Pierwszy dzień Next Fest 2026: "Wehikuł czasu prosto do gimnazjum"
Pierwszy dzień Next Festu za nami! Wyraźnie czuć, że jazda bez trzymanki dopiero się zacznie, a ja jako first timer przynajmniej miałem wystarczająco czasu, żeby wdrożyć się w showcase'owy klimat i... nabić trochę kroków.

Nie będę ukrywał, że jadąc na Next Fest odczuwałem sporą ekscytację, bo o ile forma showcase'u nie jest mi obca, tak tu mnie jeszcze nie było! Pierwszy dzień stał się nie tylko okazją do poznania... Poznania, ale i solidnej rozgrzewki. Bardzo dużym plusem Neta jest odległość pomiędzy klubami. Większość tras z jednego koncertu na drugi nie zajmowała więcej niż 10 minut, co pozwalało złapać oddech i nabrać siły na chłonięcie kolejnych występów.
Kluby nie były jeszcze dobite do granic możliwości, ale absolutnie nie można tu mówić o pustkach. Dzięki temu można było jednak spokojniej pokrążyć, zobaczyć kilka miejscówek i sprawdzić, jak brzmią różne sceny, bez wrażenia, że coś cały czas się traci.
Pierwszy dzień Next Fest: kto zaskoczył najbardziej?
Muzycznie absolutną gwiazdą dnia była dla mnie Ajla. Jej koncert muzycznie pląsał gdzieś pomiędzy trip-hopem spod znaku Portishead, a osiedlową wrażliwością Ćpaj Stajl. Mimo bijących po głowie basów, artystka raczej powoli wciągała publiczność w swoją twórczość, a minimalne interakcje dodawały temu o dziwo uroku. Zwykle preferuję, gdy artysta na scenie pała charyzmą, tutaj jednak prezencja przywodząca trochę na myśl Kasię Nosowską dodawała jej twórczości intymności. Brakowało mi tam jedynie pełnego zespołu, który wzniósłby cały ten performance na zupełnie inny poziom. Niemniej jednak bawiłem się świetnie.
Zupełnie inny klimat zapewniła z kolei legenda Poznania czyli Słoń. To był wehikuł czasu prosto do gimnazjum. Była energia, były klasyczne numery, była ta specyficzna mieszanina agresji, ironii i czarnego humoru, którą Słoń ma po prostu w DNA. Uwielbiam to, w jaki sposób buduje on relację z publicznością i z jakim ciepłem zaprasza do swojego pokręconego świata publiczność, która gdyby nie ten festiwal pewnie nigdy nie dałaby mu szansy. Jest to nie tylko urodzony performer, ale przede wszystkim świetny raper, który bez żadnego playbacku i bez zająknięcia jechał z jednym numerem za drugim. Zadanie miał niełatwe, bo jak wspomniałem, mierzył się raczej z nietypową dla siebie publicznością, ale udźwignął to bez większego wysiłku, a ja dawno nie bawiłem się tak dobrze na rapowym koncercie.
Na deser Saburrakap - i tu z kolei wjechał wyjątkowy klimat NATURY2000. Pełne instrumentarium, świetny perkusista i skład, który oddał publiczności serce na tacy. W secie płynnie mieszały się momenty freestyle'owe z lekko jazzującymi odjazdami. Świetny klimat, dużo swobody, zero grania pod kalkę. Między groovy utworami dostaliśmy też trochę autorefleksji i dość trudnych personalnych tematów. "ORGANISTA" opowiadający nie tylko o chorej na raka mamie rapera, ale też emocjonalnym ciężarze, jaki niesie ta choroba sprawił, że zaniemówiłem.
Patrząc na ten dzień z perspektywy first timera, czuję, że poznałem dopiero wstęp do tego, czym Next Fest potrafi być przy pełnych obrotach. Sporo chodzenia po mieście, kilka mocnych koncertów i wyraźne wrażenie, że następnego dnia będzie tylko głośniej, ciaśniej i bardziej.













