O festiwalu WROSound już od kilku lat słyszałam same dobrości. Jeżdżąc przez miasto co roku w okolicach lata widziałam plakaty z nazwiskami, które krzyczały: "Przyjdź, będzie fajnie!". Jakimś cudem dopiero teraz udało mi się zdecydować i odwiedziłam plac pod wrocławskim Impartem, żeby popróbować trochę nowości i posmakować tego, co już znane. Pierwszy dzień wydarzenia obfitował w orzeźwiający deszcz, który nikomu nie przeszkadzał w dobrej zabawie i tańcu (serio, jeszcze nigdy nie widziałam, żeby tłum koncertowy tak bezproblemowo podchodził do złej pogody), melodie zabierające w różne zakątki świata, eksperymenty dźwiękowe, które chwilami poddawały w wątpliwość poprawne działanie głośników, elektronikę, alternatywę i dobry, oldschoolowy rap.
Co działo się pierwszego dnia WROSoundu 2026?
Główną scenę otworzył tego dnia Dawid Tyszkowski, który - jak sam przyznał ze sceny - przygotował na to wydarzenie specjalny, nowy set. Nie zabrakło w nim utworów takich jak "Czerwiec" czy "Bari", które zaaranżowane na gitarowe, niepokojące melodie sprawiły, że miałam ciarki. Dołóżcie do tego smutne teksty i przeszywające na wskroś wokale Dawida - przepis na płacz gwarantowany. Koncert był muzyką w najczystszej postaci. Słychać było wkład każdego z członków zespołu i każdy z instrumentów z osobna. Jednocześnie wszyscy byli zgrani i tworzyli jedynie tło dla tego, co miało na scenie królować - muzyki. Takie organiczne granie to coś, z czego znani są Tyszkowski i jego ekipa - o czym miałam okazję przekonać się m.in. podczas zeszłorocznej 3-majówki we Wrocławiu - ale jednak zawsze potrafią zostawić słuchacza ze szczęką zbieraną z podłogi. Na sam koniec artysta zaprezentował jedną z najbardziej pozytywnych piosenek w swoim repertuarze - "Raj" - oraz żywiołowe "Kości" i po 40 minutach intensywnego grania zakończył set.
Na drugiej scenie WROSoundu - eksperymentalnej - za chwilę rozpoczął się występ artysty kryjącego się pod pseudonimem asl33p. Tego wieczoru towarzyszył mu DJ ih8uparo, puszczający tracki z laptopa i miksujący melodie, oraz hypeman, który wspierał główną gwiazdę drugim wokalem. Repertuar asl33pa łączył w sobie bedroompopowe brzmienia, wpadające w R&B, z klasycznym hip-hopem. Szybkie flow i skondensowane teksty napędzały cały koncert. Pomimo wczesnej godziny jak na festiwal pod sceną nie brakowało słuchaczy, którzy kołysali się w rytm utworów. Nawet drobny deszcz nie przeszkodził im w konsumowaniu undergroundowych melodii, w których słychać było prawdziwego DIY-owego ducha.
Harmonogram festiwalu przewidywał następnie występ Yin Yin, których śmiało mogę nazwać moim odkryciem WROSoundu. Zespół prosto z Holandii przybył do Polski po raz pierwszy i pokolorował szaroburą atmosferę słonecznymi dźwiękami. W ich kompozycjach królowały funk oraz disco, a tłum już od pierwszej piosenki zaczął szaleńczo tańczyć, zapominając o niesprzyjających warunkach atmosferycznych. Choć większość ich numerów była instrumentalna, to milczenie okazało się przysłowiowym złotem - gitary, perkusja i klawisze mówiły same za siebie. Nie potrzeba było rozbudowanych tekstów, żeby wczuć się w atmosferę południowo-wschodniej Azji lat 60. i 70. - bo właśnie stamtąd formacja czerpie inspiracje przy tworzeniu. "Nie lubimy deszczowej pogody, preferujemy disco" - wybrzmiało zapętlone w kółko w jednej z kompozycji, a muzycy przyznali ze sceny, że właśnie to udowadniamy. Próbowali się też w języku polskim, starając się poprawnie wymówić "Wrocław". Tłum zgodnie przyznał, że wyszło im "wystarczająco dobrze", choć jeden z gitarzystów zaznaczył, że naprawdę ćwiczył cały dzień. "Wrocław, bardzo dziękujemy, że byliście. Kupujcie nasze koszulki i płyty" - zawołał wreszcie zza bębnów perkusista, łamaną polszczyzną, udowadniając, że włożyli wiele serca w wizytę w naszym kraju. To samo mogę powiedzieć o WROSoundowej publiczności, która klaskała i euforycznie krzyczała pomiędzy kawałkami, a podczas piosenek nie było osoby, która choć trochę nie potupałaby nóżką.
Po występie Yin Yin zajrzałam ponownie na scenę eksperymentalną, gdzie tym razem gościła AJLA. W jej secie można było wyczuć inspiracje jazzem i soulem, choć chwilami zahaczało to też o hip-hop. Poetyckie, intymne teksty zabrały publiczność w podróż przez swoisty pamiętnik artystki. Na scenie towarzyszyło jej dwóch muzyków - za konsolą oraz keyboardem. Set AJLI wprowadził mnie w swego rodzaju trans i myślę, że gdyby godzina była późniejsza, a słońce całkowicie by zaszło, poczułabym się jeszcze bardziej zahipnotyzowana.
Po terenie festiwalu chodziły słuchy, że tego dnia najwięcej osób nie czekało na występ headlinera, a na Kacperczyków. To właśnie dla nich pierwsze osoby usiadły pod bramami WROSoundu już z rana i spędziły kilka godzin w kolejce, aby zająć miejsce przy samej scenie, pod barierkami. To właśnie na nich przyszła teraz kolej na scenie głównej i choć set znanych braci odbiegał nieco od klimatu zbudowanego przez pozostałych artystów, doskonale wplótł się w alternatywny festiwal, podczas którego można przecież też pośpiewać trochę bangerów. "Jesteśmy Kacperczyk, to jest mój brat - Paweł Kacperczyk - i wy też jesteście Kacperczyk" - przywitał się z widzami frontman całego projektu, Maciek Kacperczyk, a następnie przeszedł do wyśpiewywania słynnych tekstów wraz z tłumem. W setliście nie zabrakło starszych hitów, takich jak "Artysta z ASP" czy "Brejdaki", ale znalazło się też miejsce dla nowości, m.in. "MAM TALENT" czy nawet hymnu Męskiego Grania "Wolne Duchy". "Ta noc będzie dla nas i dla was nieprzespana, bo jesteśmy we Wrocławiu - mieście ilu mostów?" - pytał ze sceny Maciek, gdy w repertuarze znalazł się też numer "NIEPRZESPANE NOCE". Publiczność oczywiście bez zawahania odpowiedziała, że stu - w "Milionerach" mielibyśmy już 500 zł. Moim ulubionym momentem koncertu okazała się piosenka "Wiatr", którą zespół Kacperczyk nagrał z Hubertem. oraz Kayah. Numer zakrawający o szanty wprawił tłum w jeszcze bardziej taneczny nastrój (tego wieczoru zdecydowanie przekroczyliśmy normę kręcenia biodrami) i sprawił, że poczułam się jak na wiejskim weselu. "Wszyscy tu wyglądacie jak żeglarze" - wołał wokalista, zachwycony radością ludzi, gdy mogli wybawić się do morskiej melodii. Set zamknął hit "Pokolenie końca świata", który zawsze wprawia mnie w sentymenty. Maciek Kacperczyk zszedł wtedy pod barierki i wyśpiewał piosenkę "o nas wszystkich" będąc jak najbliżej fanów.
Scenę eksperymentalną przejął później Kosma Król, który z miejsca stał się jednym z moich ulubionych raperów młodego pokolenia. Nie siedzę do końca w tego typu muzyce, więc moje osądy mogą być pochopne, ale po występie na WROSoundzie śmiem twierdzić, że takiego flow i treściwych tekstów mógłby pozazdrościć mu niejeden kolega z branży. "Cześć, żyjecie?" - powitał nieco zmęczoną już publiczność Kosma, aby po chwili zachęcić wszystkich do uniesienia rąk w górę i machania w rytm piosenek. Niewiele osób zaprotestowało. Usłyszeliśmy przekrojowy set, złożony zarówno ze starszych, jak i nowszych utworów artysty. Miałam wrażenie, że ułożenie setlisty nie było uwzględnione w planach Kosmy przed wejściem na scenę, a towarzyszący mu DJ zapodawał kawałki, które akurat podpasowały. Młody raper słysząc pierwsze dźwięki błyskawicznie się przełączał i automatycznie zaczynał nawijać teksty. "Robimy rap i jakkolwiek nie wyglądamy, to stoimy za tym wszystkim" - podkreślał ze sceny, choć ja od samego początku nie miałam wątpliwości, że jest w swoim żywiole. "Kochamy freestyle'ować i kochamy jazz" - dodawał po chwili, aby zaprosić na scenę gościa specjalnego, Kubę Więcka. Raper stworzył kiedyś z saksofonistą projekt specjalny "kino femina", czego dowody mogliśmy zobaczyć (a raczej usłyszeć) właśnie na WROSoundzie. Podczas koncertu nie zabrakło więc żywego grania, ale też melodii rodem ze starych kawałków hip-hopowych, które znalazłyby się raczej na playliście twojego starszego brata. Zachwyciły mnie teksty Kosmy, które tak błyskawicznie przemykały przez melodie, że chwilami mój umysł działał jak Internet Explorer i nie był w stanie nadążyć za raperem. Była w tym autentyczność, zabawa słowem i szczere zafascynowanie hip-hopem.
Son Lux na festiwalu WROSound 2026
Headlinerem wieczoru był zespół Son Lux, który zapowiedziany został jako grupa nominowana do Oscarów za muzykę do filmu "Wszystko, wszędzie, naraz". Założę się jednak, że większość osób zna ich przede wszystkim za sprawą hitu "Easy", który od premiery w 2013 r. zyskał miano kultowego. Wielu artystów go coverowało (m.in. Artur Rojek z naszego rodzimego podwórka), a jeszcze więcej samplowało w swoich autorskich piosenkach (jak Halsey w "Hold Me Down"). Legendarny kawałek wybrzmiał na WROSoundzie już jako drugi, lecz nie zdefiniowało to całego koncertu. Muzycy Son Lux postawili bowiem nie na znane i lubiane kawałki, lecz na tajemnicze nowości. Zapowiedzieli, że we wrześniu mają zamiar wydać nowy album, a prezentowane we Wrocławiu kompozycje słyszymy w większości przedpremierowo, bowiem znajdą się one właśnie na najnowszym krążku. Eksperymentalny set był mieszanką dziwnych melodii, które chwilami brzmiały, jakby w jednej piosence upchnięto ich jednak kilka. Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do zniekształconych wokali i przesterów - przy pierwszej piosence myślałam, że dźwiękowcy zaspali albo głośniki zamokły od deszczu i coś jest nie tak. Gdy jednak wczułam się w klimat i zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi, całkowicie odpłynęłam. Elektroniczne melodie zabrały mnie w daleką, hipnotyzującą podróż, która zbyt szybko się skończyła. "Cześć" - wołali w naszym języku muzycy ze sceny, przyznając, że jesteśmy "bardzo życzliwą publicznością". Wokalista dodał, że denerwowali się przed występem, ponieważ wszystko, co grali, jest nowe. Reakcja wrocławskiego tłumu utwierdziła ich w przekonaniu, że świeże utwory się obronią.
Pierwszy dzień WROSoundu upłynął mi więc w rytmie eksperymentów i ciekawostek, do których bez festiwalu zapewne bym nie dotarła. Pomiędzy koncertami kilka razy zajrzałam też na panele, podczas których przeprowadzano rozmowy z artystami. O swoich występach oraz twórczości opowiadali m.in. Dawid Tyszkowski, Kosma Król czy członkowie Son Lux. Wywiadów udzielili także Dominika Płonka (artystka i prezenterka radiowej Czwórki), wspominany wcześniej Kuba Więcek i twórca internetowy Szymon Fuchs.
Choć pogoda nie zawsze dopisywała, całe wydarzenie przebiegło bez większych przeszkód. W końcu w tym samym czasie ewakuowano Jarocin i Męskie Granie w Gdańsku, więc nic tylko się cieszyć, że jedynie trochę zmokliśmy. Parasole i kolorowe płaszcze przeciwdeszczowe na stałe wpasowały się w krajobraz pierwszego dnia WROSoundu, co komponowało się z nastrojem tłumu. Miałam wrażenie, że wszyscy jeszcze chętniej tańczą i wsłuchują się w nowopoznane rytmy, chcąc całkowicie zapomnieć o spadających z nieba kroplach.













