Mariusz "Demon" Dzwonek (Frontside): Hejt zawsze na nas spadał [WYWIAD]
Zespół Frontside wrócił po 8 latach nieobecności z nowym wokalistą - Mollie zastąpił Aumana, który towarzyszył grupie od przełomowego "Zmierzchu bogów" z 2004 roku. O niedawno wydanym albumie "Nemesis", przetasowaniach we Frontside, hejcie spadającym na zespół od zarania dziejów oraz użyciu AI w klipach promujących nowy krążek porozmawialiśmy z Demonem - gitarzystą, autorem tekstów i liderem Frontside.

Rafał Samborski, Interia Muzyka: Zdradzę taką ciekawostkę, że pierwszy raz w życiu trafiłem na Frontside w 2004 w czasopiśmie "Ślizg", gdzie ukazała się recenzja "Zmierzchu bogów". Sprawa jest o tyle ciekawa, że to czasopismo skupione w dużej mierze na rapie.
Mariusz "Demon" Dzwonek: - Kojarzę dużo rapowych składów, ale głównie te z lat dziewięćdziesiątych. Byliśmy takim zespołem, który jako pierwszy zaprosił Kaliber 44 na koncerty. Zorganizowaliśmy dwa, może trzy takie wydarzenia. Nie byliśmy ich formalnym organizatorem, ale dzięki nam Kaliber 44 mógł wystąpić. To były występy w Jastrzębiu-Zdroju, w Sosnowcu i - jak dobrze pamiętam - jeszcze w "Kwadratach" w Katowicach. A poznaliśmy się z chłopakami z Kalibra 44 w starym Mega Klubie na Dworcowej - były tam imprezy, na których grano metal, czasem death metal, grunge i punk oraz rap. W zasadzie każda muzyka, która wyzwalała energię, była tam grana.
Mój kolega, stary punkowiec, mówił, że właśnie na imprezach punkowych i hardcore punkowych po raz pierwszy zetknął się z rapem.
- Rap też jest muzyką buntu. My byliśmy nieco starsi od muzyków Kalibra, ale oni mieli podobne buntownicze podłoże. To też byli chłopcy z blokowisk, chyba nie do końca szczęśliwi w świecie, w którym przyszło im żyć. Poznaliśmy się z nimi w okresie demówek - wtedy wydaliśmy taśmę "Nie ma nadziei, nie ma strachu".
Graliśmy wtedy razem koncerty, więc dla mnie rap kojarzył się przede wszystkim z Beastie Boys, House of Pain, Onyx. Oczywiście potem przyszedł czas na Polskę: Wzgórze Ya-Pa 3, Liroy. Trochę już tego było, natomiast Kaliber 44 zdecydowanie wyróżniał się tekstami i tym melodyjnym flow, które mieli.
Tak, w Warszawie, na przykład, w tych czasach raperzy jeszcze dukali.
- My oczywiście nie byliśmy wtedy doświadczonymi muzykami, ale momentalnie wiedzieliśmy, że to jest coś, co zasługuje na zdecydowanie większą popularność.
Tak się zastanawiam, czy pamiętasz taki składak - właściwie to była ścieżka dźwiękowa do filmu - "Judgement Night?
- Jasne, że pamiętam. Genialna muzyka i genialne zestawienia. Helmet i House of Pain, Biohazard i Onyx.
Tak, Sonic Youth i Cypress Hill. Wśród wielu moich znajomych ze środowiska hip-hopowego to była kluczowa płyta dla dalszego rozwoju muzycznego - bardzo często ich wcześniejszą fascynacją była właśnie muzyka gitarowa.
- Płyta była świetna, te zestawienia zagrały fantastycznie, ale… film jest po prostu nudny. Chociaż muszę powiedzieć, że moja żona częściowo żyła i wychowywała się w Los Angeles. Rozmawialiśmy kiedyś o tym filmie, że faktycznie jest słaby, natomiast historie, że ktoś znalazł się w niepowołanym miejscu wraz z całym kontekstem rasowym, jak najbardziej się wydarzały. Ale tak, muza fajniejsza (śmiech). Ten crossover był niesamowity.
Właśnie, crossover. I to chyba dobry moment, by przejść do waszej najnowszej płyty, "Nemesis". Mam wrażenie, że stanowi ona taką syntezę tego, co robiliście do tej pory. Zastanawiam się, czy dobrze odczytałem intencję.
- Nie było za bardzo takiego planu.
Ale nie da się ukryć, że słychać tam wiele fascynacji z przeszłości. Te riffy z tytułowego numeru są bardzo slayerowe…
- Ja się tego nie wyprę. Po latach wiem, że to akurat riffy Hannemana były najważniejsze i on zrobił najlepsze kawałki Slayera, ale Kerry King był moim idolem. Poza tym świetnie wyglądał na scenie - pewnie stąd mam takie gitary, jakie mam, bo uważam, że na scenie też powinno się odpowiednio prezentować.
Natomiast, gdyby nie płyty Slayera, pewnie w ogóle nie zająłbym się muzykowaniem. Zacząłem przygodę z metalem od Kreatora, Slayera, Iron Maiden - pamiętam, bo to były kasety, na które wydawałem swoje pierwsze własne pieniądze. Kolejną pozycją był Kat "666". I od tego zaczęła się moja przygoda ze zbieraniem - nazbierałem tych kaset tysiąc przez lata. Niestety, już ich nie mam i to jest błąd, bo jak bieda gdzieś tam zapukała do drzwi, to się tego pozbywałem. Teraz mam hopla na punkcie kompaktów - cały czas uwielbiam kupować płyty. Mam dylemat, co się stanie, jak mi się kompakt zepsuje, bo już rozważam jakiś odtwarzacz strumieniowy. To niestety kosztuje, ale nadal uważam, że lepiej mieć takie hobby, będąc w małżeństwie, niż alufelgi czy coś podobnego do samochodów, co kosztuje czterdzieści tysięcy razy więcej (śmiech). Płyta, poza tym, jest fajnym gadżetem, miłym - wspiera się kulturę. I jakoś nie mogę z tego wyrosnąć.
Zacząłem od thrash metalu - to była muzyka, która robiła na mnie największe wrażenie. Nie mogę się wyzbyć naleciałości thrashowych, slayerowych. Nawet jak próbuję uczyć się tego, co robią współczesne zespoły, to nie jest mój drive. Można powiedzieć, że we Frontside gramy deathcore'a, ale po swojej linii, bo zupełnie nie pasujemy do definicji deathcore'a typu Lorna Shore czy Slaughter To Prevail. To zupełnie inna dynamika grania na gitarach, zupełnie inny sposób pisania riffów - gramy jakby pierwotny, prosty deathcore. Ta muzyka ewoluowała w stronę techniki i finezji przez lata. My epatujemy ciężarem z korzeni tego nurtu.
Ale z drugiej strony, my nie byliśmy zespołem, który tracił czas na ćwiczenia - to znaczy Daron jest wyjątkiem, on siedzi, ćwiczy wprawki, ale ja taki nie byłem (śmiech). Na samym początku stwierdziłem, że jeśli chcę stworzyć coś swojego, to lepszą drogą jest robić to od podstaw niż uczyć się ze szkółki, jak się gra. Poniekąd też z lenistwa, ale wydaje mi się, że "sztuka" nie polega na tym, że się kopiuje jednego artystę. Artysta-malarz nie może kopiować bezmyślnie innego, by wyrazić coś swojego - to jest chyba oczywiste. W muzyce też to chcemy poczuć. Usłyszałeś u nas Slayera, więc nie można się tego pozbyć. Przyznaję się do tego, ale gdybyś powiedział mi, że słyszysz patenty Metalliki, Iron Maiden, to też one tam są. To są kanony, którymi każdy fan metalu nasiąkł.
Co do kanonu, przypomniałem sobie poprzednie płyty. Między innymi "Sprawa jest osobista" i tam polecieliście jeszcze dalej, na przykład w "Legendzie".
- To akurat przykład naszej miłości do muzyki heavy metalowej, do Rainbow i całej masy zespołów, które śpiewają śmieszne teksty o rycerzach, różnych magikach, smokach.
Jeszcze na tym podniesionym wokalu.
- Tak, ale my to kochamy. Cały czas słucham takiej muzyki - Judas Priest chociażby - i przypuszczam, że nie zmieni mi się to już do końca życia. Przez chwilę miałem wtedy dylemat, czy nie nagrać solowej płyty, ale doszliśmy do wniosku, że chcemy to robić jako Frontside, bo to był akurat taki etap.
Powstanie albumu "Sprawa jest osobista" wynikało z tego, że chcieliśmy podkreślić dwudziestolecie zespołu w zupełnie inny sposób niż poprzez składankę czy trasę, bo to jest typowe. Postanowiliśmy sobie zadać trud i nauczyć się pisania muzyki w zupełnie inny sposób. Muzyka, która nie jest gęsta, wymaga też innego podejścia do tekstów: muszą być bardziej wyraziste. One nie gubią się w natłoku dźwięków. Słów jest wtedy mniej, można je wyśpiewać, a nie wydeklamować czy wyszczekać, jak to często bywa w metalu. Dzięki temu mogliśmy się rozwinąć i podejść zupełnie inaczej do brzmienia - płyta ma inny charakter, inne pasmo niż to, co graliśmy wcześniej, podobnie jak następny album, "Prawie martwy". Jesteśmy z nich zadowoleni i do dziś nie wiem, czy kiedyś nie popełnimy takiego "wykroczenia" jeszcze raz. Po raz kolejny, bo nie wszystkim się to podobało. A kocham heavy metalowe zespoły, więc chciałbym kiedyś stworzyć taką płytę.
Uprzedziłeś moje pytanie, bo mam nawet w notatkach zapisane, że trochę hejtu się na was z tej okazji wylało.
- Ten hejt cały czas nam towarzyszy. Jak wydawaliśmy pierwsze kasety, to dla punkowców byliśmy zbyt metalowi…
A dla metalowców zbyt punkowi?
- Tak. Wiesz, podwójna stopa i solówki gitarowe były nie do przyjęcia dla punkowców. A jak wychodziliśmy na scenę metalową, to hardcore'owcy i punkowcy uważali, że zdradziliśmy ideały. Płyty pojawiały się w dystrybucji sklepowej i to był dla nich między innymi wystarczający powód.
Czyli żeby być prawdziwym, trzeba było zostać przy demówkach?
- Tak, przy demówkach dla kolegów z osiedla. A nie o to chodzi. Jeżeli masz zespół, który jest zaangażowany, to zależy ci na tym, aby te treści kierować też do innego grona niż wyłącznie do osób, które doskonale wiedzą, o czym mówisz, znają zespoły, siedzą w tej scenie. Poza tym, żeby zespół się rozwijał, też potrzebuje grać koncerty, profesjonalizować się. Nam się to udało. Byliśmy prawdopodobnie jednymi z prekursorów na scenie brania rzeczy w barterze. Mieliśmy nawet sponsorów, i to właśnie z branży hiphopowej, kiedy nie mieliśmy sami kasy, żeby się ubrać. To było dla nas super. Polska wchodziła do Europy i wszystkim zależało na dotarciu z reklamą do nowych odbiorców, z nowych źródeł. My byliśmy takim źródłem, więc to też się nie wszystkim podobało. No bo jak to, można robić takie rzeczy? Potem przeżywaliśmy różne sytuacje i na Mystic Festivalu słyszeliśmy, żebyśmy sp…li.
Jak to?
- Graliśmy w zastępstwie zespołów, które zostały zatrzymane na granicy. Gwiazdą byli Nile i Kreator, i w ostatniej chwili pojawiliśmy się na miejscu. O możliwości dowiedzieliśmy dokładnie w tym dniu, w którym graliśmy. Nie odrzuciliśmy propozycji, ale odbiorcom nie spodobało się to, że chłopcy grający ciężką muzykę byli ubrani jak skate'owcy czy hip-hopowcy. Wiesz, musisz pamiętać, że w tamtym czasie termin metalcore jeszcze był znany - to była wąska grupa fanów, a polska prasa była długo obojętna na tę muzykę.
Trudno dziś w to uwierzyć.
- Hejt zawsze na nas spadał. Pojawiało się na przykład pytanie, dlaczego mamy melodyjne wokale, gdy Auman pojawił się na wokalach. Albo dlaczego zespół metalowy śpiewa o miłości? Takich sytuacji mieliśmy mnóstwo. Teraz mierzymy się na przykład z tym, że ludziom nie podoba się, iż mamy klip stworzony dzięki sztucznej inteligencji.
I o to też chciałem spytać.
- Tam są w teledysku pokazani ludzie z zasłoniętymi oczami, bo nie rozumieją rzeczywistości, nie potrafią się z nią zmierzyć. Jeżeli masz pomysł na kawałek i chcesz, żeby brzmiał gitarowo, a wokal był, powiedzmy, niski i gardłowy, to musisz mieć wokalistę, który tak zaśpiewa, i gitarę o określonym brzmieniu. Jeżeli ja chciałem mieć w klipie tłum ludzi przechodzących przez miasto, to - przykro mi - nie stać mnie na to, żeby zamknąć miasto, wynająć stu aktorów, poinstruować ich, jak mają się zachować, ubrać ich, a potem jeszcze opłacić całą ekipę filmową i zapłacić postprodukcji. Ale istnieją narzędzia, które są wygodne, oszczędzają czas i zrealizują cel. Ktoś kiedyś powiedział, że czasu nie da się oddać ani niczym go zastąpić. Zresztą są zespoły, które też sięgnęły po takie rozwiązania, jak Kreator, który swoją ostatnią płytę promował klipem opartym na AI - jest tam pływający XVI-wieczny galeon. Wątpię, żeby naprawdę zbudowali galeon i zamówili huragan, zastanawiając się, czy aktorzy i ekipa filmowa to przeżyją. Po prostu wykorzystali narzędzie.
Dlaczego ja mam rezygnować z pomysłu? Skoro ktoś stworzył narzędzie, które to ułatwia, to dlaczego z niego nie skorzystać? Jeżeli wymyśliłem historię, to nie widzę powodu, żeby się z tego wycofywać. Odpowiedzią nie jest rezygnacja z pomysłu tylko dlatego, że ktoś krzyczy "AI".
I niczego nie ukrywacie - informujecie o tym.
- A teraz spójrz na wojnę, która wymyka się spod kontroli. Z dnia na dzień widzimy, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy i czy to w pewnym momencie nie dotrze do nas. Uważam po prostu, że fakt, iż zespół Frontside zrobił sobie klip, nie jest groźny dla świata. Groźniejsze dla świata jest to, że rządy już wykorzystują te technologie przeciwko obywatelom, a korporacje, które zatrudniają najwięcej ludzi na świecie, w pewnym momencie zastąpią część etatów sztuczną inteligencją. Z tego trzeba sobie zdawać sprawę.
A jak inaczej to pokazać? To jest trochę jak z dzieckiem, któremu mówisz, że czajnik jest z gorącą wodą i nie wolno go dotykać, bo się poparzy. Ale dopóki ono tego czajnika nie zobaczy - pary, wrzątku - to sobie tego nie wyobrazi. My pokazaliśmy to dokładnie po to, żeby uświadomić niezorientowanych, jakie to jest teraz łatwe, proste i że nikt tego nie zatrzyma.
Pracujemy nad tym z Marcinem Halerzem, z którym zrobiliśmy już kilka klipów. To jest człowiek, który z tego żyje i wykorzystuje te narzędzia w swojej pracy. Nie obeszliśmy systemu, nie zrobiliśmy tego za darmo kosztem jego pracy. Dlatego uważam, że tutaj wszystko jest totalnie w porządku. I to wcale nie jest proste - on też musiał poświęcić czas, bo trzeba wiedzieć, jakie prompty pisać, żeby osiągnąć efekt.
Największy problem w filmach generowanych za pomocą AI zawsze sprawia spójność.
- Musi być spójność, powtarzalność obrazów, ruchu, światła. I wiesz, przecież odbiorca za to nie płaci - to jest nasz koszt albo firmy, która wydaje nam płytę, a my oddajemy to ludziom za darmo. Informujemy o wszystkim, że tak jest, takie są narzędzia i tak się to robi. Następny klip też zrobię w taki sposób, jeśli będę miał wizję i narzędzie okaże się przydatne w jego realizacji. Trochę śmieszne jest skupianie się nie na tym, co chcemy powiedzieć, tylko nad tym, jak zostało to zrobione.
Ciekawe, że o tym rozmawiamy, bo niedawno w Interii wypuściliśmy mój artykuł o wykorzystaniu AI w muzyce i tam udzielał się Kopruch - autor klipu do "404" Pokahontaz i Kalibra 44. Powiedział, że wykorzystuje sztuczną inteligencję w pracy filmowej, by móc robić rzeczy, które budżetowo są dla niego nieosiągalne.
- Wiesz, co do muzyki, też się z tym mierzę, bo ktoś zrobił nasze covery i… są lepsze niż jakbym ja to zrobił. Przyznaję się, bo co ja na to poradzę? (śmiech). Jestem fanem Mercyful Fate i Kinga Diamonda, no i wisi w sieci album "Mercyful King" sprzed dwóch lat. Niewytrawny słuchacz może się nabierze, że jest to prawdziwe. Nie unikniemy sztucznej inteligencji - ona od dawna jest wszędzie. A karawana Frontside jedzie dalej. W naszym przypadku to się sprawdza od 30 lat, więc biorę to na klatę, bo przecież mieliśmy świadomość o tym, że to wywoła kontrowersje.
Czuję, że moglibyśmy rozmawiać godzinami, ale mamy tu konkretne tematy do poruszenia. Największa zmiana w "Nemesis" - na miejscu Aumana pojawił się Mollie. Jak udało mu się wejść w tak zgrany organizm jak Frontside?
- Kiedy Auman opuścił zespół, akurat był COVID jednocześnie, a my nic nie robiliśmy i w międzyczasie przenieśliśmy kanciapę z Sosnowca do Krakowa. To nasza dziesiąta płyta i ciężko było sobie wtedy wyobrazić, o czym ona może być, więc pomysły kiełkowały i dorastały powoli. Zastanawialiśmy się, co zrobić z tym fantem, bo bez wokalisty, który posiada umiejętności takie jak Auman, ciężko było to ciągnąć dalej. Charakterystyka wokalisty, którego potrzebuje Frontside, jest taka, że musi śpiewać nisko-metalowo, ale też potrafić śpiewać melodycznie. A to nie jest łatwe.
Gdy ogłosiliśmy, że szukaliśmy wokalisty, zgłosiło się kilkanaście osób, które moglibyśmy brać pod uwagę. Ale faworyt był tylko jeden - Mollie przyjechał do nas i już na pierwszej próbie to po prostu siadło. Nie wiem, czy takie rzeczy wydarzają się podprogowo, ale takie są fakty. Jedynym znakiem zapytania było to, czy zgra się z nami charakterem, punktem widzenia, światopoglądem. Ale wszystko pykło, a organizacyjnie i życiowo też jest w takim miejscu, że może się poświęcić. Na szczęście dla niego, spotykamy się na próby przed trasami, albo kiedy musimy, albo kiedy mamy potrzebę.
Bo jesteście teraz porozrzucani trochę po Polsce?
- Jesteśmy, ale co ciekawe, teraz jesteśmy bliżej niż kiedyś. Przez to, że kanciapa jest w Krakowie, mamy tam kawał drogi, nie opłaca nam się jeździć na próbę i wracać, więc zostajemy na miejscu i automatycznie spędzamy ze sobą więcej czasu niż przez ostatnie lata. Po próbach wiadomo - rozmawiamy o muzyce, o życiu.
Kiedyś wszystko mieliście w Sosnowcu na miejscu.
- Wszyscy byliśmy w Sosnowcu, a Aumana w zasadzie prawie nigdy nie było na próbach - pojawiał się na jednej, dwóch próbach przed trasą i to w zasadzie tyle. Z Daronem za to przez lata razem imprezowaliśmy, spotykaliśmy się poza zespołem. Teraz jednak jesteśmy wszyscy blisko siebie, bo... Zawsze niebezpiecznie jest mówić "rodzina", bo to górnolotnie brzmi, nie? Ale dziś zdałem sobie sprawę, że nie mam już nikogo ze swojej rodziny, więc jeśli zespół nie jest moją rodziną, to kto będzie? Mam przyjaciół spoza zespołu, jasne, natomiast… Wiemy o wszystkich swoich bolączkach, problemach, potrafimy się z siebie śmiać, złościć się na siebie - no, jak w normalnej rodzinie. I to jest fajne, że Mollie się wpasował w to, bo jest jednak młodszy. Tego się obawialiśmy, że może przyjść do zespołu i oczekiwać, że jego życie się jakoś zmieni, a przecież nie jesteśmy tak dużym zespołem.
A rzeczywistość muzyczna w Polsce jest, jaka jest.
- Trochę się obawialiśmy, że trafimy na kogoś, kto oczekuje czegoś więcej niż tylko grania muzyki. Mollie jest naprawdę utalentowanym gościem, potrafi bardzo dużo i nie było żadnych problemów z jego strony. Doskonale rozumie, o co nam chodzi, Sam jest na bieżąco z tym, co dzieje się w muzyce, zna się też na starszej muzyce, więc klucz porozumienia był zawsze obecny na linii twórczej, jakby był z nami od zawsze.
To, ile Mollie potrafi, faktycznie potrafi być imponujące. Jak usłyszałem "Sztylet, brzytwa, hak i sznur" to zastanawiałem się, czy to dalej jest ten sam wokalista.
- Faktycznie, ale skoro tak utkwiło ci to w głowie, to może warto się zastanowić nad tym, żeby to był kolejny singel (śmiech).
Szykujecie się do trasy. Możesz o niej powiedzieć coś więcej?
- Tak, jedziemy z zespołem Hamulec - to młodzi faceci, którzy robią niezłe zamieszanie. Chcieliśmy podkreślić, że mimo tej różnicy wieku działają podobnie, tylko mają do tego inne narzędzia. Wydają teraz kolejny album, będą go testować na tej trasie. Gramy razem w ośmiu miastach. W pierwszy weekend jest z nami Drown My Day - to chyba najbardziej rozpoznawalny przedstawiciel polskiej muzyki deathcore. W drugi weekend, na czterech koncertach, występuje z nami Schizma - weteran sceny hardcorowej. W każdym mieście mamy też zespoły otwierające, bo warto pokazywać młodych i - nie chcę być wyobcowany w tym stwierdzeniu - ale zawsze chodzi o zdobycie nowych dusz.
Myślałem, że to będzie ostatnie pytanie, ale przypomniał mi się jeszcze jeden wątek. Zaciekawiło mnie to, że na płycie pojawia się cytat ze Stanisława Szukalskiego - przyznam, że zgłębiłem jego biografię dopiero po usłyszeniu "Nemesis" i jest dość kontrowersyjna postać.
- Może ktoś się przyczepi, że był nacjonalistą - nie zamierzam temu zaprzeczać. Natomiast uważam, że słowa, których użyliśmy w "Intrze" są bardzo słuszne. Na naszej płycie temat wątpliwości przewija się cały czas - to właściwie główny motyw albumu. Uważam, że dziś to ważne, żeby nie przyjmować świata takim, jak się go nam przedstawia, czy to przez kościół, czy media, bo oni mają swoje interesy i powiązania, ktoś za nimi stoi.
Cytat z Szukalskiego odnosi się bezpośrednio do wiary, ale moim zdaniem można go odnieść również do życia. Osoba, która ma wątpliwości, jest po prostu mądrzejsza i - jak sądzę - szczęśliwsza niż ktoś, kto bezrefleksyjnie wykonuje rozkazy czy odbiera świat dokładnie takim, jak się go przedstawia. Takie mamy czasy: pewnie też jesteś świadomy zalewu fake newsów.
Tak, niedawno nawet poruszałem ten sam wątek podczas rozmowy z Krzyśkiem Grabowskim z Dezertera.
- My jesteśmy starsi i to dostrzegamy, ale mam wrażenie, że młodzi niekoniecznie - to zresztą temat, który można by rozwinąć w zupełnie inną stronę. Dla nas kultura była czymś, gdzie mogliśmy znaleźć swoich idoli, autorytety. A żyjemy w realiach funkcjonowania streamerów i patostreamerów, którzy żerują na najniższych instynktach i starają się za wszelką cenę być kontrowersyjni. Czego dzięki temu młodsi odbiorcy mogą się dowiedzieć o świecie? Ja ze sceny dowiedziałem się, że trzeba walczyć z systemem, a przynajmniej kwestionować wybory narzucane przez system. Mieć świadomość, że dla systemu jesteś mrówką, nikim więcej więc trzeba umieć utrzymać się na powierzchni, a świat współczesny opiera się na podziale, istnieją kasty uprzywilejowane i regulacje, które sami oczywiście tworzymy. Trzeba odnaleźć się w tych realiach.
Poznałem zależności jakie rządzą światem, znaczenie rządów, korporacji, wpływ polityki na codzienność. To wszystko dzięki scenie muzyki niezależnej. Nie trzeba być anarchistą - wystarczy mieć wątpliwości, pytać i sprawdzać. Teraz wprawdzie mamy zupełnie inne realia, nie ma komuny, jesteśmy głęboko w Unii. Są zupełnie inne sojusze. Ważne, by w debacie publicznej rozważano o sprawach dotykających nas wszystkich. Podczas ostatnich debat przy okazji wyborów prezydenckich tematu pracy przyszłości, wpływu sztucznej inteligencji na nasz rynek pracy, rozwoju robotyki chyba w ogóle nie było. Klasycznie ważne tematy zostały zastąpione skakaniem sobie do gardeł. Czy tak to powinno wyglądać? Przecież te wszystkie zmiany związane z czwartą rewolucją przemysłową są tu i teraz.









