Zanim przejdziemy do miłej części, jaką niewątpliwie był sam koncert Limp Bizkit oraz poprzedzających ich gości, którymi byli Drabusheyka i Ecca Vandal, muszę poświęcić chwilę nazwie tej imprezy.
Organizację i szerszą dyskusję na ten temat pozwolę sobie pominąć. Jednak sam fakt, że wydarzenie Live Nation reklamowane było jako Impact jest dość dziwny. Impact od lat kojarzył mi się przede wszystkim z okazją do zobaczenia w przemyślany, skondensowany sposób kilku koncertów, w tym przynajmniej dwóch gwiazdorskich propozycji, jak to było chociażby w 2019 roku, gdzie obok siebie występowali Tool i Alice In Chains, a na zewnątrz rozstawiona była jeszcze druga, mniejsza scena - działało to jak swego rodzaju jednodniowa namiastka dużego festiwalu. Tym razem dostaliśmy z kolei regularny, ordynarny koncert niewątpliwie wielkiej gwiazdy, ale impakt [ ;) ] miało to raczej znikomy. Wydarzenie reklamowano jako wielki powrót imprezy, choć teraz mam silne wątpliwości, czy uświadczymy jej ponownie. Nazewnictwo i organizacja to jedno, ale spytacie pewnie, czy występy były chociaż dobre?
Support na ostatnią chwilę
Duży shoutout dla Drabusheyki, bo pierwsze problemy tej imprezy pojawiły się jeszcze przed jej faktycznym rozpoczęciem. Jak wynikało z (chyba) przypadkowo wywieszonych plakatów początkowo gościem specjalnym miał być duet Kneecap, później za pośrednictwem oficjalnych kanałów przekazano, że będzie to Nettspend, choć on sam nie informował o tym koncercie. Finalnie na ostatnią chwilę, bo nie więcej niż 24 godziny przed koncertem poinformowano, że imprezę otworzy właśnie Drabzzy.
Wyraźnie widać było, że to nie jego publiczność, choć pewnie podobnie byłoby i w przypadku Nettspenda. Niemniej jednak polski rapowy underground w Tauron Arenie?! Jest w tym coś wyjątkowego i choć nie każdy się wczuł, widać było w tłumie pojedyncze osoby, które dopingowały młodego Mysłowiczanina. On sam chyba lekko był przytłoczony całą sytuacją i niezbyt entuzjastycznymi reakcjami fanów, ale jeśli nawet chociaż jedna osoba została po tym fanem, to chyba było warto, co nie?
Ecca Vandal już dość długo koncertuje u boku Limp Bizkit i to z nie byle jakiego powodu. Po śmierci Sama Riversa rolę basisty w LB objął Richie Buxton koncertujący od lat z Eccą. Australijska wokalistka dopiero co wydała swój drugi krążek "Looking for People to Unfollow", który na ten moment zbiera wyjątkowo pozytywne recenzje. W Krakowie udowodniła, że uznanie dziennikarzy nie jest bezpodstawne. Ecca Vandal na żywo to prawdziwa bomba energetyczna, która w fenomenalny sposób miesza gatunki od rapowego "Bleach" przez lekko Turnstile'owe "Crusing To Self Soothe" aż po brazylijskie "Do It Anyway" czy old schoolowe "Then There's One" Koncert udany, acz z lekkimi potyczkami na początku nooo… i może trochę przesadzonym playbackiem, którym wspomagała się w spokojniejszych, bardziej śpiewanych partiach. Niemniej jednak warto ją obserwować, bo z czasem pewnie będzie o niej tylko głośniej.
Wielka rekompensata
Myśleliście, że cały ten emocjonalny rollercoaster zakończył się rozczarowaniem? Otóż absolutnie nie. Limp Bizkit to jest jeden z tych zespołów, które na żywo brzmią równie dobrze, a nawet i lepiej niż studyjnie. Drugi raz miałem przeogromną przyjemność zderzyć się z tą potęgą i wejść w lekko przaśny, choć finezyjny świat Freda Dursta i spółki.
Dziki zachwyt widać było również wśród publiczności, bo od pierwszych dźwięków niemal cała Tauron Arena poderwała się do góry. Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby okoliczni przechodnie skakali słysząc z oddali "Break Stuff" czy "Out of Style".
Nie wiem do końca, czy to już kwestia wieku i zmęczenia koncertami czy część show, ale zespół między kawałkami robił sobie przerwy, podczas których DJ Lethal wrzucał przebojowe starocie - wszystko to wręcz idealnie wpasowywało się jednak w cały set. Nie zabrakło też gitarowych przygrywek "Master of Puppets" i (chyba) "One" Metalliki od Wesa Borlanda!
Warto zaznaczyć, że cały koncert prowadzony był w formie karaoke. W tle zobaczyć mogliśmy tekst każdego granego utworu i choć po reakcjach publiczności, chyba nie trzeba było im przypominać, co śpiewać, był to naprawdę prosty, acz urzekający pomysł. W pewnym momencie na ekranie zaczęły pojawiać się także memy z różnymi gwiazdami reagującymi na Limp Bizkit. Zaszczytu tego doświadczyli m.in. Kanye West, Tom Cruise, Elton John oraz George Michael, który skradł cały show, bo zespół pokusił się o cover "Faith" z jego repertuaru!
Nie brakowało również chwili na wspomnienia. 18 października 2025 roku zmarł wieloletni basista Limp Bizkit, Sam Rivers. Durst kilkukrotnie przypominał o przyjacielu, mówiąc: "Robimy to samo od lat 90. Teraz brakuje tylko jednego, zróbcie hałas dla Sama Riversa" i dodając później "Jego duch jest tu z nami". Wypada jednak nadmienić, że Richie Buxton spisał się na medal, co zresztą również docenił Fred Durst.
Był to bez wątpienia wieczór pełen emocji i choć sam temat wielkiego powrót Impactu jest raczej lekkim nieporozumieniem komunikacyjnym, tak jako regularny koncert Limp Bizkit było to naprawdę wspaniałe wydarzenie, które mimo organizacyjnych turbulencji zostało pięknie uratowane przez gwiazdę wieczoru, a ja wracałem do domu z uśmiechem od ucha do ucha.
Limp Bizkit w Krakowie: setlista
- Out of Style
- Bring It Back
- My Generation
- Show Me What You Got
- Break Stuff
- My Way
- Rollin' (Air Raid Vehicle)
- Re-Arranged
- Gold Cobra
- Take a Look Around
- Behind Blue Eyes
- Dad Vibes
- Nookie
- Full Nelson
- Faith
- Hot Dog
- Break Stuff















