"The Secret DJ": przeczytaj to i zapamiętaj, Pielgrzymie [RECENZJA]
Rzadko zdarzają mi się takie książki muzyczne, które jakoś na długo zapadają w pamięć. Oczywiście, podobają mi się, dowiaduję się z nich rzeczy i korzystam, pisząc jakieś artykuły, ale często to też po prostu zbiór faktów i/lub mniej lub bardziej zabawnych anegdot, o którym zapominasz zaraz po tym, jak tylko przekartkujesz końcowe podziękowania. No, to "The Secret DJ. Między euforią a upadkiem" właśnie takie nie jest.

Na początku autor pisze, że jego "celem jest opowiedzenia prawdziwej historii DJ-ingu, bycie autentycznym głosem przemawiającym z i do tej sceny, przekazywanie wskazówek i przewodzenie początkującym w ich podróży po muzyce oraz opowiedzenie o tym tak, jak to naprawdę wyglądało". Ale dla mnie to zawsze jest problem, kiedy ktoś jest anonimowy. Bo to brzmi (dla mnie!), jak "źródło: zmyśliłem". Ale wiadomo, pracujemy na odczuciach, i wiadomo też, dlaczego chce pozostać anonimowy, a wstęp, który mówi, że wydawcy wiedzą, kim ten człowiek jest, każe mi wierzyć, że to wszystko prawda.
The Secret DJ zdobył mnie już na samym początku, bo choć z DJ-ingiem mam tyle wspólnego, co z curlingiem mniej więcej - w sensie, znam się na muzyce i czasem też mopuję podłogi - to po latach delegacji mogę się utożsamić z tym, że super jest jechać na imprezę i reszcie świata wydaje się, że to najlepsza robota na świecie (i jest, no co mam powiedzieć), ale czasem człowiek woli po prostu porozwiązywać krzyżówkę.
Zaśmiałam się w trakcie lektury wielokrotnie, z czego raz prawie w głos, kiedy było o czekającym na lotnisku Niemcu imieniem Hans, ale może to dlatego, że przypomniało mi się, jak przy "Bękartach wojny" śmialiśmy się, że tam też wszyscy Niemcy mają na imię Hans. Nie zwracajcie na mnie uwagi. To dobrze napakowana - śmiesznymi, co najważniejsze - anegdotkami książka, ale nie będę tu przytaczać żartów, bo przecież żarty opowiadane z drugiej ręki nigdy nie są śmieszne, a poza tym nie chcę wam psuć zabawy.
Dostaliśmy oczywiście kilka smaczków zza kulis, jak na przykład te o absurdalnych wymaganiach gwiazd, jak to, że "Nie mogę tu zostać, ta tapeta jest zbyt dziwna", "Toaleta jest w głupim miejscu" i "Kostki lodu są zbyt mętne". A to dopiero początek. Przygotujcie się na naprawdę olbrzymią dawkę absurdu.
Oprócz śmieszków jest też kilka ładnie podanych, wcale niegłupich mądrości. Jak: "Każdego, kto naprawdę wkłada w coś serce, dręczą na ten temat koszmary. (…) Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, w czym jesteś dobry, zapytaj o to swoje sny". Albo: "Błędy są w porządku. Właściwie powinieneś zacząć być podejrzliwy, jeśli ich nie dostrzegasz. (…) To nieodłączny element rzeczywistości. Nie bój się ich. Strach zabija umysł". Ale było również kilka po prostu ładnie podanych. "Mam teorię, zgodnie z którą DJ-e i producenci są tak nudni i pozbawieni osobowości, że wszechświat tworzy śmiesznych promotorów, aby wypełnić próżnię". Heh.
Jeśli kochacie angielski humor i książki typu "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął", to ubawicie się przy "The Secret DJ" po pachy. Zdarza mi się pracować jako redaktor i korektor, więc tak dobrze napisana książka wlewa falę ciepła w me serce. Jako natomiast odbiorca w języku polskim, chcę poprosić o głęboki ukłon dla tłumaczki - Anny Hlikiert-Berezy - za kawał porządnej roboty. Naprawdę nie miała łatwo, zwłaszcza przy dialogach. Pełen podziw.
Ta książka pozwoliła mi też lepiej zrozumieć całą tę kulturę i przemyśleć po czasie takie koncerty, jak Polo & Pan. Znamienne również, że zaczęłam czytać to, jadąc na Snow Fest. I niby napisał nasz tajemniczy DJ, że mógłby stworzyć podręcznik i byłby niezwykły, ale nie chce, a jednak trochę tak mu wyszło. Cóż, przynajmniej przez pierwsze 40 stron. Później było trochę zabawnie. A później, zupełnie niespodziewanie, znajdujesz się w świecie, w którym zupełnie nie chciałbyś być. "Tylko trud. Bardzo samotna mordęga". Bo to tak naprawdę 350 stron o okropnej samotności i potrzebie posiadania kogoś, z kim możesz coś więcej, niż zastanawiać się, jak dostać się na następną imprezę i skąd wziąć wspomagacze, żeby lepiej się na niej bawić.
Nagle z Ibizy trafiasz do szpitala psychiatrycznego, z niezidentyfikowaną chorobą, a lekarze nie dają ci żadnych szans na przeżycie. Budzisz się ze świadomością, że masz depresję, ale twoje dłonie nie są nawet skoordynowane na tyle, żeby coś z tym zrobić. Nawet nikt cię nie odwiedza, bo "przyjaciele" nie zorientowali się, że od dwóch miesięcy nie dałeś znaku życia. "W końcu mam silniejsze i dłuższe relacje z niektórymi substancjami niż z jakąkolwiek osobą, żywą lub martwą". I na koniec pozostaje ci tylko chata w górach i pisanie przestrogi dla innych, żeby nie wpakowali się w to samo. Bycie "upartą latarnią morską mrugającą do ciebie ostrzegawczym światłem z mroku".
To są historie, które zapadają w pamięć na zawsze. Ale hej, może na koniec jakiś milszy cytat? "Świadomość, że porażka nie może cię złamać, jest kluczem do utrzymania się przy życiu i bycia szczęśliwą małą wydrą".









