The Rumjacks w Krakowie: "We were looking for some hope" [RELACJA]
Jak do tego doszło, nie wiem, ale to był mój pierwszy raz na koncercie The Rumjacks. Zawsze się jakoś nie składało. Mam natomiast nadzieję, że nie ostatni, bo nie z każdego wieczoru w klubie wychodzi się z taką energią. No i nie słysząc na prawe ucho, co jest dla mnie jednoznacznym potwierdzeniem dobrego występu.

Były trzy powody, dlaczego chciałam iść na ten koncert. Po pierwsze, utwory The Rumjacks nieraz ratowały mnie przy gorszym humorze, kryzysie w bieganiu albo podczas wycieczki do Dublina. Po drugie, po wywiadzie czuję bardziej osobiste powiązanie z tym zespołem. Po trzecie, moim sekretnym hobby jest słuchanie zespołów celtic punkowych i sprawdzanie, czy wokalista na żywo nadąża za tym, co kiedyś sam sobie nagrał.
Od razu wyjaśniam: Mike Rivkees zdecydowanie daje radę. Ale o tym za moment.
Wieczór rozpoczął założony w 2003 roku w Austrii zespół Dee Cracks. W zapowiedzi chwalili się tym, że mają na koncie sześć albumów i 11 basistów. Nie wiem, czy jest to akurat najmocniejsza zaleta, ale aktualny ewidentnie dobrze się tam czuł, a panowie bardzo szybko przypomnieli mi klimat punkowych koncertów w piwnicach. Godne polecenia.
O 21 na scenę wyszli Rumjacksi. Na początek usłyszeliśmy "Come Hell or High Water" z najnowszego albumu "Dead Anthems". I to jedna z tych piosenek, która pokazuje, jak działa celtic punk - muzyka sobie, a tekst zazwyczaj sobie. Bo tu panowie śpiewają o łzach, zaczerwienionych oczach, lizaniu ran i porzuconych przyjaciołach, tymczasem my pod sceną lecimy stadionowe "We were looking for the answers / We were looking for some hope".
Ale oczywiście setlista nie opierała się tylko na najnowszej płycie. Bo mieliśmy też choćby "Kirkintilloch" (pamiętacie nagranie z Pol'and'Rocka z 2023 roku? Wspaniałe), "A Fistful O' Roses" z wciąż mojego ulubionego "Sleepin' Rough" czy "Sainted Millions" z "Hestii", czyli pierwszego albumu nagranego z nowym wokalistą.
Po kilku piosenkach zespół zapytał zebranych pod sceną, czy dobrze się bawią tego wieczoru, na co odpowiedziało im wybitnie głośne potwierdzenie. Sami muzycy też przyznali, że zawsze, w każdym mieście w Polsce mają wspaniałe wieczory, takie jak ten w Kwadracie. Padło też piękne "dziękuję" i jeszcze jedno słowo, którego pozwolę sobie nie przytoczyć, ale to to, co cudzoziemcy zazwyczaj potrafią powiedzieć po polsku.
Przypomnę jeszcze jedną wypowiedź Johnny'ego McKelveya z naszego wywiadu: "Totalnie zakochaliśmy się w podejściu Polaków do koncertów i do muzyki. (…) oni po prostu są tam, żeby dobrze się bawić - żeby się uśmiechać, cieszyć się chwilą. Mogliby być tego wieczoru gdziekolwiek indziej, ale wybrali, żeby być właśnie tam i naprawdę chcą się dobrze bawić. I wiem, że pewnie każdy zespół tak mówi, ale to naprawdę czuć. (...) I absolutnie za każdym razem, kiedy graliśmy w Polsce, czuliśmy się mile widziani". A my czuliśmy się absolutnie wyjątkowo, że dla nas graliście, panowie! Przeurocze.
Co jeszcze mnie zachwyciło? Wiecie, jak to jest na koncertach. Ludzie się dobrze bawią, ale kiedy poleci ten jeden wielki przebój, to wszyscy dosłownie wariują. I oczywiście usłyszeliśmy "An Irish Pub Song" i wszyscy się ucieszyli, ale tak samo cieszyli się przy każdym jednym kawałku. Jestem przekonana, że zespół mocno to docenił. Zwłaszcza że zdradzili, że wciąż lubią ten utwór, ale woleliby grać inne.
Ewidentnie widać, że Rumjacksi nas lubią, a my lubimy Rumjacksów. Było głośno i szybko, i były folkowe instrumenty, i stage diving. Czyli wszystko, czego człowiek by sobie mógł zażyczyć na takim koncercie. Wracajcie, panowie, niedługo, bo mam zamiar przyjść jeszcze raz.













