Czwartek zaczęłam od side questa, który brzmiał "Wypatruj chłopaka z różowym workiem". Ostatecznie okazało się, że chodziło o performans "Modlitwa o koniec" nawiązujący do ocenzurowanego przez Tadeusza Kantora projektu Marii Pinińskiej-Bereś. Taka sztuka jest trudna do ocenienia, zwłaszcza jak się na tym człowiek zupełnie nie zna, za to zdania o tym, że każdy ma wewnątrz jakieś ciemne miejsce, które powoduje, że czasem czekamy na koniec, były naprawdę ładne.

Następnym punktem mojego czwartkowego programu był spektakl "Sen nocy letniej ZOMBIE". Zapowiadało się dobrze, przedstawienie tematu queerowego w estetyce zombie miało potencjał, ale po wyjściu z sali słyszałam, że zdania są podzielone. Mnie nie do końca przekonało. Drugi spektakl to "Frogshop" Transtopii, który opowiadał o sieci sklepów, które znajdziecie na każdym rogu, ale i o polskim społeczeństwie w ogóle. Tutaj zdecydowanie były momenty, choć nadal moim faworytem jest "Metr na metr".
Koncerty w Hali Basenu Północnego zaczęła Stacha, czyli krakowski akcent na start, czego chcieć więcej. Z tego koncertu najbardziej zapamiętałam "Mama za długo wiązała ci buty, ja nie ugotuje ci zupy". Potężny głos, charyzma, dobre piosenki… Gotowa artystka. Następnie Sea Saw, których słyszałam przez moment w kwietniu na Next Feście, ale tutaj dotarli do mnie bardziej, może dlatego, że warunki do słuchania były bardziej sprzyjające. A może wtedy nie grali tej płyty, która jeszcze nie istnieje, a będzie pierwszym ich albumem po polsku. Top rzecz z koncertu Sea Saw to syntezatory! Wspaniałe. Trzecia propozycja konkursowa to Irys, której niestety nie miałam szansy posłuchać w całości, bo praca wzywała - tak, ponownie narzekam na to, co na wspomnianym wcześniej Next Feście, że muszę pracować, kiedy dzieją się rzeczy! Ale usłyszałam wystarczająco, żeby wiedzieć, że to bardzo emocjonalna dziewczyna i pewnie miałam czego żałować.

A o 20 najważniejszy punkt programu, czyli koncert Johna Portera, który przypomniał kultowy już album "Helicopters". Zabawne, że zapytany przeze mnie przed koncertem, jak się czuje z tym, że ta płyta nazywana jest kultową, powiedział, że w sumie to go to nie obchodzi. Mocny statement. Naprawdę nie widziałam nigdy wcześniej tylu osób w Hali. Miło. John Porter to jest pewniak, cały czas z pełną energią, no nie było się do czego przyczepić. No i jak obiecałam, muszę powiedzieć, że nagłośnieniowiec wspaniały! Lepszego w życiu nie poznałam. To jest ten słynny networking.
Ostatnim koncertem konkursowym w czwartek był Michał od kości, którego słyszałam już i polubiłam na półfinałach tegorocznych Wielkopolskich Rytmów Młodych. Ma chłopak talent do pisania chwytliwych piosenek. Postawiłabym go gdzieś obok Jerzego Koczura, a wiadomo, że Jerzy Koczur to jest kocur. W tym roku Michał wydał album "Piosenki z filmów, których nie było", sprawdźcie koniecznie.
Jako ostatnia wystąpiła Marcycha, którą znacie z pewnością z "Must Be the Music". Piękne ma kawałki, chociaż trzeba mieć na nie nastrój, bo wesołym chyba trudno będzie z tego koncertu wyjść. Pojawiło mi się tutaj nieodparte skojarzenie z Dawidem Podsiadłą. I to był niby koniec tego dnia, ale czym byłaby FAMA bez grupowych spacerów po plaży o północy, siedzenia na piasku, patrzenia się w fale i gadania o rzeczach poważnych lub mniej. Mówił to Patryk, nasz dyrektor, na konferencji, powtórzę to znowu: na FAMIE najważniejsi są ludzie.











