Wieczór otworzyło Eat My Teeth, w założeniu pasujące stylistycznie otwarcie pod główną gwiazdę, ale tym razem nie wszyscy dali radę przez ich set przebrnąć. W ich death rockowym graniu jest potencjał - brudny sound, klimatyczne stroje i charyzma - jednak sporo osób wychodziło z klubu w trakcie koncertu. Rozmawiając z koncertowiczami, głównym zarzutem wobec grupy była warstwa wokalna. Śpiewanie po angielsku brzmiało niepewnie, kwadratowo, linie wokalne nieco się rozjeżdżały, a ekspresja nie niosła tej siły, który niosły instrumenty. W tym wszystkim widać zalążki czegoś ciekawego, ale materiał aż prosi się o pisanie tekstów po polsku i poświęcenie sporej pracy nad emisją.
Jak było na koncercie Poison Ruin w Warszawie?
Po Poison Ruin było od razu słychać, że regularne koncertowanie, nowy album i obycie z materiałem zrobiły swoje. Chociaż w Polsce grali nieco ponad rok temu, byłem bardzo spragniony ich występu, głównie za sprawą wydanego nie tak dawno krążka "Hymns From The Hills", kontynuującego bardzo dobrą passę wydawniczą zespołu. Weszli na scenę jak ekipa, która dokładnie wie, po co tu wróciła. Brzmienie było wyraźnie dopracowane, dużo bardziej mięsiste niż przy poprzedniej wizycie, a i sami muzycy zdawali się być szczęśliwi, że do nas wrócili.
Mimo średniowiecznych motywów w tekstach i estetyce, na scenie to wciąż czysty punk - krótko, bez dłużyzn, z liniami wokalnymi, które można wykrzyczeć razem z zespołem. Set był mocno oparty na "Hymns From The Hills". Dostaliśmy na otwarcie przebojowe "Lily of the Valley", "Guts (Lay Your Self Aside" dociążyło set szybszym szarpnięciem, "Hymn for the Hills", przy "Eidolon" cała sala śpiewała refren, a "The Standoff" otwierający ostrymi blastami na chwilę przesunął Poison Ruin w stronę bardziej ekstremalnych klimatów.
Do tego dochodziły starsze numery, które wywoływały równie duży entuzjazm "Härvest", "Doppelgänger" i "Not Today, Not Tomorrow" przypomniały bardziej surowe oblicze zespołu, z kolei "Morning Star" zamknęło koncert w pięknym tonie, a do samego końca bałem się, że ten iście melodyjny twór nie wybrzmi tego wieczoru!
VooDoo było bardzo duszne, powietrze stało w miejscu, pot lał się dosłownie z każdego. A mimo to publiczność szalała tak, jakby wszystko odbywało się na otwartej przestrzeni, z wiatrem we włosach: pogo, podskoki, wspólne śpiewanie, ręce w górze i crowdsurfing. Było zauważalnie bardziej dziko niż poprzednio, a frekwencja pokazała, że zespół realnie cieszy się coraz większym zainteresowaniem i oddaniem polskiej publiczności.
No i oczywiście, czym byłby punk bez polityki! W pewnym momencie basista rzucił ze sceny hasło "od gór, do morza, Palestyna będzie wolna", co spotkało się z ogromną aprobatą i okrzykami ze strony publiczności. Prosty przekaz, a cieszy.
Powrót, po którym chce się więcej
Był to naprawdę udany powrót - mocniejsze, dopracowane brzmienie, oddana publiczność i widoczny rozwój od poprzedniego występu - wszystko to układa się w obraz zespołu, który szybko z pozycji obiecującej ciekawostki wyrasta na jedną z najlepszych współczesnych punkowych propozycji z zagranicy, jakie zobaczyć można na żywo, a będą jeszcze do tego okazje, co potwierdził sam Mac Kennedy!
















