Sean Paul w Warszawie: "Czy polskie dziewczyny są gotowe do tańca?" [RELACJA]
Dawno nie spotkałem się z koncertem, który dałby mi dosłownie wszystko to, czego się spodziewałem przed. Czy to dobrze? Zależy, bo wygórowanych oczekiwań nie miałem. W każdym razie wczorajszy wieczór w warszawskim Torwarze należał raczej do tych tanecznych, a wszystko za sprawą Seana Paula, który nie miał zamiaru się zatrzymać ani na moment.

Widać było od pierwszego do ostatniego numeru, jak bardzo naładowany energią jest piosenkarz z Karaibów, w ciągu niespełna półtoragodzinnego koncertu dostaliśmy aż 33 numery. Nie powiem, momentami ten koncert był męczący swoim natężeniem, do tego sam Sean Paul również nieczęsto zabierał głos między piosenkami, więc w moim stwierdzeniu o niezatrzymywaniu się na moment, nie było przesady. Choć oszczędny w słowa, już na początku show zdołał wkupić się w łaski damskiej części publiczności, rzucając ze sceny: "Chcę się dowiedzieć, czy polskie dziewczyny są gotowe do tańca?". Odpowiedź była jednoznaczna.
Wielką zaletą koncertu był naprawdę udany dobór numerów. Oczywiście oprócz wielkich solowych hitów, jak "Temperature", "She Doesn't Mind" czy "Get Busy", nie zabrakło wielu jego gościnnych numerów. Było genialne "Cheap Thrills" nagrane wspólnie z Sią, "No Lie" z Dua Lipą czy "Rockabye" z Clean Bandit i Anne-Marie. Natężenie hitów było więc ogromne, tak że na atmosferę panującą na Torwarze nie można było narzekać. Oprócz tego nie obyło się bez nowości. Dostaliśmy wykonanie na żywo świeżej premiery - "Magnificent", choć na "Press Back" (premiery sprzed tygodnia) już miejsca zabrakło.
Nie zawsze normą jednak jest, by całe show kręciło się wokół jednej postaci, jak tutaj wokół Seana Paula - nie mieliśmy zbyt rozbudowanej scenografii czy licznej pirotechniki. Artyście przez większość numerów towarzyszyły dwie tancerki, którym trzeba oddać, że swoją intensywnością w tańcu, były w stanie nadążyć za tempem poszczególnych numerów, co nie było łatwym zadaniem. Pod koniec koncertu znalazł się jeszcze czas na krótką chwilę, podczas której piosenkarz dokonał autoreklamy własnego merchu i rzucił kilka swoich koszulek w publiczność.
Wczorajszy wieczór należy więc postrzegać nieco bardziej jako imprezę, na której naprawdę każdy dobrze się bawił niż typowy koncert, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. I to właśnie pod tym względem dostaliśmy od Seana Paula dokładnie to, co myślę, że większość osób z publiczności się spodziewała. Natomiast, co by nie mówić, jeśli fani wychodzą zadowoleni, wszystko inne powinno zejść na drugi plan - a ten cel bez dwóch zdań został spełniony.









