Sea You Showcase 2026: dzień pierwszy. Jeśli cię tu nie ma, to duża strata [RELACJA]
Coraz rzadziej mam okazję to powiedzieć, a bardzo lubię to zdanie: pierwszy raz byłam na tym festiwalu. I jak to zazwyczaj bywa, shame on me, bo prawdopodobnie wiele straciłam, nie będąc na poprzednich czterech edycjach. Nie tylko dlatego, że Gdańsk to najpiękniejsze miasto w Polsce i warto w nim bywać przy każdej możliwej okazji.

Sea You 3city Music Showcase, jak to showcase'y mają w zwyczaju, zaczął się od części konferencyjnej i rozmawiane było na temat Męskiego Grania, tego, jak polska scena podbija Japonię, Koreę i Chiny, oraz czy merch naprawdę ma znaczenie (ma!) i dlaczego.
Od godziny 18:30 - część artystyczna. Wiem, że można się domyślić po nazwie, ale napomknę, że ta impreza obejmuje artystów ze sceny trójmiejskiej, która przecież od zarania dziejów rodziła wspaniałe lub ważne, lub ważne i wspaniałe zespoły - choćby wspomnieć Bieliznę, Aptekę, O.N.A czy Dzieci Kapitana Klossa (choć teraz już, od ostatniego Jarocina - Dziady raczej). Proszę na mnie nie krzyczeć, że nie wymieniłam czegoś tam, to tylko przykłady. Trójmiasto ma się w każdym razie czym pochwalić.
W ramach formalności powiem jeszcze, że wszystko rozgrywa się na dwóch scenach. I tak - mniejszą Scenę Magazyn, która idealnie oddaje duszne, tłoczne kluby, otworzył zespół Maczety. Słuchając ich EP-ki (na Bandcampie znajdziecie, na Spotify nie), myślałam o tym, że to jeden z tych zespołów z nurtu punk rocka, który osoby słuchające punk rocka szanują, a reszta ludzi, ta nieprzyzwyczajona, spyta "Co to jest?". Ja tam punk zawsze w sercu, słucham wspomnianej EP-ki w tym momencie. To znaczy, "w tym momencie", kiedy piszę ten tekst, choć nie wykluczam, że w momencie, kiedy będziecie to czytać, to zdanie nadal będzie aktualne.
Zobacz również:
Później mocny element piątkowego line-upu - Bazgrołki. I niech was nie zwiedzie ta słodka nazwa. To trochę psychodelia, shoegaze, ale mocniej. Ciężej. Ja, jak pewnie większość, poznałam ich za sprawą "Dziewczyny z Seattle", ale jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądał ten koncert, to odpalcie sobie raczej wydany w tym roku album "Przełamując fale".
Potem zrobiło się dużo lżej, bo dostaliśmy na scenie L.A.S., czyli Lachowicz Audio System, czyli projekt Jacka Lachowicza, którego znacie m.in. ze Ścianki albo ukochanego mojego Lenny Valentino. I jeśli po tym zdaniu oczekujecie czegoś podobnego, no to nie. Że zacytuję Macieja Ulewicza, a tym samym opis z Instagrama, to raczej "książę szlachetnej, inteligentnej i refleksyjnej polskiej elektroniki tanecznej". Żal mi, że sama tego nie wymyśliłam, bo lepszego opisu stworzyć się prawdopodobnie nie da. "Miły" towarzyszy mi od dłuższego czasu przy bieganiu, bo nie ma nic lepszego dla nóg niż taki równy rytm. Cudownie było to usłyszeć na żywo, choć odezwał się we mnie odruch Pawłowa i musiałam się powstrzymywać, bo bieganie pod sceną z reguły nie jest mile widziane, o ile nie jesteś na jakimś punkowym albo hardcore'owym koncercie. Na szczęście tańczyć zawsze można. Najważniejsze zdanie, które usłyszałam pod sceną podczas tego koncertu? "Dawno się tak dużo nie uśmiechałem". Ten projekt pełni u mnie tę samą funkcję, co np. dwie pierwsze płyty Piersi. Nawet nie muszę słuchać, po prostu o tym pomyślę i z jakiegoś absurdalnego powodu mam lepszy humor.
Kolejny zespół to Siekirka Trio. Przyznaję od razu, że to nie do końca mój gust, ale z drugiej strony nikt mnie tu nie pytał o upodobania. Zdecydowanie warto sprawdzić - choćby "Cel Pal" - i przekonać się na własne uszy. Scenę Magazyn zamknęła Klaudia Daliva, czyli - mówię to z pełną odpowiedzialnością ze swe słowa - jeden z najciekawszych głosów na polskiej scenie w ostatnim czasie. Usłyszałam ją pierwszy raz, bodajże, na Next Feście w poznańskim w_sercu, poczułam się oczarowana i nadal mi nie przeszło.
Jako pierwsi na dużej scenie wystąpili Loveworms. Przy okazji ich koncertu na półfinałach Wielkopolskich Rytmach Młodych pisałam, że "narobiło nam się tych zespołów, które razem z The Bullseyes mogłyby stanąć pod szyldem 'Twój ulubiony zagraniczny zespół z Polski'". Naprawdę nie chcę się już powtarzać z tymi zachwytami. Mogę powiedzieć tylko: HEARTBEAT, OH OH! YOU'D DO IT IN A HEARTBEAT! MY HEART BEATS, OH OH, LOUDER THAN A DRUM KIT!
Później Tymon Tymański Yasstet, czyli dla mnie najbardziej przystępna odsłona Tymona Tymańskiego. Nie, nadal nie rozumiem fenomenu Kur, nie przekonacie mnie. Nic osobistego, to tylko nie moja estetyka. Mam zdjęcie z przyjacielem, na której ma on koszulkę Kur, i nadal się do siebie uśmiechamy, i uważam, że to piękne, że to, co nas różni, nie musi nas dzielić. W każdym razie tak, Yasstet - jak najbardziej.
O 21 na scenę wyszedł zespół oczekiwany przez wielu, czyli Blenders. Ja w sumie byłam po prostu ciekawa, ale po usłyszeniu "Biribom, Biribom, Biribom, Biribomba / We wantcha with us chodź i skacz a little longah" i "Kupiłem czarny ciągnik", okazało się, że spełniło się jakieś moje marzenie, o którym nie wiedziałam, że je mam. W końcu słuchało się za dzieciaka, no nie? Jeśli ktoś ma ochotę teraz powiedzieć: "Ooo, przed chwilą nie rozumiała Kur, ale Blenders super", to, proszę, nie mówcie tego. Nie wszystko musi być logiczne. Jeśli korpo czegokolwiek mnie nauczyło, to tego, że pracujemy na odczuciach. Na Blendersach bawiłam się setnie.
A potem dwa koncerty, które biją się o miano top koncertu tego festiwalu, tylko z dwóch różnych powodów. Najpierw Budka Surfera by Unda, czyli projekt, który powstał w przyczepie kempingowej poprzedniego lata, gdzieś w Chałupach. "14 kawałków i goście: Miły ATZ, Gruby Mielzky, Pers, Nadja LOLO, Kosma Król i surf-kolektyw, który wbił na kemping". W opisie można przeczytać też, że to nie tylko muzyka - to klimat. I nie jest to tylko gadanie pod presspacka. Trudno opisać to, co działo się pod sceną. Wspomnę tylko, że panowie i pani mieli taką władzę nad publicznością, że jak powiedzieli, że żeby odblokować następny kawałek, trzeba podnieść lewą rękę i, kręcąc się przeciwnie niż wskazówki zegara, krzyczeć "rzeźnia", przeciągając ostatnią samogłoskę, to publiczność podniosła lewą rękę, zaczęła się kręcić przeciwnie niż wskazówki zegara i krzyczała "rzeźniaaaaaa".
Z kolei Spoiwo to była podróż dokądś. Niby to "kolektyw balansujący między post-rockiem, elektroniką i muzyką filmową", ale to w ogóle nie oddaje tego, co potrafią zrobić na żywo. To jeden z tych koncertów, na których zupełnie wyłączasz się z rzeczywistości. Idźcie, jeśli tylko będziecie mieli szansę. Przysięgam, że warto. A, i głębokie ukłony dla świetlika, bo światło było równie ważną częścią tej magii.
Taki to był koncert, że jak o nim znowu pomyślałam, pisząc poprzedni akapit, to teraz nie umiem złożyć sensownych dwóch zdań podsumowania. Umówmy się, że podsumuję jutro, dobra?










