W miniony weekend dobiegł końca 26. Międzynarodowy Festiwal Filmowy TAURON Nowe Horyzonty, odbywający się we Wrocławiu. W trakcie blisko dwóch tygodni wypełnionych seansami widzowie mieli okazję obejrzeć zarówno premiery i najgłośniejsze z nowych dzieł, ale też starsze produkcje, które zapisały się na kartach historii kinematografii. W ramach sekcji "Pokazy specjalne" we wrocławskim kinie wyświetlono więc obraz z 1979 r. w reżyserii Meda Hondo, zatytułowany "Indie Zachodnie". Film został wybrany przez Ashleya Clarka - członka jury tegorocznej edycji festiwalu.
"Jedyny w swoim rodzaju satyryczny dramat muzyczny francusko-mauretańskiego buntownika Meda Hondo należy do najbardziej elektryzujących i oryginalnych dzieł w historii kina światowego" - można było przeczytać w zapowiedzi seansu na stronie Nowych Horyzontów.
Pokaz filmu "Indie Zachodnie" z 1979 r. w ramach festiwalu Nowych Horyzontów
"Indie Zachodnie" to produkcja sprzed ponad 45 lat, będąca adaptacją sztuki "Les Négriers" dramaturga Daniela Boukmana. Reżyser w swoim dziele nie odbiegł daleko od teatru - wciąż mamy wrażenie, że oglądamy raczej zarejestrowany spektakl niżeli film. Akcja dzieje się w jednym miejscu - na pokładzie statku. Grupy aktorów pojawiają się przed kamerą, a po swoich kwestiach znikają, jakby wchodziły i schodziły ze sceny za kulisy. Obraz krąży po różnych zakamarkach okrętu, lecz nigdy nie wychodzi poza niego. Raz uczestniczymy w rozmowach wysoko postawionych urzędników i polityków, którzy nie bez powodu zasiadają na najwyższych piętrach statku, a innym razem zaglądamy z kamerą pod pokład, gdzie przebywają zniewoleni tubylcy, bez jakichkolwiek praw i decyzyjności. Zbudowana przez twórców dzieła scenografia jawi nam się więc nie tylko jako teatralna scena, na którą można wejść i zejść w każdej chwili, lecz także jako swoista piramida społeczna, w której ci na górze mają władzę, majątek i budzą strach, a ci na dnie są wykluczeni i muszą walczyć o swoje prawa.
Fabuła oparta została na satyrze na kilkaset lat historii Francji. Na samym początku dowiadujemy się, że kolonizowane Karaiby są przeludnione, przez co rząd wpada na pomysł przekonania lokalnej ludności do wyjazdu. Kuszą ciemnoskórych wizją perfekcyjnego życia w paryskiej metropolii - zapewniają, że zdobędą tam mieszkania i lepsze prace. Za ich działaniami stoi jednak wyłącznie chęć rozwiązania problemu demograficznego. Mieszkańcy Karaibów w tej sytuacji stają się wyraźnie podzieleni - część decyduje się pozostać na swojej ziemi i walczyć o jej niepodległość, a inni emigrują do Francji w imię walki z bezrobociem i biedą. Jak się później okazuje - zarówno bunt, jak i akceptacja nie zapewniły tubylcom lepszego życia.
W filmie "Indie Zachodnie" nie poznajemy historii poszczególnych postaci, ponieważ są oni jedynie reprezentantami danych grup społecznych. Widzimy bogaczy, imprezujących na statku i kupujących sobie coraz to nowych jeńców do pracy, widzimy polityków, na których barkach spoczywają decyzje dotyczące zdobywanych ziem, widzimy mieszkańców Karaibów, którzy opuszczają rodziny i wyjeżdżają do Francji w poszukiwaniu pracy, widzimy też tych, którzy uparcie pilnują swojego miejsca i walczą. Nie mamy więc jednego głównego bohatera, wokół którego zbudowana zostaje fabuła - a nawet ci sami aktorzy odgrywają inne postaci w różnych okresach czasowych pokazanych w dziele, co wzmacnia przesłanie, że właściwie nic w historii się nie zmienia, te same, błędne decyzje powracają, a dzieje świata zataczają koło.
Med Hondo w niemal bezczelny i spektakularny sposób zaprosił widzów na lekcję historii w kinie. Dzięki satyrycznemu musicalowi zdemaskował wszystkie nieprawidłowości XX-wiecznej polityki kolonizacyjnej Francji. Skupił się przede wszystkim na cierpieniu ciemnoskórych ludów, którym zależało jedynie na zatrzymaniu ziem swoich przodków i walce o niepodległość. Pokazał ich ufność wobec rządzących i chęć polepszenia swojego dobrobytu, ale jednocześnie budzący się w ich sercach bunt. Ujawnił też ślepe dążenie wysoko postawionych do rozrostu własnego państwa, chęć ich wzbogacenia się i brak empatii. Nie ma wątpliwości, że to dzieło ważne, które w widowiskowej, musicalowej formie przedstawia istotne momenty, wpływające na bieg historii. Posługując się humorem i groteską reżyser wytyka rządzącym ich bezmyślne decyzje, niszczące życie wielu społeczności. Choć akcja "Indii Zachodnich" rozgrywa się wiele lat wstecz, dzieło można przełożyć również na nasze czasy. W momencie, w którym na świecie trwają wojny, a ludzie u władzy wciąż nie uczą się na błędach zapisanych w historii, dzieło takie, jak to, pokazuje, że nadal za mało się o tym mówi.
Istotnym aspektem "Indii Zachodnich" jest muzyka, która nie tylko wzbogaca akcję i idealnie wpasowuje się w teatralną konwencję, lecz także pozwala nam - widzom - zgłębić kulturę ciemnoskórych ludów, kolonizowanych przez Francuzów. Sceny walki ubrane w taneczne choreografie, rytuały, przy których wyśpiewywane są ludowe pieśni, ale też sama fabuła rozwijająca się na naszych oczach poprzez piosenki - to wszystko dodało filmowi nieoczywistego charakteru, dzięki któremu wciąż czułam się jak w teatrze. Zrealizowane z rozmachem sceny tańca i imponujące występy aktorów podbijały manifestacyjny wydźwięk dzieła Meda Hondo. Nie brakowało tu też niepokojących melodii, wygrywanych głównie przez bębny, które towarzyszyły losom bohaterów przez niemal cały czas trwania filmu. Obok tej ścieżki dźwiękowej nie sposób przejść obojętnie.
"Reżyser przez lata zdobywał środki na swoje opus magnum, którego budżet ostatecznie wyniósł 1,35 miliona dolarów, co w tamtym czasie stanowiło rekordową kwotę dla filmu afrykańskiego. Efekt końcowy, jednocześnie rozrywkowy, edukacyjny i oskarżycielski, pozostaje bezcenny" - pisze Ashley Clark, który zdecydował, że film znajdzie się w programie tegorocznych Nowych Horyzontów.











