Zaskakujący jest tu przede wszystkim teren. Letnią Scenę Progresji w Warszawie odwiedzałem niejednokrotnie przy okazji pojedynczych koncertów. Teraz jednak nie mogłem wyjść z podziwu, jak wielki teren dostępny jest jeszcze za sceną, na której regularnie odbywają się występy. Pomieścił on bowiem ogromną instalację dla głównych gwiazd imprezy.
Zobacz również:
Jak było na pierwszym dniu Summer Punch Festival?
Dzień z lekkim poślizgiem zacząłem od House of Protection i prawdę mówiąc chyba lepiej trafić nie mogłem. Duet w pięknym stylu rozniósł Punch Stage. Nie brakowało mosh pitów, a w pewnym momencie Stephen Harrison zszedł nawet do publiczności z gitarą i mikrofonem, by rozkręcić wokół siebie porządny circle pit. Poprzeczkę postawili wysoko!
Nie przeskoczyli jej z kolei Set It Off oraz Catch Your Breath. W przypadku tych pierwszych koncert może i był energiczny, ale bardzo skutecznie na ich niekorzyść oddziaływało płaskie brzmienie. Drugi z wymienionych zespołów mierzył się z kolei z ogromnymi problemami technicznymi - mikrofon Joshuy Mowery'ego raz działał, raz nie, i przy czystych partiach wokalnych niestety aż bolały uszy. Przez nieudane próby naprawy sytuacji zespół musiał nieco skrócić swój set, ja (i wiele innych osób) natomiast nie dałem już rady tego dłużej oglądać i przeniosłem się na Summer Punch, gdzie czekało mnie P.O.D.!
Nu-metalowa legenda ze swego rodzaju gracją zapodała bardzo zgrabny koncert, który spokojnie zadowolił zarówno tych młodszych, jak i starszych (będących tym razem w mniejszości) widzów. Było kultowe "Youth of the Nation", "Alive" czy "Boom" i "Drop". Co najważniejsze, zespół mimo ponad trzech dekad na scenie wciąż zdaje się zwyczajnie świetnie bawić i zarażać pozytywną energią publiczność.
Moje ukochane Landmvrks oglądałem jedynie na telebimach, stojąc w koszmarnej kolejce w strefie gastro (spędziłem tam dokładnie 1,5 godziny). Z plusów dźwięk był tam wyjątkowo dobry. Dostaliśmy zarówno ostre i potężne "Sulfur" czy "Creature", jak i łagodniejsze "La valse du temps" lub "Blood Red". Bardzo ładnie zrównoważony set i przede wszystkim fenomenalna forma zespołu, któremu towarzyszyła również pirotechnika. W ciągu ostatnich lat wystrzelili na sam szczyt festiwalowych line-upów i wszystko wskazuje na to, że będą się piąć tylko wyżej.
Bilmuri bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie swoją charyzmą. Zespół z dość nietypowym instrumentarium, bo oprócz standardowych gitar, perkusji i basu znajdziemy tam również flet i saksofon, ale podany w bardzo świeży sposób, bardzo odbiegający od około symfonicznych standardów, do których przyzwyczaiły nas starsze zespoły. John Franck w naprawdę fenomenalny sposób wchodził również w interakcje z publicznością, słodził Polakom i żartobliwie dodał: "Nie wiem, jak tu trafiłem, ale bardzo się cieszę".
Na Babymetal wybrałem się bardziej ramach ciekawostki. Jest to zespół, którego zwyczajnie nie potrafię polubić. Ciężko mi jednoznacznie opisać co to takiego, ale mam poczucie, że zespół ten ma jakiś wspólny element kiczowatości i może autoironii z... Nocnym Kochankiem. Zostawię was z tą myślą i nie będę się dalej rozwodził na temat tego występu.
Koncert wieczoru zapodali za to Paleface Swiss. Tak potężne i przeszywające brzmienie jest dokładnie powodem, dla którego w serze szwajcarskim jest tyle dziur. Widziałem ich już przy okazji zeszłorocznego Mystic Festivalu i choć wtedy grali przed dużo większą publicznością, tutaj wydarzyło się coś prawdziwie wyjątkowego. Publiczność mniej więcej w połowie zaczęła uciekać na zaczynający się set Bad Omens, a pod sceną zostali najwięksi zajawkowicze. Zaowocowało to przede wszystkim niezwykłą chemią między zespołem a publicznością, która dodała temu wszystkiemu uroku. Zelli sam żartował, że prawdopodobnie też poszedłby oglądać headlinera i serdecznie dziękował tym, którzy zdecydowali się zostać.
Warto było się spóźnić na wspomniane już Bad Omens. Jest to bowiem zespół, którego fenomenu trochę nie rozumiem. Noah Sebastian jest oczywiście fenomenalnym wokalistą, sama oprawa sceniczna też była iście headlinerska i ciesząca oko, ale kompozycje zespołu zwyczajnie mnie do siebie nie przekonują. Niemniej jednak frekwencja i reakcje wskazywały, że byłem w zdecydowanej mniejszości i to też jest okej. Może jeszcze kiedyś przyjdzie ten dzień, że powiem: "myliłem się". Na ten moment jednak wciąż pozostaję nieprzekonany. Pozostaje czekać na ciąg dalszy Summer Punch'owych wrażeń, bo to naprawdę bardzo dobrze rokujący festiwal nastawiony zdecydowanie na młodszego słuchacza i bardziej współczesne podejście do metalu, które zwykle na tych dobrze znanych już imprezach traktowane jest z pewnym dystansem. Brawa należą się też Winiary Bookings za naprawdę sprawną organizację pierwszej edycji tak dużego przedsięwzięcia, bo na ten moment moim jedynym mankamentem jest trochę za mała strefa gastronomiczna.
Bad Omens w Warszawie: setlista
- Specter
- Glass Houses
- THE DEATH OF PEACE OF MIND
- Dying to Love
- CONCRETE JUNGLE
- Nowhere to Go
- Limits
- ARTIFICIAL SUICIDE
- V.A.N
- Left For Good
- What It Cost
- Like a Villain
- Just Pretend
- Impose
- Dethrone















