Na rozgrzewkę dostaliśmy elektryzujący set od wrocławskiej ekipy Enegy Jar. Grupa bardzo mocno angażuje się w polską społeczność hc, co bardzo odbija się na ich koncertach. Chemia pomiędzy publicznością, a widownią była naprawdę ogromna, a w tłumie trudno było o przypadkowych widzów. Bardzo konkretna rozgrzewka!
Haywire w Krakowie - lepsi niż gwiazda wieczoru?
To, że silna społeczność jest centralnym punktem muzyki z szerokiego parasola hardcore punku wie już chyba każdy, ale to, co wydarzyło się tego wieczoru w Krakowie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Charyzma Austina Sparkmana zaraziła naprawdę cały klub. Wokalista sam przyznał, że jest najlepszy koncert, jaki grali w Polsce oraz, że w naszym kraju poza USA zagrali dotychczas najwięcej koncertów. Absolutnego szaleństwa mogliśmy doświadczyć przy kawałkach takich jak "Haywire", "Boston Boot Boys" (które dla nas zmienione zostało na "Polish Boot Boys"), czy "Poser Disposer". Nie brakowało też bardziej melodyjnych momentów z "Summer Nights", "Always By My Side" i "Love Song", przy których trudno było nie zedrzeć sobie gardła. Wszystko to pięknie spięte coverem "Shed" od Title Fight - swoją drogą była to prawdopodobnie moja jedyna okazja, by usłyszeć ten kawałek na żywo, chociaż wciąż się łudzę, że jeszcze wrócą!!!
W pewnym momencie wydarzyła się też bardzo dziwna sytuacja. Na scenę wtargnęła kobieta na oko przed 50. (zdecydowana większość publiczności mieściła się przedziale 20-30) i zrobiła sobie ze Sparkmanem zdjęcie. Bez żadnego "dzień dobry, czy można?", zwyczajnie stanęła obok wokalisty, mówiącego w tym momencie do publiczności, zrobiła swoje i poszła. Frontman sam nie krył zdziwienia całą sytuacją i podsumował to krótkim "wow, nawet nie czekają już na koniec koncertu". Przestroga dla tych, którym kiedyś przyjdzie taki głupi pomysł do głowy, pamiętajcie proszę, to nie są małpy w zoo tylko ludzie i należy im się szacunek i jakakolwiek podstawowa etykieta. Mimo tej naprawdę niesmacznej sytuacji, sam występ Haywire był prawdziwie cudowny i pokazał, że jest to zespół, który dużo lepiej wypada na żywo niż studyjnie - choć i tam nie ma się do czego przyczepić.
Nothing, czyli czas na złapanie oddechu
Pomiędzy koncertami Haywire i Nothing mam wrażenie, że doszło do jakiegoś dziwnego przetasowania publiczności. Część na pewno wyszła, bo w klubie zrobiło się dużo luźniej, ale i jakby pojawiły się nowe twarze. Z jednej strony gwiazda wieczoru gra obecnie zupełnie inną muzykę, ale z drugiej historia lidera zespołu, Nicky'ego mocno powiązana jest ze sceną hc. Zaczynał on bowiem w zespole Horror Show. Dopiero po latach szukania siebie i prób zadośćuczynienia za swoje błędy zrodziło się Nothing, które zabrało krakowską publiczność w podróż przez pejzaże dźwięków.
Początkowo wokale były bardzo w tyle, z czasem zaczęły jednak brzmieć, jak powinny - rozmyte, lekko niewyraźne, jak echo dobiegające do uszu z bliżej nieokreślonej przestrzeni. To w połączeniu z mocno przeprocesowanym brzmieniem gitar tworzyło bardzo oniryczne doświadczenie. Koncert obracał się głównie wokół wydanego w lutym tego roku krążku "a short history of decay". Przeszliśmy przez nieco bardziej naglący "cannibal world", rozmarzony utwór tytułowy czy przebojowe "toothless coal". Nie brakowało jednak perełek takich jak "Famine Asylum" lub "A.C.D. (Abcessive Compulsive Disorder)" zagranego na bis. Całość była jednak dużo bardziej wycofana i introwertyczna niż występ poprzedników. Można było nie tylko złapać oddech, ale i na chwilę odpłynąć czy ze smutkiem gapić się w ziemię. Słowem podsumowania wieczór typu "najpierw skacz, potem płacz". Bardzo ciekawie zagrała ta dynamika występów, ale po frekwencji widać było, że nie wszyscy podzielali mój entuzjazm. W każdym razie ja wyszedłem bardzo zadowolony!















