Nie zdążyłam na pierwszy spektakl. "No i co?" pomyślicie sobie, przecież i tak jestem bardziej w muzykę niż teatr, pracę miałam, trudno się mówi. No i właśnie nie! Właśnie nie! Famowe FOMO jest nieznośne i niby wiesz, że nie da rady zobaczyć wszystkiego, ale ból pozostał. A nie zdążyłam na spektakl "Idiota", o którym siłą rzeczy nie jestem w stanie nic powiedzieć, poza tym, że później na schodkach pod MDK jeden z jurorów pytał wszystkich, czy znają odpowiedź na ostatnią zagadkę, a potem zgodnie stwierdzili, że może ta odpowiedź nie istnieje i po to to wszystko, żeby zrobić z widzów idiotów. Całe to zamieszanie brzmiało na tyle ciekawie, że teraz chcę to obejrzeć *mem z obrażonym Pingu*.
Zdążyłam za to na "Chłopców", czyli sztukę o męskiej psychice, potrzebie przynależności i w ogóle o tym, jak czynniki zewnętrzne, wychowanie i środowisko wpływają na to, kim się staje. W pewnym momencie zaczęło mi się nieco dłużyć, ale - jak wspominałam - mogę pisać o tym tylko na zasadzie "podoba mi się / nie podoba mi się". Dramaturgii natomiast dodały kadry ze strasznego, według mnie, eksperymentu Harry'ego Harlowa, który na młodych makakach królewskich sprawdzał, czy ważniejsza dla niemowlęcia jest potrzeba bliskości czy zaspokojenie głodu. Straszne też było to, że kwestie wypowiadane w trakcie tej sztuki były odbiciem tego, co można znaleźć na Wykopie czy w kursach trenerów podrywu. Dobrze, że mówi się o takich kwestiach głośno. Gdyby mówiło się częściej, nie powstawałyby piosenki takie jak "Wiesz, tu jest inaczej / Filmy z prawdą się mijają / Chłopcy tu niestety płaczą / Tutaj chłopcy się wieszają".

Trzecia propozycja to spektakl "P.E.R.M.A" Kolektywu Integracji Sztuk Scenicznych. Szukaliśmy tam odpowiedzi na to, czym jest szczęście i jak je osiągnąć. Było m.in. o zaangażowaniu i porównywaniu się do "Zosi, córki koleżanki twojej mamy". "Życie od templatki / Bo musisz być jakiś / Pokolenie synów koleżanki twojej matki / Plany publikacji / Piękne poniedziałki / Łatwa dopamina jak ci znowu wpadną lajki". Ten spektakl pokazał dwie rzeczy. Po pierwsze to, jak dużą wagę mają w sobie gesty. Po drugie, że szczęście to nie Sokół Millennium z LEGO, bo do szczęścia nie ma instrukcji, a do Sokoła Millennium z LEGO owszem. I że szczęście to takie dobre spaghetti z pysznym Parmigiano Reggiano.
Następnie przeskok na koncerty w Hali Basenu Północnego. Pierwszy dzień zaczął ambientowy duet Żeńszeń. Chłopaków - Adama Barana i Józefa Biegańskiego - pewnie tym zorientowanym w polskiej muzyce nie trzeba przedstawiać. I od razu też wiadomo, że można iść na ich koncert z ciekawością, a nie ze strachem, co to będzie. Bardzo spokojne, ale i bardzo ładne rozpoczęcie. Po nich Kuba Derej, zaledwie 18-letni pianista. Tak, nazwisko nieprzypadkowe. Piękne to było. Cieszę się, że FAMA jest miejscem, gdzie właśnie takie rzeczy możemy usłyszeć, a zakończenie koncertu improwizacją to już w ogóle. Przy okazji wydaje się, że to chyba bardzo skromny i uroczy chłopak. Skoro FAMA wypuszcza artystów w świat, to wiem, kto poleci następny.

Potem duet DWOJE. Jak przeczytałam (a nawet sama napisałam, ale posiłkując się ich pressem), że "razem eksplorują brzmienia pogranicza emocji", to trochę zabrzmiało mi jak "pop z rockowym pazurem". No wiecie. Ale nie, porządny koncert, godny polecenia. Przepraszam, że miałam obawy. Czwarta artystka to Ta Malutka. To akurat mocno nie mój klimat i trochę miałam wrażenie, że już to słyszałam, ale rozumiem, dlaczego ludzie takiej muzyki słuchają i dlaczego taką tworzą. Gdybym wiedziała, że ktoś lubi alt-pop, to nie odradzałabym pójścia na jej koncert. Ostatni występ konkursowy to Jerzy Koczur. I jak powiedział Edgar, którego na pewno już znają ludzie, którzy czasem czytają moje relacje - Jerzy Koczur to jest kocur. Według mnie najlepszy koncert tego dnia, obok Kuby Dereja, z piosenkami, przy których czujesz, jakby cię ktoś przytulił i okrył kocykiem. Dawać go do radia!
No i grande finale - Bibobit. Przyznaję, że najczęściej w domu puszczam sobie "Siłę słów" i tak, trochę też dlatego, że jestem fanką głosu Kuby Badacha. Ale co oni tam zrobili. Już na samym początku wokalista, Daniel Moszczyński, zeskoczył do publiczności, pozbijał piątki ze wszystkimi - ale naprawdę ze wszystkimi, doleciał do końca sali - i tak przez następną ponad godzinę utrzymywali tę energię, przez którą cała Hala skakała w górę. Poza tym, czy zespół, który ma tyle dęciaków, może być zły? Nie słyszałam ich na żywo po raz pierwszy, ale za każdym razem zachwyca mnie, ile ci panowie mają w sobie pozytywu. A jeszcze backstage'owa rozmowa, w której oboje z Danielem wyznaliśmy miłość do saksofonów, dopełniła mi pięknego obrazu. FAMA umie w piękne zakończenia, no nie?











