Wieczór otworzył Dom Zły. W naszej niedawnej rozmowie poruszaliśmy temat koncertów poza granicami Polski. Grzegorz i Ania przyznali, że dobrze czuje się na scenie międzynarodowej i w Voodoo było to słychać. Grali pewnie i z rozmachem, jak zespół, który spokojnie może jeździć w trasy z zagranicznymi grupami.
Pod sceną szybko zrobiło się gęsto, a muzycznie wszystko się tu zgadzało. Piękna mieszanka dobrego polskiego black metalu z crustowymi zagrywkami, czego chcieć więcej! No może nowego materiału, choć i tak mogliśmy przedpremierowo usłyszeć jeden nowy numer. Pozostaje czekać na płytę, bo ta może trochę na scenie nawojować!
Powrót po roku ciszy
Birds In Row, grupa z francuskiego Laval od lat pokazuje, że hardcore może być jednocześnie wściekły i czuły. Tym razem publiczność miała też dodatkowy powód do wielkich emocji. Zespół wrócił na scenę po roku całkowitej ciszy - oczywiście muzycy zaangażowani byli w inne projekty, m.in. bardzo ciekawy Pain Magazine. Od pierwszych minut widać było, jak bardzo muzycy stęsknili się za graniem.
Koncert zaczęli od "Water Wings", i zdecydowanie większą część setlisty sprowadzili do wydanego w 2022 roku krążka "Gris Klein". "Daltonians", "Confettis" i "Noah" poleciały jedno po drugim. Przy "Cathedrals" i "Nympheas" zrobiło się też nieco dziko. Muszę tu pochwalić mocno selektywne brzmienie zespołu - zaledwie trio zrobiło tu spokojnie robotę kwintetu, bardzo dobrze wypełniając klubową przestrzeń swoim przejrzystym brzmieniem.
Na "15-38" zrobiło się nieco nostalgicznie i wzruszająco. Nie będę ukrywał, że zabrakło mi trochę utworów z "We Already Lost the World". Jest to bowiem bardzo ważna dla mnie płyta, przy której przeżywałem najróżniejsze z emocji, i która dawała mi swego rodzaju komfort w tym szalonym świecie.
W pewnym momencie lekko onieśmielony Bart poczuł, że wypadałoby porozmawiać trochę z publicznością. Oprócz standardowych podziękowań za reakcje publiczności - swoją drogą bardzo dosadnie pokazujące tęsknotę za ich występami - padły słowa, po których na sali zrobiła się cisza, przełamana gromkimi brawami.
"Dorastałem w czasach, gdy rasizm i homofobia były złe. Teraz wszystko jest do góry nogami" - powiedział wokalista, bardzo zgrabnie ujmując obecne niepokojące nastroje.
Na koniec wybrzmiał przewrotny "I Don't Dance", przy którym oczywiście tańczyli wszyscy oraz tytułowy utwór z debiutu - "You, Me & the Violence". Tego wieczoru dostaliśmy wszystko to, o czym Bart opowiadał przy okazji naszej niedawnej rozmowy - był płacz, był krzyk, a na końcu pojawił się uśmiech i satysfakcja, że to wszystko się wydarzyło. Teraz pozostaje czekać na nową płytę Francuzów i mieć nadzieję, że trasa promująca ją zawita również do Polski.










