Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Porozmawiajmy trochę o nadchodzącym OFF Festivalu. To impreza, która regularnie trafia na listy najlepszych festiwali muzyki alternatywnej na świecie. Czy presja utrzymania tej renomy ogranicza pana odwagę w doborze jeszcze bardziej niszowych artystów, czy wręcz przeciwnie - napędza ją?
Artur Rojek: Wiesz co, ja nigdy nie miałem presji, żeby udowadniać, że ktoś kiedyś stwierdził, iż festiwal jest wyjątkowy - nie tylko w skali kraju, ale trochę szerzej. Nigdy nie robiłem tego po to. Oczywiście to było przyjemne, kiedy ktoś o tym wspomniał i umieścił nas na jakiejś ważnej liście. To wydarza się do dzisiaj. Raczej to pomaga niż rodzi presję. Ja presji z tego powodu nie czuję. A kiedy mogę, to o tym wspominam.
A co według pana wyróżnia polską publiczność na tle całego świata, że OFF Festival tak dobrze się u nas niesie i cieszy takim zainteresowaniem?
- Wiesz co, myślę, że publiczność to jedno, ale chodzi też o inne rzeczy. Przede wszystkim o zawartość, którą każdego roku oddajemy uczestnikom - ludziom, którzy przyjeżdżają na OFF, żeby to wszystko skonsumować. Myślę, że to jest najważniejszy element, kiedy ktoś mówi o wartości danego wydarzenia.
Zwłaszcza że, jeżeli mówimy o wyróżnieniach, dotyczą one konkretnie festiwali muzycznych albo festiwali z określoną muzyką. Wielu ludzi, którzy opisują takie festiwale czy tworzą takie listy, nie było w Katowicach i nie widziało tego wszystkiego. Ale ci, którzy przyjeżdżają, widzą i wyjeżdżają, nie wyjeżdżają rozczarowani. Chodzi o miejsce, w którym to się odbywa, o ludzi, którzy uczestniczą w festiwalu, i o pewien magnes, którym ich przyciągamy.
Na OFF-ie jest konkretna publiczność. Nie każdy będzie się tam dobrze czuł. Dobrze poczuje się ten, dla kogo muzyka nie jest obojętna. Jeżeli znajdujesz się w miejscu, w którym większość ludzi jest podobna do ciebie, atmosfera od razu robi się lepsza.
Porozmawiajmy więc o tej zawartości, a konkretnie o headlinerach. Każdy z nich jest ulepiony z zupełnie innej gliny i podejrzewam, że został zaproszony z różnych pobudek. Mamy Amyl and the Sniffers, czyli zespół punkowy, Yung Leana i Bladee'a - można powiedzieć wieszczów współczesnego rapu, a także The Flaming Lips, którzy po latach wracają na tę scenę. Skąd takie wybory?
- Muzyka jest bardzo różnorodna. Nawet jeśli rozłożymy parasol z napisem "alternatywa", to ta alternatywa również jest bardzo szeroka. My nie jesteśmy festiwalem profilowanym na coś konkretnego. Nigdy nie byliśmy festiwalem skupionym wyłącznie na muzyce gitarowej. Byliśmy raczej skupieni na tym, co w danym momencie jest ważne, albo na tym, co z perspektywy historii muzyki miało wpływ na to, co dzieje się teraz.
Dlatego ten wybór wygląda tak, jak wygląda. OFF zawsze był bardzo różnorodny i nigdy nie stawiał szczególnie na jeden gatunek. Staraliśmy się dobierać artystów reprezentujących różne nurty, różne miejsca i różne strony świata. Tak wygląda też line-up w tym roku.
The Flaming Lips wracają po latach. Podczas pierwszej katowickiej edycji OFF Festivalu byli headlinerem. Z jednej strony jest więc sentyment, z drugiej ukłon w stronę starszej publiczności, która to pamięta. Ale najważniejsze jest to, że The Flaming Lips są zespołem bardzo ważnym w kontekście muzyki alternatywnej na świecie. W ostatnich latach prezentują w całości jeden z ich najważniejszych albumów, czyli "Yoshimi Battles the Pink Robots". I właśnie ten materiał zagrają na OFF-ie.
- Jeśli chodzi o Yung Leana i Bladee'a, to - jak wspomniałeś - są współczesnymi wieszczami rapu, ale jednocześnie artystami z ogromną bazą fanów w Polsce. Dla mnie to również pewna historia, bo pierwszy koncert w Polsce Yung Lean zagrał właśnie na OFF-ie. Miał wtedy 16 albo 17 lat, przyjechał z mamą, ponieważ był niepełnoletni. Teraz wraca jako wielki artysta.Można powiedzieć, że wraca na festiwal, na którym debiutował w Polsce.
A Amyl and the Sniffers? Myślę, że każdy, kto spotkał się z tym zespołem - czy słuchając jego piosenek, czy tym bardziej będąc na koncercie - wie, że to artysta, którego obecnie nie można nie mieć w line-upie. Jeżeli mogę go mieć, to oczywiście.
Ale tej różnorodności i liczby artystów jest znacznie więcej. Przez trzy dni, między 7 a 9 sierpnia, odbędzie się blisko 100 koncertów.
Czy w całym line-upie ma pan jakieś perełki, na które cieszy się szczególnie?
- Staram się unikać wyróżnień, bo każdy artysta w tej układance jest ważny. Czy gra o 16:40, czy o drugiej nad ranem - każdy jest elementem całości. Na ten festiwal trzeba patrzeć jako na całość.
Mogę powiedzieć o bookingach, które są dla mnie ważne, ale nie dlatego, że to będą najbardziej wyjątkowi artyści ze wszystkich. Chodzi raczej o takie sytuacje, przy których trzeba było poświęcić więcej czasu, albo o artystów, których obecność już kiedyś była blisko, ale ludzie o tym nie wiedzieli, bo zanim zdążyliśmy coś ogłosić, występ został odwołany. W tym roku udało się to zrealizować.
Takim artystą jest Arthur Verocai, który pojawi się w Polsce po raz pierwszy. To legenda muzyki brazylijskiej, słynny producent i osoba, która przez lata była trochę zapomniana. Funkcjonował między innymi dzięki temu, że komponował muzykę do reklam. Teraz, jako siedemdziesięcioparoletni człowiek, wraca ze statusem niezwykle wpływowego artysty - zarówno dla tego, co wydarzyło się później w muzyce, jak i dla tego, co dzieje się dzisiaj.
Z jednej strony ma za sobą bardzo bogatą historię, a z drugiej wciąż jest dla wielu ludzi interesujący. Świadczy o tym chociażby jego planowana współpraca z Frankiem Oceanem - zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Kolejny taki booking to Sunny Day Real Estate. Zajęło mi to trzy lata, ale w końcu udało się ich sprowadzić. To zespół z zupełnie innego rejonu muzyki, legenda emo. Swoje najważniejsze rzeczy stworzyli w pierwszej połowie lat 90., ale są zespoły, których czas w pewnym sensie nie dotyka. Udało im się stworzyć coś, co mimo upływu lat wciąż brzmi świeżo. To nie zdarza się często, ale w ich przypadku tak jest.
Widziałem ich kilka lat temu, już po naprawdę długim czasie od mojego pierwszego spotkania z ich muzyką.
Kiedy to było, jeśli mogę zapytać?
- Znam ten zespół od samego początku. Pierwszą płytę "Diary" wydali chyba w 1994 albo 1995 roku. W każdym razie to były początki lat 90. Kiedy zobaczyłem ich po latach, nie szedłem na koncert z nastawieniem, że zaraz wydarzy się coś, co mnie powali. A jednak mnie powaliło. I liczę, że na OFF-ie będzie podobnie.
W tym roku wraca też scena jazzowa. Gdy rozmawialiśmy w zeszłym roku, mówił pan o niej z ekscytacją, ale też z pewną niepewnością, jak to wypadnie. Okazało się to ogromnym sukcesem. Ja w zeszłym roku właściwie nie mogłem dostać się pod tę scenę, bo cały czas była pełna. Jak pan teraz na to patrzy, po tak udanej edycji?
- Nadal się tym ekscytuję, ale po tym, co wydarzyło się w zeszłym roku, mam mniej pytań. Najważniejsze jest to, że otwierają się przede mną drzwi na kolejne edycje. Skoro pierwsza odsłona udała się tak dobrze i uda się z drugą, to trzecia musi być jeszcze większym sztosem.
Czyli na trzeciej możemy spodziewać się zagranicznych artystów jazzowych?
Być może. Ale to też nie ma aż tak dużego znaczenia. Jeżeli skończą nam się, można powiedzieć, naboje i wszyscy młodzi artyści funkcjonujący w Polsce w kontekście jazzu zagrają już na OFF-ie, wtedy będziemy starali się szukać kogoś, kogo wcześniej nie było.
Na razie jednak nie mam poczucia, że ten zasób się wyczerpał. Ta scena jest bardzo bogata i cały czas przynosi coś nowego. Widzę to raczej jasno.
Po tylu latach prowadzenia festiwalu, co dziś stanowi największe wyzwanie, o którym może nie wiedzieć szersza publiczność?
Największym wyzwaniem są dzisiaj kwestie techniczne. Ludzie nie widzą tego od kuchni i nie mają pojęcia, jak rynek zmienia się pod kątem dostępności artystów, budżetów i wszystkich tych spraw. To jest największe wyzwanie: odnaleźć się w tym i nadal móc funkcjonować, ale póki co nam się udaje.
Muszę też zapytać o sprawę, która wywołała spore poruszenie. W tym roku nie będzie pola namiotowego. Festiwal zaproponował inne rozwiązania, ale co dokładnie się wydarzyło? Dlaczego musieliście z niego zrezygnować?
- To nie jest kwestia naszej złej woli ani odbierania komuś czegoś, co mu się należało. To bardziej kwestia techniczna, pozyskania terenu. To nie jest nasz teren, musimy go uzyskać od kogoś, kto nim dysponuje i na tej linii doszło do pewnego nieporozumienia, przez co nie mogliśmy zrealizować tego tak, jak planowaliśmy.
Z drugiej strony liczba ludzi korzystających z pola namiotowego z czasem bardzo się zmieniła. Dzisiaj mniej osób, przynajmniej w naszej publiczności wybiera tę formę noclegu. Częściej decydują się na inne rozwiązania, w tym grupowe wynajmy, które dla wielu uczestników okazują się tańsze i bardziej komfortowe.
To nie znaczy jednak, że całkowicie zamknęliśmy ten rozdział i nigdy do niego nie wrócimy. Zobaczymy, jakie będą potrzeby w przyszłym roku, przeanalizujemy to i zobaczymy, co nam ta analiza da. Ta droga nie jest całkowicie zamknięta.
Na koniec odejdźmy od OFF Festivalu. Chciałbym porozmawiać o pana nadchodzącym albumie, "Chciałbym urodzić się, żeby latałem", następcy wydanego sześć lat temu "Kundla". Można powiedzieć, że to już kolejny rozdział.
Wszystkie moje solowe płyty wydaję co sześć lat.
A co przez ten czas zmieniło się w pana podejściu do pisania?
- Nic.
Absolutnie nic?
- Nic. Lat mi przybyło. Cały czas śpiewam tę samą piosenkę, tylko zmienia mi się perspektywa.
Tytuł jest dość zagadkowy, ale jednocześnie bardzo istotny, bo są to słowa pana syna. Czy dziecięca perspektywa jakoś przejawia się także na tej płycie?
- Myślę, że dziecięca perspektywa i doświadczenia wynikające z tamtego czasu są jednym z najważniejszych elementów późniejszego funkcjonowania człowieka. To zawsze było dla mnie ważne i myślę, że takie pozostanie.
Zmienia się perspektywa wobec tych doświadczeń. Kiedyś śpiewałem o nich, trochę wcielając się w postać siebie z tamtego okresu. Później śpiewałem o nich z perspektywy osoby, która jest już tu, gdzie jest, ale w której tamte rzeczy - czasem pozytywnie, czasem negatywnie - nadal rezonują. Dzisiaj śpiewam o tym jako człowiek, który nie śpiewa już tego do siebie, tylko dla kogoś.
Znaczy, zawsze śpiewałem dla kogoś, ale teraz, koncentrując się na tematyce, to właśnie tu jest zmiana perspektywy. Zawsze było to dla kogoś, tylko pisałem piosenki z różnych ujęć.
To w sumie temat wielu debat: czy artysta powinien pisać dla siebie, czy dla publiczności?
- Myślę, że artysta przede wszystkim powinien wniknąć w siebie i napisać coś, co jest dla niego istotne. A jeśli publiczność to jeszcze zaakceptuje, tym większy sukces dla niego.
Na płycie pojawia się też wielu gości - od Dawida Podsiadły po Zbigniewa Preisnera. Jak wyglądał proces ich doboru i co każdy z nich wniósł do tego albumu?
- To wynika bardziej z relacji przyjacielskich i z tego, że w tych znajomościach koleżeństwo czy przyjaźń łączą się z estetyką, w której funkcjonujemy na co dzień. Przede wszystkim z estetyką dotyczącą pracy, którą wykonujemy, bo wszyscy zajmujemy się muzyką. Łączy nas podobne spojrzenie na niektóre rzeczy - dlatego są to właśnie ci, a nie inni goście.
Pojawi się ich jeszcze trochę więcej niż Dawid Podsiadło i Zbigniew Preisner. Żadna z tych współprac nie została jednak podyktowana wyłącznie tą płytą. My już współpracowaliśmy ze sobą w różnych układach - prywatnych i mniej prywatnych. To są więc naturalne spotkania, a jednocześnie pierwsze takie sytuacje, w których wspólnie tworzymy rzeczy wychodzące ode mnie jako Artura Rojka.











