Na początek muszę coś wyjaśnić, żeby nie było niedomówień. Na tyle polubiłam ten festiwal po mojej pierwszej edycji, że na drugą przyjechałam już jako rzecznik. Ale teraz piszę jako dziennikarz i jak mi się coś nie spodoba, to dam znać. Przy czym w tamtym roku rzecznikiem nie byłam i zachwycona byłam każdym jednym wydarzeniem. I klimatem. Bo jak mówił Patryk Stanisz, czyli dyrektor festiwalu, elementem, bez którego FAMA nie byłaby FAMĄ, są ludzie.
Bo właśnie, z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że festiwal rozpoczęła konferencja prasowa. Oprócz przedstawicieli FAMY, czyli wspomnianego Patryka, dyrektora programowego Sławka Przybyła i przypadkowo akurat mnie, byli też pani prezydent Joanna Agatowska, zastępca pani prezydent Roman Kucierski i przedstawiciel jury, dziennikarz Marcin Cichoński. Porozmawialiśmy m.in. o tym, że FAMA to miejsce, gdzie artyści są wolni i mogą wypowiedzieć się na każdy temat, i no owszem, brzmi to patetycznie, ale wystarczy wspomnieć lata PRL-u, kiedy FAMA była właśnie tym miejscem, do którego cenzura nie docierała, a potem popatrzeć na program i choćby tematykę spektakli, które opowiadają o depresji, kryzysie męskości, wojnie czy chorym konsumpcjonizmie, żeby się przekonać, że to nie tylko takie o gadanie.
Padło też ciekawe pytanie, jak Sławek ma się z tym, że wymyślił na koncert finałowy I Ching, a później Grzegorza z Ciechowa, a zaraz potem podobne rzeczy pojawiły się na Jarocinie i Męskim Graniu. Niby Ciechowskiego mogę obronić, bo jarociński projekt nawiązywał do filmu "Moja krew, twoja krew" i twórczości Republiki, aaaale i tak podtrzymuję tezę sprzed roku, że FAMA jest tym miejscem, w którym takie projekty pojawiają się pierwsze.
Ruszyła FAMA. "Walka ze swoim cieniem"
Po konferencji przenieśliśmy się do biblioteki miejskiej, na takie już naprawdę pierwsze wydarzenie festiwalu, czyli wystawę fotograficzną "Widzialne / Niewidzialne" Lilianny Słaby, potem z kolei w Muzeum Rybołówstwa Wiktoria Cwityńska opowiedziała o swoim projekcie "Tuna D'Artista", który był ingerencją w zbiory wspomnianego muzeum, a tytułem nawiązuje do słynnego dzieła Piera Manzoniego "Merda d'artista" - zresztą jednego z najbardziej kontrowersyjnych w historii, bo artysta zapakował swoje odchody w 90 puszek, zainspirowany wypowiedzią swojego ojca, że "jego praca to g..no". Sztuka. Ale wracając - to ogromny plus FAMY właśnie, że możemy z tym artystą porozmawiać twarzą w twarz. W tamtym roku nie udało mi się dotrzeć na sztuki wizualne, a w tym roku owszem i bardzo mnie to cieszy.
Następnie przeskok do Miejskiego Domu Kultury na spektakl gospodarzy, czyli "Ping Pong" Gliwickiego Teatru Tańca, w reżyserii Miszy Czornego. I to było pierwsze 40 minut ciar, bo zobaczyliśmy historię o "walce ze swoim cieniem". Czy raczej z demonami. Historię o depresji, z którą ludzie zmagają się w samotności. Najpierw bezsilność, chwila ogromnej energii, potem zabawa, która wcale nie jest zabawna, znów bezsilność, w końcu przełamanie, początek ruchu... Te słowa, że "Każda noc kiedyś się skończy" i rozpaczliwie powtarzane "Dzisiaj spotka mnie coś pięknego" na długo zostaną w mojej głowie.
Drugim spektaklem były "Plastry" Weroniki Orawiec i Urszuli Gołdowskiej, który jednocześnie był pierwszym spektaklem konkursowym. No i powiem tak - zaznaczając, że znam się na teatrach, jak na samochodach mniej więcej, więc mogę powiedzieć tylko, czy mi się podoba, czy nie - podobał mi się, temat był mega ciekawy, ale nie miałam tego uczucia, że "jej, na pewno wygra". Zobaczyliśmy historię o tym, jak ludzie odsłaniają się, będąc przypadkowo świadkami śmierci młodej dziewczyny pod kołami tramwaju. Nie ma tu sztuk o niczym i takich, które by czegoś w serduszku nie ruszyły.
Festiwal FAMA 2026: "Tak, wyszła laurka"
I na koniec... Mówiłam to codziennie rok temu, mówiłam to też na konferencji - FAMA umie w piękne zakończenia. Tym razem dostaliśmy coś nawiązującego do starych FAM, czyli paradę przez miasto. Była to "Galera", która ruszyła z Placu Słowiańskiego, zbierając po drodze masę, ale naprawdę masę mieszkańców i turystów, i był rave, i "pełza narzędzie umysłu, jak wąż", i nawet był hejnał mariacki, i poprzebierani ludzie tam tańczyli i machali parasolami plażowymi, i był dym, i... I wiem, że to brzmi, jakbym opowiada, co mi się śniło, zaczynając od "No i słuchaj, nie uwierzysz!", ale to wszystko wydarzyło się naprawdę i było totalnie najpiękniejszym momentem FAMY, jaki dotąd przeżyłam. Wszystko zakończyło się przy Urzędzie Miasta, gdzie odbył się mapping. I to był tak naprawdę pierwszy raz tej edycji, kiedy przypomniało mi się, dlaczego zawsze nazywam ten festiwal inspirującym i jak wiele we mnie podziwu dla tego, co ludzie potrafią stworzyć.
Tak, wyszła laurka. Tak, zachwycam się. Ale nie, nie dlatego, że mam z tym festiwalem jakieś powiązanie. FAMA to po prostu fantastyczne miejsce, które zaskakuje mnie każdym jednym wydarzeniem. "Pełza narzędzie umysłu - WĄŻ" na zawsze w mojej głowie.











