Wieczór otworzył Vulvodynia, zespół, z którym przygodę zakończyłem jakoś w okolicach gimnazjum, czyli płyty "Psychosadistic Design". Przyznam szczerze, że na długo po prostu zapomniałem o tym zespole i przypominałem sobie o nim jedynie przy okazji kontrowersji związanych z byłymi wokalistami, co umówmy się, nie zachęcało do sprawdzania ich muzyki. Nie tak dawno dołączyła do nich nowa wokalistka, Maya Pobst, która zdaje się wtrąciła do Vulvodynii bardzo potrzebnego świeżego powietrza. Nie tylko odmieniła nieco wizerunek zespołu, ale - mimo lekko widocznego stresu - dobrze radzi sobie w roli liderki. Szczerze trzymam kciuki, by wyprowadziła formację na prostą, bo zaprezentowany zupełnie nowy kawałek brzmiał znakomicie, co widać było również po reakcjach publiczności. Tak solidna mieszanka deathcore'u i slamu bardzo dobrze sprawdziła się w roli rozgrzewki, prawdziwa jazda zaczęła się jednak dopiero, gdy na scenę wszedł Terror.
Terror w Krakowie - rodzynek bez kompromisu
Po Vulvodynii pałeczkę przejęli Terror, czyli zespół, który od lat pozostaje jednym z najmocniejszych filarów współczesnego hardcore'u. Ich występ wniósł zupełnie inny rodzaj energii. O tym, dlaczego tak nieoczywisty zespół pojawił się w line-upie tego wieczoru opowiedział lider Cryptopsy, Matt McGachy w naszej rozmowie, do której gorąco odsyłam! Ci, którzy czytali już trochę robionych przeze mnie relacji i wywiadów wiedzą, że hardcore jest mojemu sercu wyjątkowo bliski. Z jednej strony mógłbym przekopiować tutaj część relacji z ich listopadowego koncertu, ALE grupa w międzyczasie wydała nowy krążek "Still Suffer", z którego w przekrojową setlistę udało się wcisnąć tytułowy numer oraz "Fear The Panic". Dostaliśmy również ostre "Pain Into Power", wściekłe "Spit My Rage", czy "The 25th Hour", a całość domknęło oczywiście przebojowe "Keepers of the Faith".
Wokalista Scott Vogel klasycznie już zagrzewał do wskakiwania na scenę, mówiąc "nienawidzę tych barierek, chodźcie tutaj" i "ochrona to wasi przyjaciele, sprawcie, żeby mieli pełne ręce roboty" i o ile było dużo grzeczniej niż w listopadzie w krakowskim Kwadracie (głównie za sprawą odległości między barierkami a sceną), tak crowdsufrujących fanów absolutnie nie brakowało. Warto też zaznaczyć, że w klubie panowała straszna duchota, upały na zewnątrz zrobiły swoje i choć każdy z zespołów w jakiś sposób się do tego odnosił, nie stanowiło to przeszkody do mosh i circle pitów.
Terror okazał się być bardzo potrzebną tego wieczoru bombą energetyczną, która moim skromnym zdaniem przyćmiła nawet gwiazdę wieczoru, ale to już kwestia gustów, bo mimo wszystko stanowili oni wesoły i przypadkowy dodatek dla zespołu, który wydał jeden z najważniejszych albumów w historii ekstremalnej muzyki.
Cryptopsy przypomnieli, skąd bierze się legenda
Cryptopsy przyjechali do Krakowa z programem opartym na materiale z "None So Vile", obchodzącego swoje 30. urodziny! Kanadyjczycy już od pierwszych dźwięków pokazali, że będzie to szybki, precyzyjny show. Żaden z kawałków nie był upiększany czy wygładzany. Było odrażająco i intensywnie, czyli dokładnie tak, jak chyba każdy sobie wyobrażał. Momentami w tym natłoku dźwięków odnosiłem jednak wrażenie, że trochę za bardzo zlewa się to w jedną papkę z dobrze wyeksponowanymi wokalami Matta, który swoją drogą naprawdę imponuje techniką.
Dostaliśmy sześć utworów z "None So Vile" wśród których znalazło się m.in. "Phobophile", "Slit Your Guts", "Graves of the Fathers" czy "Benedictine Convulsions". Klasyka przerywana była nowszym materiałem m.in. z ostatniego krążka "An Insatiable Violence" oraz równie kultowym "Serial Messiah" z "Blasphemy Made Flesh". Cryptopsy od lat pozostają zespołem, do którego wraca się nie tylko z sentymentu, ale też z podziwu dla ich precyzji oraz brutalnej konsekwencji i nie inaczej było tego wieczoru. Prawdziwy pokaz brutalności zakończyłem z wielkim uśmiechem na twarzy.














