Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Za tobą bardzo obfity czas wydawniczy - w ostatnich miesiącach wydałeś aż pięć nowych singli. Przymierzasz się już pomału do debiutanckiego longplaya?
AGNT: - W zasadzie od trzynastu miesięcy wydaję single niemal co miesiąc. Przez połowę tego czasu nie mieszkałem w Polsce, więc dopiero od pół roku - po powrocie do kraju - wszystko zaczęło nabierać tak intensywnego tempa. Wcześniej sporo rzeczy mnie omijało. Efekt jest taki, że w tym roku wydam aż dwa albumy. Pierwszy z nich, zatytułowany "Produkt Polski", ukaże się już 4 września. To krążek zbierający moje numery z 2025 roku. Pojawi się dopiero teraz, gdyż pobyt za granicą, studia i proza życia codziennego dały się we znaki. Ogarnianie produkcji, dystrybucji i formalności pojedynczymi kciukami to tytaniczna praca, która potrafi mocno opóźnić proces. Na tej płycie, oprócz dotychczasowych singli, pojawi się też jeden zupełnie nowy numer oraz mała niespodzianka. Z kolei drugi album, na którym znajdą się utwory wypuszczane w 2026 roku, planuję wydać w grudniu. To dość nietypowa strategia, ale od początku zakładałem, że single będą ostatecznie łączyć się w większe wydawnictwa. Na ten moment materiał na wrzesień jest już wgrany na serwisy, okładka gotowa i teraz walczę z domykaniem spraw związanych z merchem oraz fizycznymi nośnikami - bo logistyka przy braku zewnętrznego sztabu ludzi bywa moim największym wyzwaniem. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko dotarło na czas!
Premierze "Produktu Polskiego" będą towarzyszyć jakiekolwiek nowe utwory czy tylko zapowiedziany już singel "Niedzielny raper"?
- Tak jak mówisz, pojawi się tylko "Niedzielny raper", który będzie kluczowym utworem premierowym, który trafi do oficjalnego pitchingu na Spotify. To on ma za zadanie promować i napędzać wizerunkowo premierę całego albumu w serwisach streamingowych. Oprócz niego na krążku pojawi się jeszcze jeden bonus - klimatyczny numer z damskim wokalem o tematyce wyjątkowo warszawskiej.
Takie intensywne "singlowanie" albumów to model, który docelowo chcesz praktykować, czy raczej jedyna opcja, by w ogóle zaistnieć na rynku jako debiutant? Nie da się ukryć, że mocno kłóci się to z romantyczną wizją albumu jako nierozerwalnej całości…
- Niestety, jeszcze zanim zacząłem na poważnie wypuszczać muzykę, bardzo szybko zorientowałem się, że w dzisiejszych realiach single to jedyna rozsądna droga. Współczesny streaming brutalnie wymusza taką strategię. Przy premierze całego albumu algorytmy pozwalają na pitching tylko jednego utworu, przez co cała reszta materiału potrafi z dnia na dzień przepaść bez śladu. Wielu znajomych pyta mnie, czemu po prostu nie wydam płyty, a ja patrzę jednak na innych początkujących artystów i widzę wciąż ten sam schemat - wydają wyczekiwany album, z którego żyje jeden numer, a reszta odchodzi w zapomnienie. Nie wyobrażam sobie, żeby tyle mojej pracy, czasu, energii, pieniędzy, a także wysiłku ludzi, którzy mi pomagają, poszło na marne. Te piosenki miałyby na starcie podcięte skrzydła i zerowe szanse na dotarcie do nowej publiki. Robię muzykę po to, żeby niosła się dalej, a nie po to, żeby leżała zapomniana na profilu. Romantyczna wizja przegrywa z rzeczywistością - streaming skazuje nas niestety na single.
10 lipca swoją premierę miał utwór "WLOTA" na bicie ANTCONSTATINO. Jakie emocje towarzyszą ci dookoła tej premiery?
- Szczerze mówiąc, fantastyczne. Po raz pierwszy na taką skalę ruszyłem z promocją materiału na TikToku i efekty przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Rolki ze zwiastunem tego numeru wykręciły już ponad sto tysięcy wyświetleń. Niezmiernie mnie to cieszy, bo najbardziej obawiałem się właśnie odbioru tego brzmienia. To bardzo specyficzna, intensywna i wysokoenergetyczna odmiana baile funk prosto z Rio de Janeiro. Miałem spore obawy, czy to moje - nazwijmy rzeczy po imieniu - "darcie się" do tak agresywnego bitu w ogóle spodoba się ludziom w Polsce. Tymczasem odzew jest niesamowity. Nigdy wcześniej nie miałem przed premierą tak potężnego i pozytywnego feedbacku po wrzuceniu samego snippetu. To dla mnie cenna nauczka na przyszłość, żeby właśnie w ten sposób budować napięcie. Oczywiście, algorytmy mediów społecznościowych bywają niezbadane i być może to po części kwestia szczęścia, ale to potężny zastrzyk motywacji przed premierą.
To też dobry znak dla ciebie, że nie musisz zamykać się na UK Garage, z którym dotychczas byłeś kojarzony…
- Zdecydowanie tak. Projekty, które robię teraz wspólnie z Moleheadem, to muzyka, która w końcu w pełni mi się podoba i jest najbliższa mojemu prywatnemu gustowi. Wciąż nie jest to może sto procent moich inspiracji, ponieważ muszę znaleźć zdrowy konsensus między pokręconymi, niszowymi rzeczami, których sam słucham, a tym, co ma realną szansę przyjąć się na polskim rynku. Patrząc jednak na to, jak fantastycznie ludzie reagują na zwiastuny tej brazylijskiej "WLOTY", zaczynam myśleć, że to był świetny trop. Może jednak mogę pozwolić sobie na robienie bardziej bezkompromisowych, swoich rzeczy? Zobaczymy, co wydarzy się po oficjalnej premierze.
Wspominasz o dziwacznych, niszowych rzeczach, których słuchasz - chciałbyś podać jakiś przykład, co konkretnie?
- Jeśli miałbym wymienić gatunki, które najczęściej kręcą się na moich playlistach, to na pierwszym miejscu jest oczywiście UK grime - w tym siedzę najgłębiej. I nie mówię tu o mainstreamowych artystach w stylu Skepty, bo ten świat jest o wiele bogatszy. Do tego dochodzi brytyjski garage, jungle, dubstep oraz wspomniany baile funk, choć to niezwykle pojemne określenia. Niemniej najrzadziej spotykane w Polsce są jednak karaibskie brzmienia jak bouyon czy dembow, czy soca - to jest coś, co uwielbiam bezgranicznie.
Może to dobry znak, że znalazłeś dla siebie niszę w Polsce, którą warto zagospodarować?
- Szczerze mówiąc, do tej pory nie robiłem tak skrajnie alternatywnej muzyki, bo po prostu nie wierzyłem, że ktokolwiek w Polsce chciałby tego słuchać. Szukam więc złotego środka. Numery, które tworzymy z Moleheadem - a w tym roku wyjdzie ich łącznie co najmniej osiem - bardzo mnie jarają, bo są po prostu świetnie bujające. Właśnie w takie imprezowe, dynamiczne klimaty chcę teraz uderzać coraz mocniej. A jeśli chodzi o UK Garage, to wcześniej po prostu nie miałem dostępu do tak dobrych bitów. Dopiero gdy poznałem Moleheada i zaczęliśmy wspólnie pracować, otworzyły się przede mną możliwości, o których wcześniej mogłem tylko pomarzyć. Natomiast to było coś wspaniałego móc na dobre pozostać w tej niszy i móc w niej swobodnie tworzyć.
W czerwcu ubiegłego roku ogłosiłeś cały swój plan wydawniczy do końca 2026 roku w opisie na swoim profilu Spotify. Z czego wynika zdecydowanie się na taki ruch? Nie da się ukryć, że jest to dość niecodzienne.
- Wychodzę z założenia, że jako słuchacz sam chciałbym mieć taką wygodę. Wchodzisz na profil swojego ulubionego artysty na Spotify, zjeżdżasz na dół do opisu i od razu czarno na białym widzisz cały plan, z kim, co, gdzie i kiedy zostanie wydane. To ułatwia życie i dla mnie buduje fajną więź. Z drugiej strony sam zacząłem się zastanawiać, czy publiczne pokazywanie takich kulis to na pewno najlepszy pomysł. Już raz czy dwa życie zweryfikowało moje założenia - a to pojawiły się opóźnienia przy montażu wideo, a to nagle musiałem pozmieniać kolejność singli i cały harmonogram w bio trzeba było edytować. To rodzi dodatkowy stres. Sam nie wiem teraz, co o tym myśleć. Chyba będę musiał zrobić jakąś ankietę wśród moich odbiorców i zapytać ich, co o tym sądzą (śmiech).
Wspominałeś wielokrotnie o swoich wyjazdach za granicę - to właśnie one ukształtowały w tobie to zamiłowanie do UK Garage'u, które najmocniej wybrzmiewa w ostatnich singlach?
- Staram się latać do Londynu za każdym razem, gdy pozwalają mi na to czas i finanse. Tam mieszkają i tworzą wszyscy moi najwięksi idole. Mam nawet w domu koszulkę z autografami niemal wszystkich kluczowych MC z londyńskiej sceny. Nie ukrywam więc, że moim wielkim celem i marzeniem jest zrobienie kiedyś z nimi wspólnego numeru, bo to od nich czerpię najwięcej energii. Mam całą listę ulubionych twórców, a z mojej ścisłej czołówki inspiruję się dosłownie w stu procentach. Często odwołuję się do nich w swoich tekstach - choć rzadziej w numerach studyjnych, a znacznie częściej podczas livesetów na imprezach, bo to, co wydaję na Spotify, a to, jak nawijam w klubach, to dwa zupełnie różne światy.
Kocham Londyn z wszystkimi jego wadami - muzycznie i klimatycznie to miejsce jest dla mnie absolutną mekką. Choć wątpię, bym przeprowadził się tam na stałe, to muszę tam wracać i pokazywać, co robię. Zwłaszcza że teraz moja pozycja wygląda zupełnie inaczej niż rok temu. Dopiero w 2025 roku zacząłem tak naprawdę wrzucać pierwsze rzeczy do sieci. Kilka dni temu dostałem nawet powiadomienie z przypomnieniem o moim pierwszym viralu z UK live seta w studio CBB. Kiedy leciałem do Londynu w maju ubiegłego roku, miałem niecałe dwa tysiące obserwujących na Instagramie i ani jednego utworu na Spotify. Byłem dla nich zwykłym, anonimowym chłopakiem z Polski, który przyjechał popatrzeć na scenę. Dzisiaj ci sami ludzie, których podziwiam, obserwują mnie w social mediach i doskonale wiedzą, kim jestem. To super uczucie, które daje mi nadzieję na grube współprace w najbliższych latach, tym bardziej, że jeden z moich idoli sam zaproponował mi wspólny numer.
Myślałeś o tym, by zaadaptować ten londyński klimat na polskie warunki?
- Oczywiście, że tak - w przyszłości, gdy pozwoli na to większy budżet, chciałbym regularnie sprowadzać tych brytyjskich artystów do Polski i promować ten klimat u nas. Nie wiem, jak duża publika ostatecznie by na to przyszła, ale świetny fundament pod takie działania zbudował już chociażby kolektyw Święty Bass, który niejednokrotnie zapraszał do kraju artystów z UK. Stworzyli fantastyczną platformę i przetarli szlaki, chciałbym kontynuować tę misję i dokładać do tego swoją cegiełkę. Podwaliny pod to zostały już położone.
Jak po roku intensywnego wydawania takiej muzyki czujesz, że tego typu brzmienia przyjmują się w Polsce?
- Ciężko mi to jednoznacznie ocenić, bo w moim przypadku słuchalność zależy wyłącznie od tego, jak intensywnie postuję w sieci i czy dana rolka zyska dobre zasięgi. Na TikToku widzę to czarno na białym: są wyświetlenia na filmach - jest natychmiastowy wzrost na Spotify; brakuje postów - statystyki spadają. Brutalna prawda o mainstreamie jest taka, że to, czy dany numer jest wybitny, schodzi na dalszy plan - liczy się przede wszystkim to, jak silną ma promocję. Dlatego jeśli ktoś uważa moją muzykę za słabą, w pełni to rozumiem i akceptuję. Moje obecne liczby wynikają po prostu z tego, że bardzo dużo publikuję i regularnie pokazuję się ludziom. Odbiorcy w Polsce są otwarci i słuchają naprawdę skrajnie różnych rzeczy, ale żeby po coś sięgnęli, muszę najpierw skutecznie do nich dotrzeć.
Z UK Garagem w Polsce przede wszystkim kojarzony jest Miły ATZ, który jest częścią wspomnianego przez ciebie Świętego Bassu. Jest on dla ciebie wyznacznikiem tego, ile można zrobić z tą muzyką w Polsce?
- Oczywiście, że tak. Sam personalnie może ich teraz tak dużo nie słucham, choć znam kilka tekstów na pamięć. Na początku to właśnie dzięki nim ta muzyka z UK zaczęła mi się pokazywać - po prostu wchodziło się na YouTube'a i wyskakiwały w polecanych. To wpadało naturalnie i w mojej bańce w Polsce wszystko kręciło się wokół tego. Niemniej jednak staram się słuchać jak najmniej polskiej muzyki. Nałożyłem na siebie taki zakaz, żeby w stu procentach nie inspirować się czyimś flow czy twórczością i nie brzmieć jak ktoś inny w kraju. Chcę być oryginalny. Staram się obracać tym po swojemu, po polsku. Słucham wielu tekstów z różnych zagranicznych gatunków i próbuję przełożyć je na język polski. Bardzo wnikliwie to analizuję, siedzę nad tym i kombinuję, jak pociąć i podzielić te linijki. Na przykład we wspomnianej już "WLOCIE" dosłownie przełożyłem brazylijskie flow na język polski. Wymagało to pocięcia niejednego słowa na sylaby, bo z polską specyfiką językową było to dość trudne - ale się udało.
Wspominałeś o tym, że twoim koncertom znacznie bliżej do imprez niż typowych rapowych występów. Za tobą też już liczne show między innymi na Open'erze czy Tauron Nowa Muzyka. Jak sprawdzają się twoje numery w tej formule live, którą prezentujesz?
- Jest naprawdę super. W kwietniu graliśmy we Wrocławiu i wtedy mocno to zauważyłem, że gdybym zagrał swój stary repertuar z zeszłego roku, byłyby to głównie chillowe piosenki, bo akurat wtedy nie miałem innych bitów i na takich to wydałem. Prywatnie nie słucham aż tak spokojnej muzyki - wolę zrobić konkretną imprezę, bardzo lubię energiczne rzeczy. Dosłownie na pół godziny przed tamtym występem powiedziałem DJ-owi, z którym wtedy grałem, że zmieniamy wszystko - z tych chillowych, na nowe, znacznie bardziej energiczne - i to był strzał w dziesiątkę. Ludzie w ogóle nie znali tych kawałków, bo to były same niewydane rzeczy. Dlatego też przez ostatnie miesiące grałem głównie unreleased, ponieważ uważałem, że lepsze są numery niewydane, które mocno bujają, niż te już opublikowane, przy których ludzie tylko stoją i kiwają głowami.
Czyli definitywnie stawiasz na energię…
- Zawsze moim głównym celem jest to, żeby publika skakała. Chcę dawać ludziom czystą energię, żeby to był - za przeproszeniem - konkretny melanż, bo to mnie osobiście najbardziej jara. Taki koncert jest o wiele bardziej męczący, bo trzeba dać z siebie więcej na wokalu, ale daje to znacznie większą satysfakcję. Kiedy widzisz zza mikrofonu, że wszyscy skaczą, uczucie jest niesamowite. Przy piosence na chillowym bicie nikt przecież nie będzie skakał…
Przed tobą występ na OFF Festivalu w Katowicach. Jak się czujesz z myślą, że będziesz mógł zaprezentować tam swoją twórczość?
- Jestem bardzo szczęśliwy, to dla mnie wielkie wyróżnienie, że zagram tam na scenie eksperymentalnej. Otwieram niedzielę, a koncert odbywa się w namiocie. Biorąc pod uwagę polskie lato, które na festiwalach lubi zaskakiwać, ewentualny deszcz byłby dla mnie dużym plusem, bo ludzie schronią się w namiocie (śmiech). Z drugiej strony to dla mnie wielka niewiadoma - dopiero zaczynam ze swoją twórczością pokazywać się szerzej, nie mam jeszcze stałego fanbase'u, a wszystko opiera się na ludziach, którzy widzą mnie w social mediach. Może być miliard osób, a mogą być trzy. Nie nastawiam się na nic konkretnego i staram się podchodzić do tego na zasadzie, że co ma być, to będzie. Najważniejsze, żeby jak najlepiej uwiecznić ten występ i puścić to w świat. To, że udało mi się zdobyć takie osiągnięcie w zaledwie rok, to coś niesamowitego - szczerze mówiąc, nie znam nikogo, kto zaliczyłby taki progres tak szybko. Jestem ogromnie wdzięczny, że to tak idzie, ale z drugiej strony wkładam w to mnóstwo pracy, więc zdaję sobie sprawę, że to po prostu rezultat moich działań (śmiech).
Aż od razu przypomina mi się historyczny występ Franka Warzywa i Młodego Buddy z 2023 roku, na który przyszły tłumy - choć grali również na scenie pod namiotem. Dobrym waszym wspólnym mianownikiem może być podejście do swoich występów, jako jednej wielkiej imprezy…
- Właśnie mam taką nadzieję, że u mnie skończy się podobnie (śmiech). Sam jestem wielkim fanem Franka Warzywa i Młodego Buddy. Byłem ostatnio na ich evencie w Warszawie i było super. Była to bardzo podobna energia do tej, którą sam chcę przekazywać, tylko u nich to idzie bardziej w stronę popu, a u mnie rapu.
Byłeś zaskoczony zaproszeniem, by na tegorocznym OFFie zagrać? Jak sam odnajdujesz się w tych alternatywnych klimatach?
- Naturalnie jestem zaskoczony. To, że ta muzyka w ogóle gdziekolwiek się odnalazła, jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo umówmy się - w Polsce jest tego na razie bardzo mało. Fakt, że zostałem wybrany, oznacza, że ktoś zobaczył w tym potencjał i uznał, że to już teraz ma ręce i nogi. I to jest tak naprawdę najważniejsze. To dla mnie legit check - potwierdzenie, że trzymam już odpowiedni poziom jakości. Mam nadzieję, że tego nie zawalę.
Miałeś już okazję sprawdzić line-up tegorocznego OFF-a? Są jacyś artyści, na których występy nie możesz się doczekać?
- Oczywiście, że tak. Na pewno w gronie występów, na które chciałbym pójść, będzie Young Lean i Earl Sweatshirt. Może ostatnio nie słucham ich sporo, ale jestem mega ciekaw, co pokażą, grając na żywo. Również interesują mnie zespoły jak Sw@da x Niczos, Błoto czy Verocai. No i muszę koniecznie wymienić tutaj znajomych z PGR lub Clayknot na których również na pewno pójdę!






![Deep Purple "SPLAT!": Rozhulany dom seniora [RECENZJA]](https://i.iplsc.com/000N66UXRYIMNGCA-C401.webp)




