Zaczęliśmy na pełnej, bo solo actem Senseia Dżakby. Postać to kontrowersyjna, pewnie można albo kochać, albo się bać, i ja byłam raczej z tych drugich, ale słyszałam pogłoski, że to człowiek gołąbek, a reszta to tylko pozory. Były mocne statementy, że "po co nam prawa kobiet, czy nie mamy już praw człowieka?! (…) Przeciw temu będę się buntował, przeciw temu, że połowa populacji tego kraju jest uznawana za inny gatunek niż ludzki", nazywając jeszcze rządzących heretykami i faryzeuszami. Sensei Dżakba jest niekomfortowy, można sobie myśleć o wizerunku, co się chce, ale trudno mu odmówić odwagi i słuszności poglądów.
Następnie trochę spokojniej, czyli Dimon, którego możecie znać z czasów Lao Che, i Wojtek Szumański - i chociaż to nie moja muzyka, to trzeba mu przyznać, że taki "Kołowrotek" albo zagrana na koniec "Ballada o cyckach" rozruszały ludzi. Po nich Sztywny Pal Azji, z którym mam podobną sytuację, jak ze Strachami na Lachy, Pidżamą Porno czy Mrozem. Słyszałam już tysiące razy, ale te kawałki z "Europy i Azji" się nie starzeją, a "Wieżę radości, wieżę samotności" zawsze miło usłyszeć na żywo.
Kolejny koncert to z pewnością coś, na co czekała większość publiczności - reaktywowany Houk w składzie z czasów "Generation X". "Dzieciaki i nastolatki z lat 90. refreny piosenek 'Pieniądz', 'Żyję w tym mieście' czy 'Woman' potrafią wyśpiewać z pamięci - nawet obudzeni w środku nocy" - tymi słowami Michał Wiraszko, dyrektor całego tego przedsięwzięcia, zapowiadał koncert i miał rację. Może choćby to najbardziej znane "Żyję w tym mieście" nie wybrzmiało dokładnie w takiej formie, jak to znamy z nagrań, no ale wiecie… Houk na żywo. Legenda.
A potem występ, na który z kolei ja czekałam najbardziej. Zwycięzcy Wielkopolskich Rytmów Młodych - zespół kast. Już o, tutaj opisywałam mój stosunek do tych chłopaków, więc nie będę się powtarzać. Ale o ile ich koncerty i w ogóle muzyka zawsze mi się podobały, to mam wrażenie, że na dużej scenie Jarocina zagrali koncert swojego życia. Mateusz w tłumie na "Sloganie" to był moment, który będę wspominać ze wzruszeniem prawdopodobnie już zawsze. No i jednak się powtórzę, ale poczekajcie tylko na nowy materiał. Że tak zacytuję człowieka, który słuchał ich, stojąc obok mnie w publiczności: "Dawajcie, chłopy, macie karierę przed sobą". Drugi, obok Lecha Janerki, koncert, który będzie moim najlepszym wspomnieniem z tej edycji.
A na koniec jeszcze dwa pewniaczki, czyli Acid Drinkers (ja wciąż w szoku, że "Hit the Road Jack" został zagrany zaraz na początku) i obchodzący 25-lecie Happysad. Do tych drugich mam osobisty stosunek emocjonalny, ale oni po prostu nie grają złych koncertów. Sami mówili ze sceny, że są gotowi powspominać, dlatego też usłyszeliśmy m.in. "Mów mi dobrze", "Bez znieczulenia", "Łydkę", "Psychologię", "Zanim pójdę", "W piwnicy u dziadka" czy "Taką wodą być". "Siadaj koło mnie / To dla ciebie jest ławka / Posłuchaj, jak pięknie o miłości gada / Ten, który miłości nigdy nie zaznał" z "Nic nie zmieniać" albo "Dłoń" zawsze głęboko w serduszku. O, albo nowsze "Kochaj sobie kogo chcesz". Niby większość tych piosenek jest smutna, ale jednak kończysz ten koncert zawsze z poczuciem ciepła.
Mała scena, czyli Scena Biała, tym razem bez problemów technicznych, a na niej na początek mocno - Sick Saints i lokalny Okrutnik. Później połączenie rapu z muzyką ludową (połączenie zresztą świetne), czyli Sigma i Snutki, oraz metalowy Subterfuge. Dwa kolejne zespoły to mój zawsze obowiązkowy punkt, gdziekolwiek się nie spotykamy - Pere-Lachaise i Cafetrauma, czyli dwa zespoły, które wyszły zwycięsko z ubiegłorocznych Rytmów Młodych. Wspaniale jest patrzeć, jak się rozwijają i jak duża publika przychodzi na nich po roku. Oba zespoły pracują nad nowym materiałem, tak że śledźcie, bo ja oczywiście nigdy nic nie wiem i niczego nigdy nie słuchałam przed premierą, ale jest na co czekać. Na zakończenie jeszcze Voo Voo i co tu dużo gadać, takie zakończenia się ceni. Nie rozumiem do końca, co prawda, dlaczego nie grali na głównej scenie, ale z drugiej strony może się czepiam, bo ludzie by przyszli na ten koncert, choćby grali na polu namiotowym. Znowu: nigdy dość.















