Neurosis "An Undying Love for a Burning World": Post-metal na miarę naszych czasów [RECENZJA]
Całe szczęście nowy album Neurosis ukazał się bez wcześniejszych zapowiedzi, bo wystarczyło kilka minut dzielących jego publikację i rozpoczęcie przesłuchiwania, by oczekiwania - moje i wielu innych fanów i fanek - wystrzeliły od żadnych do żywienia nadziei na jeden z najmocniejszych punktów wydawniczych 2026 roku. Aż strach pomyśleć, do jak monstrualnych rozmiarów urosłyby po kilku miesiącach podsycania newsami i singlami.

Emocji premierze dwunastego studyjnego materiału zespołu z Oakland przysporzyła nie tylko dziesięcioletnia przerwa wydawnicza, ale również historia odejścia Scotta Kelly'ego. Człowieka w ogromnym stopniu odpowiedzialnego za brzmienie Neurosis, który wycofał się z życia publicznego, gdy wyszły na jaw jego przestępstwa dotyczące rodziny. Wymiana jednego z filarów grupy wymagała powołania w szeregi kogoś z wystarczająco silnymi barkami, by udźwignął ten ogromny ciężar, a Aaron Turner bez dwóch jest właściwym wyborem. Zastąpienie Kelly'ego liderem między innymi Isis, Sumac czy Mamiffer to jak zastąpienie Johna Coltrane'a Waynem Shorterem w zespole Milesa Davisa - lepiej po prostu być nie mogło.
Kolejną słuszną decyzją okazało się nieodkreślanie przeszłości grubą linią. "An Undying Love for a Burning World" niczym nie zaskakuje, a jednak chociaż postmetalową formułę kompletnie w ostatnich latach wyeksploatowano, jej twórcy wciąż potrafią zainteresować. Najwyraźniejsza różnica w porównaniu ze wcześniejszymi krążkami dotyczy natomiast sfery tekstowej. Mniej jest tutaj introspekcji, mierzenia się z osobistymi utrapieniami czy rozterek natury duchowej, bo i czasy nastały takie, że zbyt wiele dzieje się dookoła, by skupić się na zaglądaniu w głąb siebie.
Dwa tytuły, na które natrafimy w pierwszej kolejności, formułują jasne przesłanie. Tytuł albumu o niedającej się pokonać miłości do świata, mimo że ten staje się miejscem coraz mniej przyjaznym. Tytuł intra o głównej przyczynie tego stanu rzeczy - degrengoladzie, za którą każdy obwinia kogoś innego, ale niekoniecznie osoby faktycznie ponoszące odpowiedzialność za stale pogłębiające się podziały społeczne i zaniżanie standardów moralnych.
Nie jest to przełomową diagnozą albo punktem widzenia, jakiego nie nakreślono by już wcześniej. Tematykę napięć pomiędzy obywatelami w państwie definiowanym jako struktura zagrażająca wolności podejmowali liczni współcześni myśliciele, chociażby Giorgio Agamben (wojna domowa jako mechanizm sprawowania władzy) i Ralf Dahrendorf ("gra o sumie zerowej", w której jednostki walczą o jak najwyższe miejsce w hierarchii systemu, a nie z nim samym). W ostatnim czasie coraz częściej jednak brak solidarności wśród grup niezaliczających się do elit finansowo-politycznych podlega nie tylko akademickiej analizie, ale również znacznie bardziej emocjonalnemu komentarzowi artystycznemu.
Ukute przez aktywistę Abbiego Hoffmana w 1967 roku "f.ck the system" - podejmowane przez liczne zespoły na przestrzeni kilku dekad, od The Exploited po System of a Down - zeszło na drugi plan. Nie straciło na aktualności, ale "system" wypracował skuteczny mechanizm obronny - skłócanie niepartycypującej w sprawowaniu władzy większości do tego stopnia, by wszelkie siły skupiała na bratobójczej walce. O tym jest "An Undying Love for a Burning World" i o tym będzie coraz więcej muzyki w najbliższych latach, bo chociaż dokładny opis problemu już mamy, to wciąż stawiamy mu niewielki opór.
Przesłanie Neurosis zostało zaktualizowane, ale pod względem muzycznym zmieniło się niewiele. Po niespełna minutowym intrze, "Mirror Deep" otwiera album charakterystycznym, masywnym uderzeniem z wyraźnie zaakcentowanym rytmem. Dzięki temu specyficznemu "sludge'owemu swingowi" zespół wyróżniał się w metalowym światku pierwszej połowy lat 90. i chociaż na tej bazie ukształtował się nowy, odrębny gatunek, protoplaści post-metalu nie utracili z biegiem lat ani odrobiny animuszu. Korzystając z nieskrywającego żadnych tajemnic przepisu, znowu przygotowali wyjątkową ucztę. Kluczowe składniki to umiarkowane tempo, ciężkie riffy, subtelne, ale niepełniące funkcji ozdobnika elektroniczne tło i przede wszystkim porywcze zwroty dynamiczne. W pierwszym utworze dochodzi do takiego już po mniej niż półtorej minuty.
Ciężar nagle znika, bez wcześniejszego sygnalizowania zamiarów, a w rozrzedzonej przestrzeni akustycznej zaczynają dominować elektronika i pojedyncze szarpnięcia za struny gitary elektrycznej. Nie trwa to długo. Chwilę później następuje zryw w przeciwnym kierunku, co może przywodzić na myśl progrockowe "połamańce" z lat 70., które również przełączały się z ekstremum do ekstremum w mgnieniu oka (dość wspomnieć "Heart of the Sunrise" Yes albo "Lady Fantasy" Camel). Kalifornijskiemu zespołowi taka budowa utworu nie służy jednak dodatkowemu eksponowaniu instrumentalnej wirtuozerii, tylko wzmacnianiu dramaturgii i panowaniu nad nastrojem oraz napięciem.
Z niewykraczaniem poza dobrze znane rewiry brzmieniowe wiąże się również zagrożenie pokusą sięgania po sprawdzone, bezpieczne rozwiązania. Muzycy Neurosis niekiedy ulegają jej, ale w momentach największej próby - czyli właśnie owych wolt dynamicznych - potrafią się wybronić. Ciekawym przypadkiem jest już kolejny "First Red Rays". Przez trzy minuty zespół roztacza niemal doomową, gęstą aurę, by później nie tylko gwałtownie wyhamować, ale też całkowicie przesunąć ładunek emocjonalny ze wściekłości na melancholię (za sprawą syntezatora naśladującego smyczki i zawodzącej gitary). Nie padają w tym czasie żadne słowa. Znaczenie trzeba sobie dopowiedzieć, ale kiedy obroty ponownie zostają zwiększone, a w ostatniej zwrotce padają słowa o "pierwszych czerwonych promieniach" odsłaniających na Ziemi "nowy świt", trudno uciec od wrażenia, że ten niewypowiedziany smutek symbolizował rozstanie z rzeczywistością, jaką znamy, na rzecz czegoś znacznie bardziej złowrogiego.
Balansowanie pomiędzy ciężarem a lekkością objawia się na różne sposoby, przy czym cechy tego pierwszego pozostają przez nieco ponad godzinę długości trwania albumu raczej stałe i niezmienne, podczas gdy lekkość obejmuje szerszą paletę środków ekspresji. W "Blind" można usłyszeć "czysty" wokal. W "Seething and Scattered" bardziej rockowe niż metalowe brzmienie gitary i korzystający z okazji na przebicie się przez potężne riffy, sunący po gryfie w dwóch kierunkach, bulgoczący bas, a w końcówce jeszcze pomieszanie industrialu z plemiennym rytmem perkusyjnym (skojarzenia z "Through Silver in Blood", najbardziej znanym albumem zespołu, nie będą na wyrost). W "Last Light" jest z kolei motoryczny beat sparowany z niepokojącymi elektronicznymi hałasami i growlem, który bez gitar i perkusji nabiera szczególnie upiornego charakteru. W tych fragmentach pomysłowość odświeżonego składu zespołu wkracza na najwyższy poziom, a w dodatku to dzięki nim agresywniejsze momenty - na zasadzie kontrastu - robią jeszcze większe wrażenie.
Innymi słowy, u Neurosis nic nowego. To jednak dobra wiadomość, bo od muzyki o tak wyraźnej tożsamości nie oczekuje się dysocjacji i odcinania od przeszłości. "An Undying Love for a Burning World" nie jest jednak do niej uwiązany - zawartość tego albumu doskonale odzwierciedla burzliwą teraźniejszość. Aż cisną się na klawiaturę słowa być może najbardziej radykalnego spośród dwudziestowiecznych rewolucjonistów nowego muzyki, Pierre'a Bouleza: "Uważam, że muzyka powinna być formą zbiorowych ataków histerii, gwałtownością odpowiadających naszym czasom". Neurosis spełnia to założenie.
Neurosis "An Undying Love for a Burning World", Neurot Recordings
8/10









