To było świetne wydarzenie. Przynajmniej dopóki Queens of the Stone Age byli na scenie. Występ System of a Down, to dla mnie historia, jak z "Ferdydurke" Witolda Gombrowicza, którą jeden z uczniów kwituje: "Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca". Gustave Le Bon napisał kiedyś książkę z licznymi tezami, które jasno wskazywały, że z tłumem nie warto dyskutować. Ja jednak postaram się to zrobić. Mam świadomość, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi widziało, co innego niż ja i że masy są po stronie zespołu. Ogromna publiczność na Stadionie Narodowym wydawała się porwana koncertem i to ich opinie zalały sieć. Trudno mi jednak szczerze napisać, że to był wybitny koncert skoro tak wiele rzeczy tam się nie zgadzało.
System of a Down, to grupa, która nie nagrała wielu płyt, ale te które stworzyła są klasykami. Wpływ zespołu na muzykę swoich czasów jest trudny do przecenienia. Dla mnie samego ich piosenki wiążą się też z ogromnym ładunkiem nostalgii. Premiera "Toxicity" była wydarzeniem na moim podwórku i jednym z nielicznych momentów, gdy słuchanie ciężkich brzmień było modne. To było mocne, świeże i trudno było nie rozmawiać o tym, że nagle Ormianie zaczęli krzyczeć na wszystkich za pośrednictwem MTV. Ich historia, dziwność i brzmienie fascynowały. Tyle, że to wszystko miało miejsce z grubsza ćwierć wieku temu. Ostatnia płyta System of a Down wychodziła, gdy premierem został Kazimierz Marcinkiewicz i nic nie wskazuje, by kiedykolwiek powstała jeszcze następna. Członkowie grupy już się nie nienawidzą, ale też niespecjalnie udają, że się lubią. Stąd wiele tropów wskazuje, że takie koncerty są po prostu odcinaniem kuponów, odgrzewaniem kotletów i skokiem na kasę.
Zacznijmy od tego, że nagłośnienie było średnie. Również w czasie koncertu Queens of the Stone Age. System wszedł więc na scenę z osłabionym uderzeniem za to z walącą bez sensu perkusją. Na szczęście w czasie występu zaczęło się to trochę poprawiać i w okolicach "Needles" koncert zaczął być nawet słuchalny. Choć może też nie wszystko, bo jednak wokal Serj Tankiana ma już niewiele wspólnego z tym, co słychać na płytach. Jego aktywność sceniczna balansuje też gdzieś między Kraftwerk, a Liamem Gallagerem. Tylko, że ten drugi wciąż radzi sobie na wokalu. Serj był wycofany, a czasem skupiał się na klawiszach, których zresztą nie było słychać. Trochę ożywił się tylko, gdy w przerwie piosenkami wywiązała się rozmowa o wielkości tyłków. W znacznie lepszej formie był Daron Malakian, który zachował moc zarówno śpiewając, jak i grając. Zresztą kawałki takie, jak "Bubbles" w których SOAD był rozpędzoną maszyną gitarową brzmiały najlepiej. Wtedy też było widać, jak publiczność szaleje. Bardziej chyba niż zespół, który raczej odgrywał swoją rolę niż bawił się samym występem.
Sukces tego koncertu więcej mówi o tym, jak bardzo publiczność stęskniła się za ostrym graniem niż o formie samego zespołu. System of o Down to grupa, która ma zapewnione miejsce w historii. Należy się jej też szacunek za to zrobiła dla ciężkiego brzmienia, ale nie za takie koncerty. Nawet jeśli publiczność tak bardzo ich potrzebuje. Mi ten występ uświadomił jedno: legenda System of a Down ma niewiele wspólnego z aktualnym potencjałem zespołu.












