Żebyśmy się nie nudzili za bardzo w pokojach i namiotach, tym razem Mała Scena wystartowała już o 10:30 solo actem Pawła Lewandowskiego, który równie dobrze może wam zaśpiewać zarówno swoje kawałki, jak i "Bieszczadzkie anioły", albo opowiedzieć, co zrobić, jeśli spotkacie w górach niedźwiedzia. Pochwalmy też tutaj pomysł zrobienia paneli dyskusyjnych, bo okej, połowa uczestników pewnie nie przyjdzie posłuchać o tym, jak dbać o Bieszczady, ale jeśli kilkadziesiąt osób dowie się czegoś nowego na ten temat, to już coś, co nie? Na koniec Małej Sceny dostaliśmy jeszcze Sheeban Celtic Band, który sprawił, że znowu na chwilę przeniosłam się na Highlandy. A to dopiero początek miłych prezentów, które dostałam od Zewu w sobotę.
Ustalmy jeszcze coś: pogoda w Cisnej jest bezlitosna - albo 35 stopni, albo mróz, deszcz i chodzenie w zimowej czapce, nic pomiędzy. Ale! To bezlitosne słońce nie przeszkadzało najodważniejszym skakać pod sceną do Skankana. "Po raz pierwszy, otwierając duży festiwal, nie musimy nikogo rozgrzewać" - mówili ze sceny, no ale fakt, przyszliśmy już rozgrzani. We were born ready. Dostaliśmy m.in. "0:37", "Burbon Whiskey Gin" czy "Dziewczyny", przy tym ta ostatnia jednak nieco mnie oburza.
Zanim przejdę do Wu-Hae, to nadmienię, że wśród publiczności była para, która wzięła ślub na Zewie. Taki to jest festiwal. A panowie z Wu-Hae zaczęli od bisów, żeby potem nie musieć schodzić i wchodzić, czyli usłyszeliśmy "Od pleców" i "Walkę o stołki" z refrenem "Politycy okłamują nas, kłamią, kłamią, kłamią cały czas", za który kiedyś wycięto ich z transmisji koncertu w TVP3. Później też m.in. "Dziki kraj", "Fryderyki, Fryderyki, dużo ściemy w rytm muzyki" czy autobiograficzny "Alkoholik". Zbiłam piątkę na żywo, ale zbijam ją tutaj jeszcze raz - i za to, że naprawdę się nie, hm, oszczędzają w tańcu, jeśli chodzi o teksty piosenek, ale też za to, że są super silnymi ludźmi. A na koniec pozwolę sobie zacytować Bzyka i jego podsumowanie po koncercie: "Siadło!".
Po nich pierwszy zespół zagraniczny, czyli słowacka, punkrockowa Slobodná Európa. Tu o tekstach się nie wypowiem, bo słowa nie zrozumiałam, natomiast od zawsze uważałam, że język czeski w punk rocku jest wspaniały i okazuje się, że słowacki działa tak samo. Zrozumiałam natomiast "Nasz gitarzysta ma jakieś problemy, ale nie obchodzi mnie to", co tylko przypomniało mi, że punk rock, punk rock to nie rurki z kremem. A tak poważnie to był naprawdę dobry koncert, mogłabym iść jeszcze raz.
Później Zenek Grabowski. Czyli dawny Zenek Kupatasa, czyli Kabanos. "Żaden szanujący się artysta nie zaczyna koncertu od coveru, ale na szczęście nie jestem szanującym się artystą" - powiedział na początek i zagrał "Dzieci wybiegły" Elektrycznych Gitar. Na "Szufladzie", która poleciała jako druga, Zenek był już w publiczności, żeby pośpiewać razem z nią. Aż mi się przypomniało, jak ze trzy lata temu pokonywał zewową fosę wpław, bo była zalana bieszczadzkim deszczem i… Dobra, tak naprawdę to nie było tak, ale było okrutne błoto, a Zenek biegał po nim w skarpetkach. Usłyszeliśmy też oczywiście klasyki, jak "Buraki", "Klocki", "Dzieciak", "Czołg" i "Słoneczko", a ten ostatni prawdopodobnie dla wszystkich, którzy narzekają na line-upy festiwali, zawsze i niezależnie od tego, co się w tym line-upie znajdzie.
A, no i nie jest tajemnicą, że Łydka Grubasa i Nocny Kochanek to nie są moje ulubione zespoły, a Zenek często jest obok nich stawiany. I muszę się nie zgodzić, bo muzycznie, okej, no może i niektórym się nie podoba, ale o ile "to był koń na białym rycerzu" nie zmienia mojego życia, to takie "Dzieciak, ty się wszystkiego nauczysz / Będzie dobrze i dasz radę, i trzymam za ciebie kciuki" albo "Nawet przed sobą ciężko przyznać się / Że bez miłości świat by pożarł mnie / I choć tak silny wam wydaję się / Miłości, zawsze potrzebuję cię" powinny usłyszeć czasem i dzieciaki te małe, i te większe też.
Potem trochę zmiana klimatu i na scenę wyszli Booze & Glory. Jak to zaśpiewali: "We're ready for the good times / and we're ready for those never ending nights / grab a drink, take your friend to the pit, let's go wild". Tak też było. Pokrzyczeliśmy jeszcze m.in. "Carry On", "Boys Will Be Boys" czy "The Streets I Call My Own". Jeśli lubicie angielską piłkę i tę stadionową atmosferę, to Booze & Glory będzie dla was.
Pidżamę Porno Zew się budzi też już kiedyś gościł, ale wiadomo, że posłuchać Pidżamy zawsze dobrze. "Kotów kat ma oczy zielone", "Synapsy", przy "Bon ton na ostrzu noża" nastąpiła pierwsza próba wspólnego śpiewania z publicznością i według mnie poszło nam, nieskromnie mówiąc, naprawdę okej. Potem jeszcze m.in. "Bal u senatora", "Kocięta i szczenięta", "Ezoteryczny Poznań" czy "Taksówki w poprzek czasu". Cóż tu więcej napisać, spodziewałam się, że będzie dobrze i tak też było. Jak i zawsze.
Przedostatni zespół tego dnia to Stacja B. "Nie wiem, który to już czwarty czy piąty, ale zawsze zajebi..y Zew się budzi" - powiedział na początek wokalista Michał Śmierciak, no i eeeej, ja to napisałam wczoraj pierwsza! Żarty żartami, ale Stację B. chwaliłam od początku i teraz tylko oglądam, jak się rozwijają, od piosenek typu "Naj..any po winie w ustrzyckim kinie", czyli punka z grupy "siedzę na krawężniku" (przy czym wcale nie mówię, że to złe!), do takiego "Kochajcie mnie, bo ja siebie nie mogę", które trafia tak, że zaczynasz się zastanawiać, czy jeśli masz przy tym łzy w oczach, to aby na pewno wszystko u ciebie spoko.
I na koniec godzina nostalgii, czyli zespół Akurat. No powiedzcie mi, że nie słuchaliście Akurat w liceum albo w gimnazjum, zależy ile kto tam ma lat. Dostanie na żywo takich rzeczy jak "Droga długa jest", "Hahahaczyk" lub też "Dyskoteka gra", "Łyżeczka", "Balet" i oczywiście "Lubię mówić z tobą"… No było to marzenie! I teraz spełnione! Może nie brzmi to jak na "Pomarańczy", ale czy to ma znaczenie? Cisna bawiła się świetnie, łącznie z tym, że publika w pewnym momencie z tłumu stała się jadącym po festiwalowym polu pociągiem. Zawodowy balet.















