Frontside "Nemesis": Zmartwychwstanie po raz drugi [RECENZJA]
Pionierzy metalcore'owego grania w Polsce wracają po 8 latach przerwy wydawniczej z nowym wokalistą i oferują najdojrzalszą pozycję w swojej dyskografii. Warto było czekać.

Choć album Frontside z 2018 roku nazywał się "Zmartwychwstanie" - w końcu był powrotem do solidnego gitarowego łojenia po dwóch dużo bardziej przystępnych, stawiających na melodię płytach - to do "Nemesis" nazwa ta pasuje dużo bardziej. Nie dość, że od premiery ostatniego wydawnictwa minęło aż 8 lat, to grupa w 2021 roku - po 16 latach wspólnej działalności - rozstała się ze swoim etatowym wokalistą, Aumanem. I prawdę mówiąc, byłem jedną z tych osób, które w tym momencie zastanawiały się, czy Frontside miał jeszcze szansę istnieć. Uspokajam: mimo kolein, które pojawiły się po drodze, weterani polskiego metalcore'u/deathcore'u dowieźli i nie rozczarowują.
Nowa płyta grupy wita nas powoli rozwijającym się, filmowo-orkiestrowy wstępem w postaci "Initium", ale następujący po nim deathcore'owy "Omen" od początku udowadnia, że nie bierze się tu jeńców. To nieludzka automatyczność perkusji i nisko osadzone gitary, a przy okazji pokaz możliwości wokalnych nowego nabytku Frontside - nic dziwnego, że to właśnie ten kawałek został wybrany na singiel.
Jeżeli bowiem zastanawiacie się, jak ze swojej roli wywiązuje się Mollie, to muszę zaznaczyć, że jestem… absolutnie zachwycony. Znalezienie wokalisty ze spektrum umiejętności, które przynajmniej w połowie były w stanie pokryć to, co potrafił Auman, musiało być zadaniem totalnie karkołomnym. A jednak udało znaleźć się człowieka, który prawdopodobnie z egzaminów na różne rodzaje śpiewu ekstremalnego dostał piątkę z wyróżnieniem.
To, ile i z jaką precyzją potrafi Mollie, gdy wyśpiewuje fatalistyczne, wręcz apokaliptyczne teksty napisane przez Demona i nie zdziera sobie przy tym do reszty krtani, robi ogromne wrażenie. Screamy, growl, hardcore punkowa deklamacja - to wszystko nowy głos Frontside opanowane ma do perfekcji. Kiedy natomiast trzeba już wykazać się świadomością melodii jak w refrenach "Sztylet, brzytwa, hak i sznur", "To wszystko, co masz" czy "Na krawędzi", trudno nie zacząć odruchowo szukać featuringu pop-rockowego wokalisty w trackliście. Zupełnie nie mieści mi się w głowie, że na przestrzeni całego albumu mamy do czynienia z dokładnie tymi samymi strunami głosowymi.
Ale jeżeli nie byliście fanami melodyjnych momentów Frontside, to uspokajam, że nie ma ich zbyt wiele, gdyż - może to moje wrażenie i statystyki solidnie obaliłyby mnie na ziemię - chwil kontrastujących z solidną wcierką w nerki jest mniej niż było nawet na "Zmartwychwstaniu", którego to "Nemesis" wydaje się mimo wszystko w prostej linii kontynuacją.
Największym zaskoczeniem jest z pewnością "Wejdź prosto w nowym system" - numer traktujący o konformizmie osadzonym w rzeczywistości XXI wieku, przypieczętowany wokalną deklamacją. To kawałek, który od strony produkcyjno-kompozycyjnej jest w połowie drogi między nu-metalem a trip-hopem, by końcówkę zwieńczyć… solówką na saksofonie.
A co do reszty utworów - te zatopione są w sprawdzonej formule Frontside, gitary Demona i Darony zostały przesunięte w stronę deathową, marginalizując ściśle heavy metalowe naleciałości, które wybrzmiewały jeszcze na poprzedniej płycie jakby pozostały w spadku po albumach "Sprawa jest osobista" oraz "Prawie martwy".
Przyznaję, że techniczna precyzja to kolejny powód, by pochylić się nad zawartością "Nemesis". Ot, chociażby utwór tytułowy rozpoczyna się chórem, któremu chwilę później zaczynają towarzyszyć perfekcyjnie zagrane thrashowo "wiosła". Jeżeli, drogi słuchaczu, w trakcie odsłuchu zaczynasz się zastanawiać, czy to nie cover utworu Slayera i za riffy nie odpowiadał czasem Jeff Hannemann, pragnę uspokoić. To samo uczucie budzą brutalne do bólu "Chaosu nastał czas" i "Czas zabijania". A to pokazuje tylko klasę, jaką charakteryzuje się pisanie muzyki przez Frontside w 2026 roku.
Przede wszystkim czuć, że nie ma tu potrzeby udowadniania komukolwiek niczego, a to owocuje najdojrzalszą (i najlepiej wyprodukowaną!) pozycją w historii grupy, na której nie ma niepotrzebnych szarż - a takowe przecież zdarzały się w przeszłości. Tak więc jeżeli macie ochotę na ciężki, gitarowy album, który będzie was bił po nerkach i przy okazji poobraża nieco osób zakochanych w autorytaryzmie, Frontside w odsłonie prezentowanej "Nemesis" okazuje się nadzwyczaj dobrym wyborem.
Frontside, "Nemesis", Mystic Production
9/10







