocjonującym dla uczestnika, takim, który wywołuje emocje, a nie takim, który staje się obojętny dla nich, bo to jest najgorsze.
Pozwolę sobie wybiec trochę w przyszłość, bo OFF Festival w przyszłym roku będzie obchodził swoje dwudzieste urodziny. Jak wyobraża sobie pan kolejne 20 lat festiwalu?
- Nie wyobrażałem sobie 20 lat, które minęły. Zawsze próbuję sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała następna edycja, a co będzie za 20 lat? Nie mam pojęcia.
A co stało się z kuratorami sceny eksperymentalnej? Czy zobaczymy ich powrót?
- Być może. Są takie rzeczy, które po prostu pojawiają się na OFF-ie, a potem znikają, bo pomysł na kolejną edycję jest trochę inny niż ten, który był wcześniej. To nie jest kwestia, czy ta idea się wyczerpała, czy coś takiego. Myślę, że ona jest wciąż bardzo żywa i jest wciąż bardzo ciekawa, bo to, co robiliśmy z kuratorami, było dla mnie bardzo super doświadczeniem, więc być może kiedyś do tego wrócimy. Na razie jest tak, jak jest, nowością jest to, że scena eksperymentalna w sobotę będzie sfokusowana na konkretny rejon świata, czyli na Azję. Planujemy też w podobny sposób podejść do tej sceny w następnym roku, więc nie będziesz miał kuratorów, ale będziesz miał coś innego.
Gdyby mógł pan zaprosić na OFFa jednego artystę, żywego lub nie, kto by to był?
- Jeff Buckley.
Co daje panu większą satysfakcję, tworzenie muzyki czy praca nad OFFem?
- To są bardzo naturalne dla mnie elementy i nie rozgraniczam ich na zasadzie, co jest lepsze, co gorsze. Lubię to i to, zawsze lubiłem, zanim założyłem zespół, bardziej wyobrażałem sobie siebie jako ekstremalnego fana muzyki niż artystę, a potem stałem się i artystą i ekstremalnym fanem. To są takie rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Ja się w ogóle nie muszę do tego zmuszać. Myślę, że gdybym nie robił festiwalu, to też bym robił to samo, tylko dla kilku kolegów, z którymi bym się spotykał raz w tygodniu.
A co z płytą, szykuje pan jakieś wydawnictwo? Ostatni album wyszedł 5 lat temu.
- Tak, jestem w trakcie, w zasadzie płyta z mojej strony już jest zrobiona, teraz czekają nas prace produkcyjne. Myślę, że skończymy to wszystko jesienią i tak to sobie wyobrażam, bo nie chciałbym, żeby ktoś mnie złapał za jakieś fakty, które przedstawiam. Wyobrażam sobie, że ta płyta wyjdzie wiosną.
Pana twórczość, przynajmniej z moich obserwacji, mocno w pewnym momencie zaczęła trafiać do młodszych odbiorców. Czuje pan presję, by nowym materiałem również do nich trafić?
- Spośród tych wszystkich rzeczy, które zrobiłem już solowo, nigdy nie kierowałem się tym, żeby jakoś szczególnie nawiązywać kontakt z młodszą publicznością. Robiłem po prostu to, co czułem, a że się tak przy okazji stało, to bardzo się cieszę i takie samo mam podejście do kolejnej płyty. Przede wszystkim robię to, co uważam za prawdziwe dla siebie, mam nadzieję, że będzie też prawdziwe dla innych.
Na koniec zapytam jeszcze o kulisy współpracy z Dawidem Podsiadłą. Jak do tego doszło, jak wam się współpracowało? Kto wyszedł z pomysłem, żeby poprowadzić w taki sposób koncerty na Zorzy?
- Nasza znajomość jest dosyć długa, bo poznałem Dawida, kiedy grał pierwszy koncert na Torwarze, to było kilka lat temu, jesteśmy w tym samym managemencie, wielokrotnie spotykamy się z okazji różnych rzeczy i nasza współpraca zaczęła się od coveru "Długości dźwięku samotności", którą Dawid wykonywał na trasie stadionowej kilkukrotnie. Pomysł na Zorzę, jak sam zresztą widzisz, polega na tym, że występują tam artyści w formach takich, w których nie występują w innych miejscach i wydarza się to jednorazowo. Robią to tylko na Zorzy i już nigdzie więcej.
Projekt Dawida ze mną, gdzie wykonujemy piosenki Myslovitz w nowych wersjach jest właśnie jednym z elementów jednorazowych, które się wydarzają tylko i wyłącznie w ramach tego wydarzenia. To była propozycja, ze strony Dawida. Ekscytująca dla mnie, aczkolwiek nie po to odchodziłem z Myslovitz, żeby grać Myslowitz, ale traktuję to też, jak taką przygodę. To nie jest temat, który będę ciągnął w przyszłości, robimy to raz, robię to z Dawidem, ze świetnymi muzykami, całością kieruje Olek Świerkot, który jest też producentem mojej płyty. Dzieje się tam dużo fajnych rzeczy i wokół tego jest bardzo dużo fajnych ludzi. Graliśmy tutaj zresztą wczoraj, na dachu Spodka, rejestrując wideo sesję i świetnie nam się gra, naprawdę super.









