Tego dnia pogoda zdecydowanie bardziej dopisywała, czego nie można powiedzieć o frekwencji na pierwszych występach. Ludzie bardzo mozolnie przybywali na teren festiwalu, początkowo zajmując nie miejsca pod sceną, a leżaki w dalszych strefach. Świeciło słońce, sprzyjające relaksowi, deszcz odszedł w zapomnienie, ale dzięki temu, że spadł dnia poprzedniego, to mogły wyrosnąć Mlecze. To właśnie oni otworzyli scenę główną drugiego dnia, a ja właśnie na ich występ tak bardzo oczekiwałam.
Wkroczyli na scenę, wzięli instrumenty w ręce i od razu wiadomo było, po co tu przyszli - udowodnić, że muzyka gitarowa w Polsce ma się doskonale. Ich senne, czasem melancholijne brzmienia na żywo przerodziły się w bardziej rockowe i wręcz grunge'owe piosenki. Delikatny wokal Karoliny Prasał komponował się z brudnymi dźwiękami wręcz perfekcyjnie. Moimi ulubionymi momentami w secie okazały się kawałki "Aero", świeże "Tracę czas" i rytmiczne "Brak tchu", podczas którego dziwię się, że artystce naprawdę nie zabrakło tchu. W secie znalazło się też miejsce na wolniejsze ballady, ale przez większość czasu publiczność mogła jednak pobujać się do bardziej żywiołowych melodii - zresztą razem z wokalistką. Moje serce skradła też wstawka z harmonijką w utworze "Może ty też", na której dzielnie przygrywał Michał Terlecki (gitarzysta zespołu), niczym starszy pan z fajką przy kominku, który zaraz opowie ci historię swojego życia. Wówczas publiczność pomogła dokończyć refren piosenki i choć osób pod sceną była garstka, Mlecze zdecydowanie mogą być z siebie dumne. Niesprzyjająca godzina dla festiwalowiczów nie pomagała, ale dali z siebie 110 procent i pokazali, jak powinno się otwierać WROSound.
Po pierwszym występie zajrzałam na scenę eksperymentalną, gdzie przed publicznością zasiadła Gaia Banfi. Piszę, że zasiadła, ponieważ artystka przygotowała specjalny setup złożony z keyboardów, looperów, mikrofonów i mikserów, przy którym spędziła cały koncert. Był to prawdziwy one-girl band. Przedstawicielka włoskiej sceny zaprezentowała elektroniczny eksperyment, w którym doszukać się można było popu, jazzu, soulu, a nawet muzyki folkowej. Królował przede wszystkim bardzo przeszywający i emocjonalny głos, którym Gaia malowała eteryczne historie i choć nie rozumiałam ani jednego wyśpiewanego przez nią słowa, byłam w stanie naprawdę odpłynąć w tę krainę. "Przyszli po mnie, słyszę 'Anielski orszak'" - usłyszałam gdzieś za plecami już, gdy pierwsze dźwięki wydobyły się z głośników i lepiej nie potrafiłabym opisać aury, którą stworzyła na scenie wokalistka.
Kolejnym przystankiem na WROSoundzie było Moses Yoofee Trio prosto z Berlina. Jak zespół sam przyznał, była to ich pierwsza wizyta we Wrocławiu i nieskromnie powiem, że jako publiczność daliśmy radę. Już o tej porze teren pod sceną nie świecił pustkami, dzięki czemu uczestnicy okazali ogromne wsparcie - klaskali i wiwatowali po każdej kompozycji, a w trakcie tańczyli i z zaciekawieniem oglądali to, co dzieje się na scenie. "Jak się macie?" - pytali po polsku muzycy, a tłum oszalał. Usłyszeliśmy same instrumentalne kawałki, lecz (podobnie jak dnia poprzedniego przy Yin Yin) nie potrzeba tu było zbędnych słów. Perkusista wymiatał, wyglądając przy tym, jakby wcale nie wygrywał teraz jednych z najbardziej skomplikowanych rytmów, jakie można usłyszeć. Basista wtórował mu, przemykając palcami po gryfie, jakby codziennie uprawiał na nich jogging. Keyboardzista zapodawał przy tym takie melodie, przy których szaleńczy taniec to wciąż za mało.
Scenę eksperymentalną przejął następnie zespół The Cassino. Gdybym miała policzyć, to pewnie moich spotkań z nimi na żywo wyszłoby kilkanaście. Mimo to za każdym razem czekam na kolejne z ekscytacją i nigdy się nie zawodzę. Są scenicznymi kocurami i nawet jeśli Hubert Wiśniewski przestał skakać po rusztowaniach czy zrzucać głośniki ze sceny, to nadal trudno przewidzieć, co tym razem zmajstruje. Na WROSoundzie poszedł w stronę gitarowych popisów, tarzania się po scenie i bicia głową w mikrofon, towarzysząc w ten sposób publiczności w aplauzie. Akompaniujący mu muzycy - perkusista, basista i przez kilka piosenek także wiolonczelista - tworzyli barwne tło, zgrywając się z frontmanem, ale nie wychodząc przed szereg. Wybrzmiały mroczne, oniryczne utwory z "Prześwitu", ale w setliście nie zabrakło też miejsca dla kilku staroci - jednych z moich ulubionych - "Oceanii" "Ogrodu" i "Delty". Najwięcej czasu antenowego zabierały nie tyle konkretne kawałki, co solówki Huberta. Było wyraźnie widać, że jest on jednością z gitarą i właściwie żyje muzyką. Publika dopisała - jeszcze nie widziałam tak pokaźnego tłumu pod sceną eksperymentalną. Załapał się nawet pasażer na gapę - starszy pan, który oglądał cały koncert z jednego z okien otaczających podwórko budynków. Po obfitujących w intensywne gitarowe riffy 40 minutach The Cassino opuścili scenę, ale uczestnicy WROSoundu nie dali im odejść tak szybko. To był pierwszy raz, gdy na festiwalu wybrzmiało "Jeszcze jeden!" skandowane przez ludzi, które zmusiło muzyków do zagrania bisu. Choć odłączyli im już mikrofon, wiolonczelista zdążył sobie pójść, a Hubert sam przyznał, że średnio pamięta, jak grało się tę piosenkę, na finał wybrzmiało słynne "Nie w tym mieście", zostawiając publiczność w rozśpiewanym nastroju. Wokalista podkreślił w trakcie setu, że we Wrocławiu zawsze dobrze im się gra i trudno jest im wyjechać, więc można powiedzieć, że tradycji stało się zadość.
Bis The Cassino nakazał mi nieco spóźnić się na koncert Darii ze Śląska na scenie głównej. Gdy wreszcie dotarłam w tłum ujrzałam wystrojoną w cekiny artystkę, która tańczyła o wiele więcej niż zazwyczaj. Co prawda miałam spora przerwę w spotkaniach z Darią ze Śląska na żywo, ona zdążyła w tym czasie wydać kolejny krążek i nieco zmienić estetykę, ale i tak dyskoteki się po niej nie spodziewałam. "Matko, jak się naskakałam" - skomentowała po skończeniu utworu wokalistka, a następnie przeszła do bardziej statycznych wykonań, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że to jednak ta sama, znana mi Daria. Na scenie oczywiście towarzyszył jej cały band, a ona sama tuż przy mikrofonie ustawiła sobie sampling pada, w którego energicznie uderzała w rytm niektórych piosenek. Wszystko okraszone było dopracowanymi wizualizacjami, przedstawiającymi m.in. tytuły piosenek oraz klimatyczne zdjęcia. Przez cały występ artystka niewiele opowiadała, nie próbowała zagadać publiczności, a raczej skupiała się na graniu. Wybrzmiały zarówno starsze, jak i nowsze utwory. "Tutaj nie robimy bisów" - ogłosiła przed ostatnią z piosenek, co nie zabrzmiało zbyt wiarygodnie po koncercie The Cassino. Jak zapowiedziała, tak też zrobiła, kończąc set w eleganckim stylu, bez opóźnień.
15 minut musieliśmy z kolei poczekać pod sceną eksperymentalną, gdy przyszedł czas na koncert KABEAUSHE. Artysta pochodzący z Kenii błyskawicznie udowodnił, że warto było uzbroić się w cierpliwość. Na scenę wkroczył w czarnych balerinkach, podciągnął wysoko ogniście czerwone skarpety i zaczął tańczyć niczym Michael Jackson. Pierwotnie ubrany mundur z medalami (zapewne za muzyczne i rozrywkowe zasługi) prędko został zdjęty, aby nie krępować ruchów wokalisty. Klimat występu dopełniały rozstawione na całej scenie flagi oraz wizualizacje z krążącym w kółko napisem "The Great Doerf Kingdom". Piosenkarz stworzył swój własny świat, do którego zaprosił nas poprzez taniec. "Potrzebuję was, Polsko! Umiecie to zrobić" - krzyczał do tłumu, gdy chciał pobudzić go do klaskania, skakania i pozbycia się resztek energii. Na scenie KABEAUSHE nie był sam, towarzyszył mu perkusista, który robił ogromną robotę. Energetycznie uderzał w przysłowiowe gary i napędzał całą tę sceniczną machinę. Na twarzach ludzi malowało się zaciekawienie, pomieszane z konsternacją i radością. Koncert, którego nie dało się zaszufladkować i przypisać do żadnego gatunku wywołał w ludziach najszczersze reakcje, których na długo nie zapomnę. Oglądało się to wszystko trochę jak eksperyment społeczny, w którym zresztą sama wzięłam udział - przecież nie mogłam ustać w miejscu. "Możemy poskakać, jakbyśmy byli pięciolatkami?" - dopytywał publiczności KABEAUSHE, choć podejrzewam, że gdyby spotkał się z dezaprobatą to i tak by szalał w rytm piosenek. Albo ostentacyjnie zszedłby ze sceny - tam nie było miejsca ma kompromisy.
Headlinerką tego dnia została Alice Phoebe Lou, która niegdyś grała na ulicach, a teraz występuje na wielkich scenach dookoła świata. Koncertem na WROSoundzie udowodniła, że zasługuje. Choć przyznam szczerze, że po tak energicznym KABEAUSHE chwilę wcześniej, melancholijna energia artystki nie zachwyciła mnie od samego początku, to z czasem odpływałam w rytm jej gitary i mocnego, ale uspokajającego głosu. Wystarczyło usiąść na trawie z tyłu tłumu, gdzie wiele osób wybrało przysłuchiwanie się koncertowi z pozycji ziemi, i ostudzić buzujące emocje. "Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę być tutaj w Polsce" - mówiła ze sceny Alice, ogłaszając, że pierwsze trzy piosenki wykona solo, a później dołączą do niej koledzy z zespołu. Ta pierwsza część koncertu skradła moje serce - ogromne wrażenie robił wokal południowoafrykańskiej piosenkarki w towarzystwie jedynie akustycznej gitary. Później pozostałe instrumenty nieco go przyćmiewały, ale organiczne granie muzyków, wpadające niekiedy w rytmy country, również miało swój urok. WROSound zakończyłam więc w mało szaleńczym stylu - było w tym dużo indie popu, dużo emocji, intymnych tekstów i przede wszystkim nastrojowego grania oraz śpiewania, które podbiły klimat otaczającego nas ciepłego lata.





![Dom Zły na OFF Festivalu: "Nie możemy schować się w mroku" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000LOGE4DN72N5SJ-C401.webp)






