Reklama

Reklama

Max Cavalera: Muzyka - najmocniejszy narkotyk

2 października na polski rynek trafi książka "Moje krwawe korzenie", autobiografia Brazylijczyka Maksa Cavalery, jednej z najważniejszych postaci muzyki metalowej, założyciela legendarnej Sepultury i równie popularnego Soulfly. Tylko w INTERIA.PL - jako pierwsi na świecie! - możecie przeczytać obszerne fragmenty wspomnień z zamierzchłych dziejów Sepultury.

ROZDZIAŁ 4. "1985-1986: Gniew i agresja"

Nadmierne picie miało sporo wspólnego z utratą ojca. Miało wypełnić pustkę. Pijąc czułem się inaczej: lubiłem alkoholową euforię. Kiedy jesteś pijany, muzyka brzmi lepiej. To prawda: gdy słuchasz jakiejś płyty srodze napruty, brzmi zajebiście dobrze. Włączasz pod wpływem bardzo głośno Slayera i nie możesz wyjść z podziwu. A kiedy w tym samym stanie słuchasz swojej muzyki, brzmi świetnie, stwierdzasz więc: "Nie wierzę, że to naprawdę my". Słuchałem kiedyś "Arise" na cały regulator z tyłu autobusu, myśląc sobie: "Słuchaj tego wokalu. Coś niesamowitego!".

Reklama

Gorzała była zawsze obecna, tak w dzieciństwie, jak i w dorosłym życiu. Szczególnie upodobałem sobie wódkę. Z czasem, już po ślubie, przerzuciłem się na wino, co, jak na napój, wydawało się trafnym wyborem. W nocy pomagało mi się zrelaksować, początkowo wychylałem jedną butelką, ale później doszedłem do dwóch. Tak właśnie wyglądała moja lista życzeń; po każdym koncercie Sepultury poniewierałem się dwiema butelkami tego gówna. Mimo takich zachowań, większość ludzi, którzy jeździli ze mną w trasy, nigdy nie widziała mnie konkretnie naj**anego - pomijam kilka rzadkich przypadków.

Trzeba przyznać, że w tamtym czasie zachowywałem się jak dzikus. Przytrafił mi się nawet wypadek. Miałem fiata, na którego zakup oszczędzałem przez kilka lat. Pojechałem nim kiedyś do baru w Belo, gdzie nawalony gorzałą oglądałem "Mechaniczną pomarańczę". "To najlepszy film jaki w życiu wydziałem. Chcę być jak jeden z tych poj**ańców!" - mówiłem do siebie - byłem zachwycony przemocą, którą epatowali.

Obok wizerunków Slayera, Morbid Angel i Death, powiesiłem na ścianie plakat z tego filmu. Agresja, która biła z "Mechanicznej pomarańczy" zrobiła na mnie ogromne wrażenie. W gruncie rzeczy, to bardzo metalowy film. Zdziwiłem się, gdy po latach Sepultura nagrała album oparty na tym obrazie, wtedy bowiem niezbyt im się podobał. Kiedy go oglądałem, nie wykazywali zainteresowania. Dziwna sprawa.

Wracając do baru, oglądałem ten film o trzeciej w nocy, należało więc zbierać się do domu. Na zewnątrz padał deszcz, a sumienie podpowiadało mi: "Znajdź kogoś, kto odwiezie cię do domu". Diabelskie oblicze mojego charakteru mówiło zaś: "Pieprzyć to! Jedź do chaty, sk**wielu". Wybrałem drugą podpowiedź - czyli złą z moralnego punktu widzenia - i zanim się obejrzałem, już prowadziłem samochód jadąc zygzakiem po drodze. Byłem naprawdę pijany: kompletnie narąbany. Pojawił się zakręt, samochód obrócił się na jezdni o 360 stopni i uderzył w ścianę. Wyjrzałem przez szybę i zobaczyłem ogromny kościół, tuż przede mną, jakby się na mnie gapił. Trzecia w nocy, byłem tam sam, a cała przednia maska samochodu była kompletnie rozwalona.

Patrzyłem na ten kościół i wzbierała we mnie wściekłość. Pytałem siebie: "Dlaczego akurat w kościół? Dlaczego, k**wa, stanąłeś na mojej drodze?". Winiłem kościół za spowodowanie wypadku. Gdy teraz o tym myślę, dostrzegam, jakie to było komiczne. Wyszedłem z wozu i pokazywałem środkowy palec kościołowi, wydzierając się: "Pie**ol się, sku**ysynu!". Poza rozkwaszonym nosem, nic mi nie było, ale samochód był zdemolowany. Na moje szczęście, policja nie przyjechała. Udało mi się uruchomić silnik i dotrzeć do domu, w fatalnym stanie. (...)

Sepultura i sztandarowy "Inner Self" (Rock In Rio, 1991 r.):

Wesoły pijaczek i Diabeł Tasmański

W moim mniemaniu wszyscy żyli w ten sposób. W gronie ludzi, z którymi zadawałem się z Iggorem [Cavalera, brat Maxa, perkusista Sepultury w latach 1984-2006], tak właśnie to wyglądało. Nie mogłem pogodzić się z całym tym gównem, jakim stało się nasze życie. Nie mieliśmy pieniędzy, a w domu czuć było przygnębienie. To od tego chciało mi się pić. Uważałem Iggora za dziwaka, bo prawie nie ruszał alkoholu. Był jak zwolennik ruch straight edge, z tą jednak różnicą, że nie chwalił się tym wszystkim dookoła, jak robią to zespoły z tego nurtu. Niemniej, taką postawę wyznawał - nie mogłem się nadziwić.

Z drugiej strony, gdy już sięgał po alkohol, zachowywał się jak Diabeł Tasmański ze starych kreskówek: sprawiał kłopoty. Dostawał świra, wdawał się w bójki i wygadywał niestworzone rzeczy. Pod wpływem był przerażający, powiedziałem mu więc: "Lepiej odpuść sobie picie, bo nie podchodzisz do tego jak ja: strach z tobą chodzić, gdy jesteś pijany. Ja byłem typem wesołego pijaczka: robiłem kawały, płatałem ludziom różne figle. Z Iggorem było inaczej, kiedy pił nie było z nim żartów, nie pił więc zbyt często. Zawsze zastanawiałem, skąd w nim tyle silnej woli. Był twardzielem. Zależało mu tylko na perkusji.

Picie traktowałem jak dobrą zabawę i nigdy nie widziałem w tym problemu. Najzabawniejsze rzeczy przytrafiały mi się, kiedy byłem pijany. Miałem jednego kumpla od kieliszka, Maurinho: był moim najlepszym przyjacielem. Opowiadano, że potrafi sprać dziesięciu ludzi, i że jest totalnym psycholem. Kiedy go poznałem, miałem 16 lat, na samym początku istnienia zespołu.

Ten koleś uwielbiał wszystko, co wiązało się z Sepulturą i cały czas dodawał mi otuchy: "Uda się wam. Jestem przekonany, że pewnego dnia staniecie się wielką gwiazdą. Ja to po prostu wiem. Po prostu róbcie to, co robicie". Choć drobnej budowy, znał karate, taekwondo i inne sztuki walki i potrafił spuścić ludziom porządny wpie**ol. Rozgniatał potężnych facetów: uczestniczenie w tym było radosne.

Jak moshpit, to tylko w Meksyku (Sepultura, 1989 r.):

...i polała się krew

Sam też nieźle się biłem. Wstawiony stawałem się nieobliczalny. Byliśmy raz w barze i pewien koleś źle ze mną pogrywał. Nazywał mnie "pozerem" i działał mi na nerwy, powtarzając: "Jesteś pozerem... j**anym pozerem... wasza muzyka nie jest prawdziwa". Nie wytrzymałem i mówię: "Sk**wielu, albo przestaniesz albo dostaniesz to, na co zasługujesz".

On jednak dalej leciał ze mną w kulki, w końcu więc stwierdziłem: "Dobra, koniec z tym gównem. Idziemy przed klub. Teraz będziemy się bić". Zacząłem go prać, chwyciłem kamień, który leżał na ziemi i rozwaliłem mu nim łeb. Krew tryskała na wszystkie strony. Kiedy wróciłem do domu, całe buty miałem w jego krwi. Spojrzałem na nie i pomyślałem: "O kurde! Jakim cudem ten gość wciąż żyje?". Sam się o to prosił. Ja tylko zajmowałem się swoimi sprawami i bawiłem się z przyjaciółmi. Przyglądał się temu mój kumpel Maurinho i po wszystkim powiedział do mnie: "Widzę, sam się nim zająłeś". Nie musiał nawet wkraczać do akcji.

Takie sytuacje zdarzyły się kilka razy. Podejrzewam, że mogło mieć to coś wspólnego z ekstremalnym sposobem podejścia do przemocy, który zawładną mną po obejrzeniu "Mechanicznej pomarańczy". Zdarzały się wieczory, że wychodziłem z domu, mówiąc: "Mam nadzieję, że dziś będziemy się bić". To była niemalże mentalność skinheada. Poronione: może za pomocą tych bójek leczyłem swoją rozpacz.

Istnieje teoria, podług której chłopcy dorastający bez ojców są bardziej agresywni, ponieważ nie mają taty, który pokazałby im, gdzie są granice. U mnie dokładnie tak to przebiegało.

Kilka słów o przemocy (Sao Paulo, 1990 r.):

Pierwsza dziara, czyli śpisz na werandzie

Iggor i ja równie szybko zainteresowaliśmy się tatuażami. Zapytałem mamę, czy mogę zrobić sobie tatuaż, ale powiedziała, że jestem za młody, i że wyrzuci mnie z domu, jeśli to zrobię. Męczyłem ją: "Mamo, zbieram pieniądze i zrobię sobie tatuaż". - "Lepiej tego nie rób! Mówię poważnie. Zamorduję cię, jak to zrobisz!" - ostrzegała. Te dyskusje trwały przez jakiś czas, ale w końcu i tak to zrobiłem. Do Belo przyjechał słynny tatuażysta, który robił dziarę mojemu koledze: wytatuował mu na brzuchu kufel piwa z napisem "Beer Is My Business". A że mocno przypadło mi to do gustu, sam do niego poszedłem.

Jeśli masz poniżej 18 lat, do zrobienia tatuażu potrzebna jest niby zgoda rodziców, ale w Brazylii nie ma to znaczenia: jak masz kasę, wytatuują cię i bez pozwolenia matki. Zrobiłem sobie smoka na prawym ramieniu i kiedy wracałem do domu, stwierdziłem, że lepiej będzie, jeśli ukryję go przed mamą, bo nie chciałem, żeby wiedziała - przynajmniej na razie.

Włożyłem więc na siebie koszulkę z długim rękawem, ale pamiętam, że musiałem zmienić bandaż na smoku: polecili mi posmarować go kremem przed pójściem spać. Poszedłem więc do łazienki, ale jak na bystrzaka przystało, zostawiłem w umywalce pokrwawiony bandaż.

Co jasne, mama dostrzegłaby go w nim z odległości mili, więc gdy tylko weszła do łazienki i zobaczyła bandaż cały we krwi, od razu wiedziała, co zrobiłem. Przyszła do mojego pokoju, włączyła światło i powiedziała: "Co to jest? Tatuaż, mam rację?". - "Nie, nie... skaleczyłem się!" - szedłem w zaparte, a ona spojrzała na bandaż, który trzymała w rękach, mówiąc: "Żadne skaleczenie, widzę na nim kolory! Krew i tusz! To nawet wygląda na smoka! Pokazuj ramię...". Pokazałem oczywiście to drugie, na którym nic nie było. Wrzasnęła: "Drugie, kretynie!". Nie miałem wyjścia.

Dostała szału. Naprawdę się wściekła. Rzadko widziałem ją w takim stanie, nie rozumiałem, o co tyle hałasu. Powiedziałem: "Mamo, uspokój się, to tylko tatuaż. Wielkie mi halo". Krzyczała: "To jest poważna sprawa! Mówiłam ci, żebyś tego nie robił! Nie słuchasz mnie! Idziesz na werandę! Tej nocy nie będziesz spać w domu". - "Że jak?" - zatkało mnie. - "Nie śpię na żadnej werandzie". Była jednak nieugięta: "Śpisz na werandzie, bez poduszki, niczego. Będziesz spać na podłodze". Nie mogłem pojąć, dlaczego aż tak się wkurzyła. Myślę, że starała się o nas troszczyć, żebyśmy wyszli na ludzi. Ostatecznie, wciąż byliśmy młodzi. Tamtej nocy spałem więc na zimniej podłodze na zewnątrz, myśląc sobie: "K**wa! To niesprawiedliwe".

Najśmieszniejsze jest to, że trzy lata później mama sama dała sobie zrobić tatuaż Sepultury na ramieniu. Powiedziałem jej wtedy: "Teraz to ja powinienem kazać ci spać na werandzie!". (...)

Zaczęło się od smoka...

"Normalne laski by na to nie poszły"

Co do dziewczyn, nie miałem ich zbyt wiele. Była taka jedna Rose, która chodziła do państwowej szkoły w pobliżu biura Cogumelo - przychodziłem tam po nią każdego dnia. Jechaliśmy do jej chaty, obściskiwaliśmy się i w ogóle. Przychodziła też do nas, ale mama jakoś jej nie lubiła, powiedziała: "Nie sądzę, by Rose była dla ciebie odpowiednia. - "Mamo, nie świruj. Dobrze nam razem" - zdziwiłem się. Ona wiedziała jednak swoje: "Wątpię, mam co do niej dziwne przeczucie", i miała rację.

Po Rose praktycznie przestałem wchodzić w poważniejsze związki: wieczorkiem wyhaczałem jakąś laskę, bawiłem się z nią, a następnego dnia mówiłem: "No to na razie". Do powstania Sepultury w tych kwestiach nic poważnego się u mnie nie działo. Później poznałem jedną pannę, która grała na gitarze w metalowym zespole. Przypadliśmy sobie do gustu i widywaliśmy się codziennie - ten związek rozwinął się i stał się poważny. Byłem z nią przez kilka miesięcy, ja przychodziłem na jej koncerty, ona na moje, słowem: było fajnie. Jej mama też bardzo mnie polubiła. Problem w tym, że ta laska zrobiła mnie w ch**a: złamała mi serce. Pojechała na północ Brazylii i zaczęła się z kimś spotykać, kiedy ja siedziałem w domu. Dowiedziałem się o tym od kumpla i początkowo nie mogłem w to uwierzyć. Najwyraźniej było to coś poważnego: Rose i ten gość bardzo się polubili.

Z rzeczy, które mi podarowała - skór, zdjęć i całej masy innych gówien - zrobiłem wielkie ognisko, a potem tańczyłem wokół niego jak j**any Indianin, kompletnie spity przeklinałem ją i darłem się: "Zgnijesz w piekle, suko!". Osobliwie to wyglądało - sąsiedzi patrzyli na mnie zastanawiając się: "Co on u diabła wyprawia? To jakiś wariat". Byli tam też mój brat i mama, dopingując: "Brawo! Tak trzymać! Krzyż na drogę!". W sumie ciężko to przeżyłem: odrzucenie naprawdę boli. Od tego czasu starałem się być bardziej ostrożny w sprawach angażowania się uczuciowo i właściwie nie znalazłem nikogo, z kim mógłbym się związać. Ten jeden raz dałem złamać sobie serce; przez tę laskę poczułem się oszukany, nieszczęśliwy i mocno wkurzony.

Nie znaczy to jednak, że interesowały się nami tabuny dziewczyn. Ludzie się nas bali. Nasz wygląd negatywnie determinował liczbę panienek. Gdybyśmy byli ładnymi chłopaczkami, którzy dobrze się prezentują i są mili, być może odnosilibyśmy na tym polu większe sukcesy, wiadomo bowiem, że w Brazylii jest mnóstwo pięknych kobiet. Niektóre nas jednak lubiły - szurnięte panny, którym podobali się niebezpieczni faceci naszego pokroju. W zasadzie ten układ nam odpowiadał: żeby przebywać w naszym towarzystwie, trzeba było być trochę szalonym. Normalne laski by na to nie poszły.

Czasami umawiałem się ze zwykłymi dziewczynami, ale zawsze kończyło się to katastrofą, dajmy na to: witałem się z jej ojcem mając na sobie koszulkę Slayera i poprute dżinsy moro, a jemu z miejsca opadała szczęka. Jeden z nich stojąc przede mną wprost zapytał córkę: "Dlaczego wychodzisz z tą miernotą?". Z czasem doszło do tego, że kiedy mówiły: "Przyjdź, poznasz moich rodziców", odpowiadałem: "To chyba nienajlepszy pomysł".

Gang Cavalera

Byliśmy wyrzutkami: społeczeństwo się nas wyparło. Ale ten układ mi odpowiadał. Pociągało mnie to i tak jest do dziś. W koncepcji niedopasowania do reszty jest coś fajnego. Z dziwnymi spojrzeniami ludzi spotykam się nawet obecnie. Dlatego wytatuowałem sobie szyję: po czymś takim nie ma powrotu do normalnego społeczeństwa i zwykłej pracy. Kimś takim już nigdy nie będę. Sam ze sobą zawarłem ten pakt. Żeby nie wracać i budzić wśród ludzi strach tatuażem na szyi. Uwielbiałem wychodzić na miasto całą ekipą: banda wyrostków terroryzująca ludzi, chodząca razem do barów, słuchająca muzyki. Piękne czasy i kupa radości.

Słyszałem gdzieś, że chłopacy bez ojców częściej zabierają się za heavy metal, bo jest to męska muzyka, której potrzebują z racji braku ojca w domu. Biorąc pod uwagę może życie, teoria ta wydaje się logiczna: ja i Iggor poszliśmy właśnie tą drogą. Gdy tylko usłyszałem Venom i Slayera, Sodom i Possessed, wiedziałem, że jest po mnie. Tak agresywna muzyka była mi potrzebna. Chodziłem spać z "Black Metalem" Venom na uszach: z taką muzyka w słuchawkach kładłem się do łóżka, podczas gdy większość ludzi, chcąc zasnąć, włącza raczej jakieś bardziej łagodne dźwięki. Ja i Iggor mieliśmy w swoim pokoju magnetofon, na którym do snu aplikowaliśmy sobie "Black Metal" Venom i "Show No Mercy" Slayera. Istny obłęd. Pierwszą rzeczą, jaką robiliśmy po przebudzeniu było ponowne ich włączenie! Powitajmy kolejny dzień w okopach...

Mentalność gangu bardzo do mnie przemawiała. Uwielbiałem Motörhead z dawnych dni, wyglądali bowiem na paczkę kumpli, którzy trzymają się razem i wszystko robią wspólnie. Byli gangiem. Pomyślałem więc sobie: "Też chcę mieć swój gang i tak się zachowywać". Wyglądali groźnie i nie należeli do ładnych chłopaczków: Lemmy był szpetny jak diabli, wyglądał jednak na prawdziwego kozaka. Patrzyło się na niego z podziwem.

Przepadałem też za perkusistą Phillipem "Philthy Animal" Taylorem: na każdy zdjęciu robił coś szalonego. Słyszałem opowieści, że był niespełna rozumu. Uważałem go za swojego ulubionego perkusistę, a do tego wyglądał jak meksykański bandito. Uwielbiam okładkę płyty "Ace Of Spaces": jeśli zobaczyłbyś takich kolesi na ulicy, lepie uciekać.

Muzyka ocaliła mi życie, na serio. Gdyby jej nie było, czekałaby mnie mroczna i smutna przyszłość. Wszedłbym przypuszczalnie w narkotyki albo przestępczość, zwłaszcza biorąc pod uwagę okolice, w których mieszkaliśmy i gówno, z jakim mieliśmy styczność. Zostanie dilerem narkotykowym byłoby bardzo proste - sam znałem kilku.

"Orgasmatron" Motörhead wg Sepultury (Donington, 1994 r.):

Boliwijski łącznik

Co ciekawe, mama przez kilka miesięcy spotykała się z boliwijskim baronem narkotykowym. Uważałem go za super gościa. Rozdawał nam prezenty i srał kasą, nie mówił jednak zbyt dobrze po portugalsku. Zabierał nas do klubu ze striptizem, którego był właścicielem, dzięki czemu razem z Iggorem mogliśmy popatrzeć sobie na te wszystkie gołe laski. Powiedział: "Nie zabiorę tu waszej mamy, ale wy możecie przychodzić!".

Zapytaliśmy go kiedyś, jak zarabia na życie. Powiedzieliśmy mu, żeby był wobec nas szczery, bo spotyka się z nasza mamą, na co odpowiedział: "Będę z wami szczery, jestem potężnym baronem narkotykowym z Boliwii". Pomyśleliśmy wtedy: "Jasna cholera...", choć trzeba przyznać, że gdy był blisko naszej rodziny, nikt nie miał prawa nam podskoczyć. Powiedział: "Ktoś leci z wami w ch**a, idziecie do mnie...", zapytał się też, czy mamy jakiś wrogów albo kogoś, kogo chcielibyśmy się pozbyć. Odpowiedziałem mu, że nie ma takiej potrzeby. Dodał tylko: "Dobra, ale jakby co, dajcie znać, bo teraz to ja was chronię".

Choć mama rozstała się z nim kilka miesięcy później, bycie przez chwilę częścią tego świata było szalone. Kilka razy zrobiłem z nim parę kresek koksu. Zapytał: "Nie jesteś przypadkiem za młody na kokainę? Co na to mama?". - "Dam sobie z tym radę" - odparłem. To była najczystsza boliwijska koka. Czyste szaleństwo, po którym ma się megaodlot: wróciłem do domu kompletnie naćpany.

Mama doskonale wiedziała, co robię: nic się przed nią nie ukryło. W tych sprawach wydawała się mieć szósty zmysł, choć zawsze podchodziła do tego spokojnie, nawet jeśli byłem naćpany nie wiadomo czym. Wyglądało to tak, jakby myślała sobie: "Wiem przez co przechodzisz. Wiem, że tęsknisz za tatą i że z tego powodu to robisz. Musisz wyrzucić z siebie ten gniew". Chciała tylko, żebyśmy byli ostrożni.

Wracałem do domu o drugiej nad ranem z zajebiście wielkimi, rozszerzonymi źrenicami, a ona mówiła: "Widzę, że coś brałeś", ja z kolei odpowiadałem: "Tak, wziąłem trochę koki". W tym kontekście najśmieszniejsze jest to, że jedyną rzeczą, o którą się wściekła był tamten tatuaż, kiedy kazała mi spać na dworze.

Sepultura - przygotowania do pierwszej trasy po Europie w towarzystwie Sodom (sierpień 1989 r.):

Mimo iż miałem do czynienia z kokainą, już w bardzo młodym wieku uświadomiłem sobie, że podobnym narkotykiem może być również muzyka - bardzo potężnym, mocnym narkotykiem, który jest w stanie stać się ważną częścią życia. Że może być z tobą przez cały czas. Masz zły dzień, muzyka już czeka. Możesz na niej polegać. Gdy grasz na scenie - te chwile należą do ciebie: nikt ci nie podskoczy, a samo doświadczenie jest niesamowite. Czujesz energię, która przenika cały budynek i łączy ludzi za pośrednictwem muzyki.

Z tym uczuciem nic nie może się równać.

(Śródtytuły od redakcji; wydawnictwo KAGRA 2013; tłum. Bartosz Donarski)

Czytaj także:

Krwawe korzenie Maksa Cavalery

Zobacz teledyski Soulfly na stronach INTERIA.PL!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje