Poppy w Warszawie: "Maska nie kryje potwora, ona zapewnia przed nim bezpieczeństwo" [RELACJA]
27 marca do warszawskiej Progresji zawitał zestaw artystów z trzech zupełnie różnych światów. Fox Lake, Ocean Grove i Poppy na żywo zaprezentowali jednak dość spójną historię - od hardcore'owo-rapowej rozgrzewki, przez melodyjne core'y, po pełnoprawne widowisko na granicy popu i metalu. Sprawdźcie, jak było!
![Poppy Poppy w Warszawie: "Maska nie kryje potwora, ona zapewnia przed nim bezpieczeństwo" [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000MK0Z39D5NUB03-C323-F4.webp)
Wieczór otworzyli Fox Lake - młody zespół z pogranicza hardcore'u, metalcore'u i rapcore'u, który na scenę Progresji wszedł z prawdziwie gwiazdorską energią. Już od pierwszych riffów czuć było od nich, że nie przyjechali tutaj tylko po to, by publiczność rozgrzać, ale i porwać. Bez zbędnych pogawędek, za to z mocnym groove'em i ciężarem, który aż prosił się o ruch pod sceną.
Muzycy zachęcali do 2‑stepowania, ale warszawska publiczność zdecydowanie chętniej odpowiadała na prośby o mosh pity i circle. Set był krótki, ale to skondensowanie sprawiło, że dostaliśmy od zespołu sam konkret. Dla wielu była to pierwsza styczność z Fox Lake i trudno o lepszą wizytówkę niż tak intensywne otwarcie. Moim jedynym zarzutem jest w zasadzie brak DJ-a, który na żywo odpowiadałby za wszelkie FX-y i skrecze, ale można im to wybaczyć!
Zobacz również:
Ocean Grove - australijskie szaleństwo
Muszę przyznać, że w przypadku Ocean Grove zatrzymałem się w ich twórczości na "Flip Phone Fantasy" i w sumie nie wiedzieć czemu, zespół zniknął z mojego radaru. Niemniej jednak nadrobiłem sobie dwa kolejne krążki - "Up In The Air Forever" oraz "ODDWORLD" i z wielką przyjemnością chłonąłem ten materiał również na żywo. Australijczycy sprytnie łączą nu-metalowe wpływy z alt-rockiem i chwytliwymi refrenami, co przekłada się na entuzjastyczne reakcje ze strony publiczności.
Wokalista Dale Tanner był prawdziwym motorem napędowym tego przedsięwzięcia - nieustannie w ruchu, skacząc z jednego końca sceny na drugi, co chwilę zagrzewając publiczność do kolejnych skoków i okrzyków. Co ciekawe na scenie towarzyszył im gitarzysta koncertowy Architects - Ryan Burnett, który dodał temu wszystkiemu niezbędnego muzycznego ciężaru. Mimo porządnej dawki nabuzowanego energią grania, pozostał we mnie lekki niedosyt, który mam nadzieję uda mi się zaspokoić przy kolejnej okazji.
Poppy - między popem a metalem
Wieczór należał jednak do Poppy - artystki, która zaczynała jako internetowa sensacja z dziwacznymi, minimalistycznymi wideo. Dziś to jedna z najciekawszych postaci na styku popu, industrialu i metalu. Na żywo ten wizerunek tylko zyskuje, stawiając Poppy u boku najlepszych wokalistek współczesnej sceny metalowej, takich jak chociażby Courtney LaPlante ze Spiritbox czy Tatiana Shmayluk z Jinjer.
Już sama scenografia i oprawa, mimo swojej prostoty, robiły robotę. Towarzyszący jej muzycy występowali w maskach, a perkusja została wyniesiona na specjalny podest, co budowało wizualną głębię całego show. Poppy pojawiała się i znikała między utworami, jakby grała własną postać w teatralnym spektaklu - chwilami niedostępna, innym razem bardzo przyziemna, gdy zwracała się bezpośrednio do fanów, co z resztą wpisywało się nieco w narrację całego występu, przerywanego kilkukrotnie nagraniami z taśmy, opowiadającymi o wspomnianych już maskach. "Nie pozwolę wam zobaczyć mnie w kawałkach, nie chcecie zobaczyć prawdziwego mnie - widzicie tylko to, co powinniście. Jeśli ją zdejmę, kim będę? Maska nie kryje potwora, ona zapewnia wam przed nim bezpieczeństwo" - mówił w wolnym tłumaczeniu narrator, przenosząc publiczność do pokręconego świata Poppy.
Wokalnie artystka absolutnie zachwyciła - od grzecznych i pięknie wyśpiewanych popowych fraz, po ostre, metalowe krzyki i skrzeki - wszystko się zgadzało. Cały set sprytnie balansował między popową wrażliwością a metalową brutalnością. Lekkie, melodyjne fragmenty przełamywały ciężkie riffy i świetnie wyegzekwowane breakdowny. W tych kontrastach w zasadzie tkwi jej siła. Artystka zachęcała fanów do circle pitów, kontrolując tempo wieczoru i stopniowo podkręcając atmosferę. W pewnym momencie Progresja zamieniła się w chóralną salę urodzinową - publiczność zaczęła śpiewać "Sto lat" jednemu z fanów.
Na sam koniec doświadczyliśmy też gestów wdzięczności z obu stron - fani wręczyli Poppy polską flagę (odniosłem wrażenie jakby nie do końca wiedziała, w którą stronę ją odwrócić, przez co zaprezentowała ją w pionie) i (chyba) własnoręcznie wykonany rysunek, a ona sama podkreśliła ze sceny, że jeszcze wróci do Polski. Dwa bisy domknęły wieczór w intensywny, ale satysfakcjonujący sposób - bez poczucia niedosytu, a z wrażeniem, że zobaczyłem Poppy w swoim absolutnym primie. Na duży plus działała też setlista, która obracała się głównie wokół fenomenalnego "Negative Spaces". Nie to, że wydane w tym roku "Empty Hands" jest słabe, ale wyszło chyba zbyt szybko po tak dobrym poprzedniku i brakuje mu trochę przebojowości, jednak to już temat na odrębną dyskusję!
Poppy w Progresji 27.03.2026 r. - setlista
- Bruised Sky
- BLOODMONEY
- Scary Mask
- the cost of giving up
- Public Domain
- Concrete
- the center's falling out
- Anything Like Me
- have you had enough?
- crystallized
- Time Will Tell
- V.A.N
- If We're Following the Light
- they're all around us
- new way out








