9 lipca 1946 r. w szkockiej miejscowości Kirriemuir przyszedł na świat Ronald Belford Scott, którego cały świat poznał później jako Bona Scotta. Gdy miał zaledwie sześć lat, wraz z rodziną wyemigrował do Australii. To właśnie tam dorastał, stawiał pierwsze muzyczne kroki i rozpoczął drogę, która zaprowadziła go do grona największych ikon rocka. Gdyby żył, 9 lipca 2026 r. obchodziłby 80. urodziny. A oto jego historia.
Pierwsze kroki muzyczne Scott stawiał już w wieku kilku lat - grając na perkusji w Fremantle Scots Pipe Band. Jego młodzieńcze lata nie należały jednak do spokojnych - miał problemy z prawem, trafił nawet do poprawczaka i porzucił szkołę. Ratunkiem od zejścia na złą drogę okazała się właśnie muzyka.
W wieku 18 lat Bon Scortt powołał do życia grupę The Spektors, w której początkowo grał na perkusji, lecz z czasem coraz częściej stawał także za mikrofonem. Po dwóch latach członkowie The Spektors połączyli siły z inną lokalną formacją The Winstons, w wyniku czego powstał zespół The Valentines. Wówczas Scott poznał kompozytora George'a Younga z grupy The Easybeats, ówcześnie jednego z najpopularniejszych zespołów w Australii. Muzyk był starszym bratem Angusa i Malcolma Youngów, którzy kilka lat później założyli AC/DC.
Po pierwszych sukcesach The Valentines rozpadli się na skutek "różnic artystycznych". Swoją rolę w zakończeniu kariery miał także głośno komentowany skandal z nielegalnymi używkami. Bon Scott przeniósł się wtedy do Adelajdy, gdzie dołączył do innej rockowej grupy - Fraternity. Podczas trasy po Wielkiej Brytanii jego drogi skrzyżowały się z grupą Geordie, na czele której stał Brian Johnson. Wydarzenie to przeszło do historii, bowiem wówczas jeszcze nikt nie wiedział, że Johnson stanie się następcą Scotta w AC/DC.
Bon Scott uległ poważnemu wypadkowi. Tuż po nim poznał braci Young
Przełomowym momentem w życiu Bona Scotta był poważny wypadek motocyklowy, po którym kariera artysty wisiała na włosku. Przez kilka miesięcy przebywał bowiem w śpiączce, w wyniku czego zespół Fraternity zakończył swoją działalność. Po wybudzeniu muzyk ledwo wiązał koniec z końcem pracując jako kierowca w Adelajdzie. Wreszcie, w 1974 r., los zetknął go ze wspomnianymi wcześniej Youngami, którzy szukali nowego wokalisty dla dopiero rozwijającego się AC/DC. Skrzekliwy głos Scotta znakomicie wpasował się w bluesowo-hardrockowe kompozycje braci Angusa i Malcolma, a przyjęcie go do zespołu okazało się strzałem w dziesiątkę.
Co ciekawe, pierwsze spotkanie muzyków nie należało do najbardziej udanych. Wokalista uznał Youngów za "zbyt mało rockowych", a oni stwierdzili, że Scott jest "za stary, by grać rocka". Wszystko zmieniło się podczas wspólnej jam session, po której okazało się, że znakomicie dogadują się poprzez dźwięki. Bracia gitarzyści nie mieli już wtedy żadnych wątpliwości, że znaleźli idealnego frontmana.
Pierwsze sukcesy AC/DC i przełomowy album "Highway to Hell"
Lata 1974-1980 to okres, w którym Bon Scott stał się twarzą AC/DC, a pierwsze sukcesy nadeszły błyskawicznie. Jego charakterystyczny, zachrypnięty głos oraz sceniczna charyzma doskonale współgrały z hardrockowym brzmieniem zespołu. Grupa nagrała świetnie przyjęte albumy "Dirty Deeds Done Dirt Cheap", "Let There Be Rock", "Powerage" oraz przełomowy "Highway to Hell", wyprodukowany przez uznanego speca Roberta "Mutta" Lange, który otworzył muzykom drzwi do światowej sławy.
Za sprawą wydawnictwa z lipca 1979 r. AC/DC wskoczyło do ścisłej czołówki mocnego rocka, a tytułowy numer został uznany za rockowy hymn. Australijczyków pokochały nawet Stany Zjednoczone - album dotarł do 17. miejsca tamtejszej listy przebojów.
To był ostatni koncert Bona Scotta. Tragiczna śmierć 33-letniego muzyka wywołała poruszenie w świecie rocka
Pomimo międzynarodowych sukcesów Bon Scott nie zmienił swojego trybu życia, w którym jedną z głównych ról grały procenty. "Spotkaliśmy wielu ludzi, piliśmy na umór i świetnie się bawiliśmy" - to jeden z cytatów artysty, który doskonale obrazuje mocno rozrywkowy tryb życia, jaki prowadził w latach 70. Rockandrollowe podejście doprowadziło w końcu do tragedii, która wstrząsnęła całym światem i na zawsze zmieniła losy kultowego AC/DC.
27 stycznia 1980 r. AC/DC wystąpiło w Gaumont Theatre w Southampton. Publiczność usłyszała m.in. "Whole Lotta Rosie" i "Highway to Hell". Nikt nie przypuszczał wówczas, że będzie to ostatni koncert Bona Scotta z zespołem.
Po zakończeniu europejskiej części trasy Scott pozostał w Londynie, przygotowując się do pracy nad kolejnym albumem AC/DC. Blisko trzy tygodnie po ostatnim występie wziął udział w mocno zakrapianej imprezie w klubie Music Machine, po której zasnął w samochodzie, odprowadzony przez towarzysza Alistaira Kinneara. Rano 33-letni muzyk został znaleziony w pojeździe martwy. Oficjalną przyczyną śmierci było zadławienie się wymiocinami na skutek zatrucia alkoholem, a koroner zakwalifikował zdarzenie jako nieszczęśliwy wypadek.
Przedwczesne odejście uwielbianego rockmana wywołało jednak liczne teorie spiskowe. Choć powszechnie wiadomo było, że Scott zmaga się z uzależnieniem, część fanów nie chciała wierzyć w to, że właśnie procenty doprowadziły do tragicznego końca. Według niektórych Scott miał umrzeć na skutek uduszenia się spalinami. Nawet sam Ozzy Osbourne, w dokumencie "Don't Blame Me", utrzymywał, że wokalista z pewnością zmarł z wyziębienia.
AC/DC rozważali koniec kariery. Za zgodą rodziny Scotta znaleźli jednak nowego wokalistę
Tragedia wstrząsnęła pozostałymi muzykami AC/DC, którzy rozważali zakończenie działalności zespołu. Ostatecznie - za aprobatą rodziny Scotta - postanowili jednak grać dalej. Kilka miesięcy później ukazał się album "Back In Black", nagrany jako hołd dla zmarłego wokalisty. Płyta stała się jednym z największych sukcesów w historii muzyki rockowej - sprzedano blisko 50 milionów egzemplarzy, a na liście wszech czasów ustępuje ona jedynie legendarnemu "Thrillerowi" Michaela Jacksona.
Prochy Scotta zostały złożone na cmentarzu Fremantle. Miejsce ostatniego spoczynku wokalisty stało się celem pielgrzymek tysięcy fanów - to najczęściej odwiedzany grób w Australii.











