The White Buffalo pojawił się w Warszawie bez wielkiego wejścia i bez niepotrzebnego budowania napięcia. Po prostu wyszli z uśmiechami w stronę publiczności i zaczęli robić swoje. Na pierwszy ogień poszła "Story", jednak to "Kingdom for a Fool" okazało się pierwszym naprawdę dużym momentem. Telefony powędrowały w górę niemal jednocześnie. Co ciekawe, nagrywali nie tylko fani stojący pod sceną. Po swoje smartfony sięgnęli nawet barmani. Barmani - a to dlatego, że cały koncert dział się w warszawskim klubie Niebo, gdzie na sali znajduje się też bar. Także nawet obsługa skorzystała z dobrych momentów koncertu. Ich jeszcze trochę było.
Jak np. przy "Oh Darlin' What Have I Done" i "The Whistler". Ten drugi numer ma zresztą szczególną koncertową moc. Wielu słuchaczy kojarzy twórczość Smitha z "Sons of Anarchy", a "The Whistler" należy do piosenek, które potrafią błyskawicznie zmienić atmosferę w klubie. Też uwielbiacie jego bezbłędne, kojące gwizdanie?
Paradoksalnie to właśnie nie podczas najbardziej efektownych momentów koncertu najlepiej rozumiałem fenomen The White Buffalo. Mnie najbardziej przekonywał wtedy, kiedy zwalniał - jak np. przy "Today's Tomorrow", "Sycamore", "C'mon Come Up Come Out" czy "Into the Sun". Siadał sobie wtedy sam z gitarą i pozwalał w pełni wybrzmieć jego głosowi. Wystarczał mi niski, głęboki wokal, który przechodził z surowości w coś zaskakująco czułego.
W tych spokojniejszych momentach The White Buffalo przypominał mi trochę te najlepsze, najbardziej melancholijne momenty klasycznej amerykańskiej starej muzyki. Jest w jego głosie coś domowego - jakby przez pół życia opowiadał historie przy barze z whisky, a teraz przypadkiem dostał do ręki mikrofon. A opowiadać Smith zdecydowanie potrafi.
Publiczność miała jednak nieco inne priorytety. Z reakcji sali wynikało, że znacznie mocniej działa na nią Smith "na pełnej gębie" - kiedy uruchamia swój charakterystyczny, szorstki, whisky'owy głos, a spokojne americana zaczyna zamieniać się w coś znacznie bardziej rockowego. Kiedy zespół przyspieszał, klub rzeczywiście dostawał dodatkowego życia.
Było też sporo luzu. Przed "Joe & Jolene" Smith rzucił ze sceny, że widzi, iż publiczności - podobnie jak jemu - jest gorąco. Po chwili dodał, że czuje pragnienie, aby zdjąć koszulkę - do czego go później namawiała publiczność (i do czego ostatecznie nie doszło). Z sali zaczęły dobiegać okrzyki po angielsku zachęcające go do zrzucenia koszuli. Wreszcie jedna z fanek postanowiła przebić wszystkich i rzuciła: "Pokaż d**ę!".
The White Buffalo zostawił nas z tym charakterystycznym poczuciem, że przez chwilę znaleźliśmy się gdzieś daleko od Warszawy. Gdzieś pomiędzy amerykańską autostradą, pustynnym barem a miejscem, w którym po zmroku zaczynają się wszystkie historie, o których lepiej nie opowiadać następnego dnia. Choć osobiście spodziewałem się, że ten "biały bizon" uderzy trochę mocniej rockowo, to trudno odmówić mu jednej rzeczy: nadal ma głos, którego nie da się pomylić.
Kiedy koncert dobiegł końca, Smith pożegnał Warszawę słowami: "Thank you Warsaw! You're f*cking incredible!".
Supportem koncertu była polska artystka grająca muzykę z pogranicza americany i folk/country Agata Karczewska.















