Kiedyś, przy okazji panelu na konferencji, o tym, jak znajdować nową muzykę i jak to robią dziennikarze, mówiłam, że jeśli ktoś chce słuchać całe życie tego samego zespołu, to dla mnie okej, bo wcale tej nowej muzyki sprawdzać nie musi, ale naszą misją jest to, że gdyby jednak chciał, to znajdzie z naszej strony jakieś polecenia. I nadal nie mam zamiaru nikogo zmuszać, ale przedstawić mogę. Nieco idiotycznie przedstawiać zespół, który jest na scenie od 1976 roku, no ale zrobię to, bo po objętości publiki w krakowskim Studiu widzę, że się przyda. Nie żeby osób było mało, bo nie było tak, ale jeszcze trochę byśmy tam wepchnęli.
Więc: zrodził ich Londyn lat 70., początkowo gitarzysta Brian James i perkusista Rat Scabies na wokal chcieli zaangażować Sida Viciousa, jednak ostatecznie stanęło na Dave'ie Vanianie, Sid rok później poszedł do Sex Pistols, przed którymi zresztą The Damned zagrali debiutancki koncert. Pierwszy album "Damned Damned Damned" wydali dość szybko, bo w lutym 1977 roku, kilka miesięcy przed "Never Mind the Bollocks, Here's the Sex Pistols" oraz chwilę po trasie ze wspomnianymi Pistolsami, Heartbreakers i The Clash (z której zostali zresztą wyrzuceni przed końcem przez menedżera Sex Pistols). Fun fact, że na okładce debiutu muzycy mają twarze w tortach, a Captain Sensible wspomina: "Miałem na twarzy więcej tortu niż którykolwiek z pozostałych, a na okładce byłem odwrócony plecami do zdjęcia, więc poszedłem do fotobudki i zrobiłem kilka zdjęć, wyciąłem jedno i powiedziałem 'Włóż to tam', żebym miał co pokazać rodzinie, bo nie sądziłem, że zostaniemy zaproszeni do nagrania kolejnego albumu". Ostatecznie zdjęcia nie wykorzystano, a i panowie nagrali kilka kolejnych płyt. No i z debiutu pochodzi chyba najbardziej znane "Neat Neat Neat".
Obecnie nadal są nazywani zespołem punkowym, choć już w latach 80. skręcili w stronę gotyku, ale jak sami przyznali w wywiadzie z tego roku: "Zawsze będą znani jako 'punkowy zespół The Damned', mimo że nie są zespołem punkowym od 1978 roku". Niech potwierdzeniem będzie "Curtain Call". Z całą moją miłością do punk rocka - punkowe zespoły nie nagrywają takich rzeczy. W każdym razie legenda, gdziekolwiek by ich nie ustawić.
No i szaleństwo w Krakowie było już po pierwszej piosence, bo usłyszeliśmy "Street Of Dreams". W ogóle dęte w wersji studyjnej, cudo. Ale trzeba przyznać, że głos Dave'a Vaniana czaruje na żywo jeszcze bardziej. To znaczy, może jeszcze ustalmy coś: Dave Vanian czaruje tak ogólnie w tym garniturze, czarnych rękawiczkach i charyzmą, jakich mało na scenie. Sam Captain Sensible przyznał, że "Dave błyszczy specjalnie dla was", a potwierdził to tylko moment, kiedy zwrócił się do jednej z fanek, która pewnie teraz zasypia z tym spojrzeniem, jak inny fan z koszulką Morrisseya po koncercie w Tauronie.
Wracając. Dostaliśmy też m.in. "Love Song" ("Zostanę śmieciem, ty będziesz koszem / Zostanę farbą, jeśli ty będziesz puszką" - przyznajmy, proszę, że rzeczy po angielsku jednak czasem brzmią lepiej), "Nasty" i "Stranger on the Town". Kolejne wielkie szaleństwo wśród publiki wywołały "Dr. Jekyll and Mr. Hyde", "Disco Man" czy oczywiście "Neat Neat Neat". Na koniec jeszcze m.in. "New Rose" i "Smash It Up", po którym fani już wiedzieli, że to koniec koncertu, ale średnio chętnie odchodzili spod sceny. Ja zresztą też. Grali około półtorej godziny, ale set był na tyle wciągający, że wydaje się to jednak za krótko. No i energię panowie mieli, jak zespoły, które są stosunkowo nowe, ale już obyte ze sceną na tyle, żeby się dobrze przy tym bawić. A oni przy okazji zdecydowanie wiedzieli, jak dobrze korzystać ze swoich instrumentów.
Mój fotograf, którego pozdrawiam, bo pewnie to czyta, i którego zdjęcia obejrzyjcie powyżej, i który słucha raczej jazzu i progresywnych rzeczy, nie poszedł do domu po robocie, czyli trzech pierwszych kawałkach - co więcej, dostał do końca koncertu i jeszcze się zachwycał, że takie ładne zmiany tempa i nic nie zgrzyta. Jak Robert się czymś zachwyca, to ja nie umiem znaleźć lepszego komplementu.
Zawsze zakładałam, że w wieku prawie 70 lat będę już nie żyć, ale teraz myślę, że jeśli kiedyś będę mieć tyle, to chcę wtedy mieć nadal 24 jak panowie z The Damned. Był to ich pierwszy koncert w Krakowie, ale mam nadzieję, że nie ostatni. Jakie to było dobre.














