Next Fest 2026: Znowu nie tam, gdzie planowałem [RELACJA]
Next Fest zgodnie ze swoją formułą to festiwal opierający się na przechodzeniu z klubu do klubu. Sęk w tym, że podróżując po ulicach Poznania można w bardzo łatwy i poniekąd intencjonalny sposób się zgubić. To miasto, które zabiega o uwagę tak samo, jak i wschodzące gwiazdy, które miały okazję się tam zaprezentować.

Sam festiwal zaczął się klasycznie. O swoich zachwytach pisałem już trochę, dzieląc się wrażeniami z pierwszego dnia. W następnych również miałem zaplanowane kilka punktów, których absolutnie nie chciałem ominąć. Biegając jednak po mieście i przecinając się z resztą redakcji, trafialiśmy do miejsc, których w planach nie było, a które uwydatniły ideę tego festiwalu - chłonięcie nowej muzyki. Kilkukrotnie więc trafiałem nie tam, gdzie planowałem, choć nie wiązało się to absolutnie z rozczarowaniem.
Pierwszym grubym uderzeniem był Słoń - horrorcore na własnym podwórku, w Poznaniu, i to w formie, w której ani trochę nie ma mowy o odcinaniu kuponów. Na żywo to zawsze jest spotkanie bardzo konkretnych ludzi z bardzo konkretną energią. Widać, że jego fanbase wcale się nie starzeje, a rozrasta. Ja sam, pewnie już specjalnie nie pojechałbym na jego solowy koncert, bo trochę z tego klimatu wyrosłem. Mam jednak spory szacunek do postaci Słonia, dlatego przy okazji festiwalu takiego koncertu nie chciałem odpuszczać i trzeba mu oddać, że na żywo wypada świetnie. Publiczność za to musi podszkolić się w robieniu pogo, bo z tej strony coś niestety nie zagrało.
Z drugiej strony festiwalowej mapy Ajla udowodniała, że alternatywa podszyta trip-hopem i R&B może brzmieć świeżo, bez TikTokowej kalki. To był koncert, po którym widać było, że ktoś realnie myślał o detalach, aranżach i dynamice. Kwestią czasu jest, aż oglądać będziemy Ajlę na dużych scenach polskich festiwali, choć przyznam, że atmosfera małego klubu dodaje temu wszystkiemu bardzo potrzebnej intymności i klimatu, więc radzę sprawdzić jej muzykę w takim settingu, póki jeszcze jest na to szansa!
Gitara ma się świetnie
Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy polska scena gitarowa żyje, to biegnę z odpowiedzią. Żyje, ma się świetnie i to w pojęciu obejmującym indie, pop, rock, screamo, a nawet hip-hop. Chyba całe to zamieszanie wokół "muzycznego" chłamu generowanego przez AI sprawia, że wielu młodszych artystów chętniej sięga po prawdziwe instrumenty, czy - jak w przypadku Kiniego, o którym powiem jeszcze później - na żywo wykorzystuje samplery i bawi się efektami.
Moc ostrzejszego gitarowego grania obserwować mogliśmy za sprawą showcase'u Peleton Records, reprezentowanego w tym roku przez m.in. Zespół Sztylety, We Watch Clouds czy Torschlusspanik. Klub wypełniony pod korek, zero przypadkowych osób i pełna koncentracja od pierwszego numeru w każdym z wymienionych przypadków.
Chwila dla klasyki
John Porter, jak to John Porter. Nie bez powodu mówi się, że klasyka nigdy nie wychodzi z mody, a tłum pod sceną był tego potwierdzeniem. W moim odczuciu koncert ten wypadł jednak dość przeciętnie, momentami bez energii, a wokal zostawiał trochę do życzenia.
AudioFeels przypomnieli, z kolei że a cappella w 2026 roku może brzmieć jak pełnoprawne show, a nie ciekawostka z talent show sprzed lat. 18 lat na scenie przekłada się na pełną kontrolę nad tym, co się dzieje na sali - od żartów między numerami po aranże, które brzmią jakby ktoś przepuścił przez gardła całego zespołu pełny band z sekcją rytmiczną i choć momentami niektóre aranże trąciły kiczem - to takie właśnie miały być i chwała im za udźwignięcie tego!
Peja i KiNi: od klasyki do nowej szkoły
Peja Slums Attack po raz kolejny potwierdza to, co pisałem o klasyce, z tym, że tutaj nie mam się do czego przyczepić. Cała sala krzyczała "mój rap, moja rzeczywistość", cała sala bawiła się do "Grubej Impry z Rysiem 2" i cała sala wykrzykiwała niecenzuralne słowa w stronę państwa na I. Muzyka Peji już dawno zyskała charakter międzypokoleniowy, a sam raper wciąż trzyma naprawdę świetną formę i dobrze radzi sobie nawet z tak nietypową publicznością, jaką zaoferował mu Next Fest.
Na drugim końcu rapowego spektrum - KiNi. Młoda energia, osadzona bardzo tu i teraz. Minimalna sceneria, sampler i efekty wystarczyły, by dostarczyć coś wyjątkowego, co pozostanie unikatowym doświadczeniem tylko dla tych, którzy mieli zaszczyt pojawić się "W sercu". Jednocześnie koncert ten był dla mnie bardzo dużym powiewem świeżego powietrza na polskiej scenie rapowej - KiNi jest artystą, którego w żaden sposób nie da się podrobić i z ogromną ekscytacją czekam na jego dalsze ruchy.
Miasto i reszta zamieszania
Nieodłącznym elementem całego tego przedsięwzięcia było też bieganie między klubami, przypadkowe rozmowy, przechadzki po mieście, które dzięki przyjaznej pogodzie dodawało temu wszystkiemu uroku, bo Poznań to naprawdę piękne miasto. Śmiałem się do towarzyszącej mi ekipy, że trzeba korzystać ze słońca, bo gdy rozpocznie się letni sezon festiwalowy, pewnie większość czasu będzie lało. Im więcej o tym myślę, tym mniej mnie to bawi, no ale czym byłby OFF Festival bez przynajmniej jednego dnia ulew...
Krótko podsumowując tegoroczny Next Fest. Hasło przewodnie "Find your next crush" zadziałało. Muzycznych "crushów" znalazłem kilku. A sam festiwal jako first-timer z pewnością powtórzę, bo bawiłem się przednio!
A tutaj zobaczyć możecie absolutne kino, które powstało podczas naszej festiwalowej przeprawy:










