Stracił żonę i dwójkę dzieci. Kariera Roya Orbisona zakończyła się tragicznie
Gdy jego głos znów podbijał świat, a nowe pokolenie odkrywało jego muzykę, wszystko nagle się urwało. Historia Roya Orbisona to opowieść o spektakularnych sukcesach, niewyobrażalnych tragediach i powrocie, który zakończył się zbyt wcześnie.

Roy Orbison urodził się 23 kwietnia 1936 roku w teksańskim Vernon. Dorastał w cieniu biedy i kompleksów związanych z wyglądem oraz wadą wzroku. Jak sam wspominał, jego dzieciństwo to "piłka nożna, pola naftowe, ropa, smar i piasek". Przełom przyszedł szybko. Na szóste urodziny dostał gitarę i od tej chwili muzyka stała się jego całym światem.
Już jako dziewięciolatek występował w radiu, a w liceum założył pierwszy zespół. Kluczowym momentem było spotkanie z Johnnym Cashem, który skierował go do Sama Phillipsa z Sun Records. Choć początki nie były łatwe, Orbison szybko wypracował własny styl - daleki od scenicznej ekstrawagancji. Stał nieruchomo w czarnych okularach, ale gdy zaczynał śpiewać, jego trzyoktawowy głos nie miał sobie równych.
W pierwszej połowie lat 60. był jednym z najważniejszych artystów na świecie. Hity takie jak "Only the Lonely", "Crying" czy "Oh, Pretty Woman" trafiały na szczyty list przebojów. "Chciałem śpiewać jak Roy Orbison. Dziś wiemy, że nikt nie śpiewa jak on" - mówił po latach Bruce Springsteen.
Sukces przerwany przez tragedie
Za kulisami kariery kryła się jednak dramatyczna codzienność. W 1966 roku żona muzyka, Claudette, zginęła w wypadku motocyklowym na jego oczach. Dwa lata później, podczas trasy koncertowej, Orbison otrzymał wiadomość o pożarze domu - zginęło w nim dwóch jego synów.
Te wydarzenia złamały artystę. Tym razem nie pomogła nawet ucieczka w pracę. Popadł w głęboką depresję, a jego kariera zaczęła wyraźnie gasnąć. Dodatkowo zmieniający się rynek muzyczny sprawił, że dawne gwiazdy traciły znaczenie.
Choć w 1969 roku ponownie się ożenił i próbował odbudować życie, lata 70. okazały się dla niego zawodowo trudne. Kolejne płyty przechodziły bez echa, a nieudana przygoda filmowa i problemy finansowe tylko pogłębiały kryzys.
Niespodziewany renesans
Nowy rozdział rozpoczął się dopiero w latach 80. Pomogli młodsi artyści, którzy otwarcie przyznawali się do inspiracji jego twórczością. Bruce Springsteen wykonywał jego utwory na koncertach, a kompilacje z największymi przebojami znów zaczęły się dobrze sprzedawać.
Przełomem okazał się jednak film "Blue Velvet" Davida Lyncha z 1986 roku. Reżyser wykorzystał utwór "In Dreams", nadając mu zupełnie nowy kontekst. Orbison początkowo był zaskoczony: "Na początku byłem przerażony (...). Później jednak mogłem docenić, jak nowatorski był ten film i jak nadał piosence nowy wymiar".
Efekt był natychmiastowy. Jego muzyka wróciła na listy przebojów, a on sam odzyskał miejsce w centrum muzycznego świata. W 1987 roku został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame, a podczas ceremonii usłyszał poruszający hołd od Springsteena.
Wielkie projekty i nowa energia
Orbison był w świetnej formie. Współpracował z największymi nazwiskami - od Toma Petty'ego po Bono i U2. Producent Jeff Lynne zaprosił go do współpracy przy albumie "Mystery Girl", z którego pochodzi przebój "You Got It".
Równolegle powstała supergrupa Travelling Wilburys z udziałem Boba Dylana, George'a Harrisona i Toma Petty'ego. Ich wspólny materiał okazał się ogromnym sukcesem, a singiel "Handle with Care" stał się symbolem artystycznej chemii między legendami.
Orbison odzyskał energię, pewność siebie i radość tworzenia. Jak wspominała jego żona Barbara: "Kiedy skończył nagrywać ten album, był podekscytowany. Wiedział, że to jedne z jego najlepszych utworów".
Śmierć w momencie triumfu
Pod koniec 1988 roku wszystko było gotowe na jego wielki powrót. Planował trasę koncertową, nagrywał teledyski i udzielał wywiadów. Jednak organizm dawał sygnały ostrzegawcze - artysta skarżył się na ból w klatce piersiowej.
6 grudnia 1988 roku Roy Orbison stracił przytomność w swoim domu. Kilka godzin później zmarł w szpitalu. Przyczyną był zawał serca. Miał 52 lata.
Nie zdążył zobaczyć triumfu swojej płyty "Mystery Girl", która ukazała się już po jego śmierci i zebrała entuzjastyczne recenzje. "Album sprzedałby się jeszcze lepiej, gdyby Roy żył. Ludzie byliby oczarowani jego głosem na żywo" - podkreślał jego współpracownik Jeff Ayeroff.
Głos, który nie przemija
Roy Orbison na zawsze zapisał się w historii muzyki jako artysta wyjątkowy. Nazywano go "Carusem rocka", a jego głos - jak mówił Bob Dylan - brzmiał "jakby dochodził z samego Olimpu".
Nie był typowym rockowym idolem. Nie epatował wizerunkiem ani sceniczną energią. Zamiast tego oferował emocje, które trafiały prosto w serce. Śpiewał o samotności, tęsknocie i miłości w sposób, który dla wielu mężczyzn był wówczas czymś nowym i odważnym.









