6 czerwca na Stadionie Śląskim w Chorzowie rozpoczęła się trasa "Obrotowy Tour 2026" - wyczekiwana przez fanów i jak się okazuje, zupełnie nieobliczalna. Jeśli ktoś (ja) był już na poprzednich stadionowych koncertach artysty, mniej więcej wiedział, czego może się spodziewać. Wszystkie te założenia runęły jednak w gruzach, gdy Dawid Podsiadło udowodnił, że wciąż ma głowę pełną pomysłów i chęć realizowania ich. I tak - znów były kolorowe wizualizacje na telebimach, bogate efekty specjalne, scena na środku płyty i on, jeden, biegający w kółko, śpiewający swoje największe przeboje i żartujący z widownią, jak chłopak z sąsiedztwa. Mimo to nie była to powtórka z rozrywki, a raczej pójście o krok dalej i zaproszenie słuchaczy na kolejne widowisko na skalę światową, które nigdy się nie nudzi. Tego typu show nie powstydziłyby się największe gwiazdy zagranicznej estrady - a nawet mogłyby mu pozazdrościć.
Zanim jednak Dawid Podsiadło sam wkroczył na okrągłą scenę, w obroty wzięto publiczność. Na telebimach zaczęły pojawiać się różnego rodzaju gry i zabawy, które w pewien sposób zastąpiły występ supportu (takowy zaplanowano jedynie na finałowy koncert "Obrotowego" w Warszawie). Przez dobrych kilka minut oglądaliśmy, jak ukryta kamera wyłapuje osoby z widowni, które wyglądały jak sobowtóry znanych postaci z bajek. Takim sposobem jeden z fanów został okrzyknięty kucharzem z "Ratatuj", innego z kolei mianowano Panem Iniemamocnym, a na koniec ojca z córką pokazano jako Ralpha Demolkę i Wandelopę. Oprócz tego oglądaliśmy jeszcze, jak uczestnicy wydarzenia grają między sobą w "Kamień, papier, nożyce" - przeciwnicy również wyłapywani byli przez ukrytą kamerę. Ostatnią z atrakcji okazały się wyzwania pod hasłem "Złap wspólny vibe z osobą obok", które polegały m.in. na tańczeniu razem Macareny, wymachiwaniu bioderkami czy udawaniu fali.
"Ziemia cały czas się obraca i może dlatego niektóre momenty trwają tak krótko" - usłyszeliśmy chwilę po tym, jak na Stadionie Śląskim zgasły wszystkie światła. Męski głos, znany Polakom głównie z filmów przyrodniczych, ogłosił ciepło, że "nie wszyscy się znamy, ale we wspomnieniach z tego wieczoru będziemy już zawsze razem i tylko od nas zależy, jak się nawzajem zapamiętamy". Zaapelował do widzów, aby spróbowali doskonale bawić się na rozpoczynającym się w tej chwili koncercie - tak, jakby jutra miało nie być. "Śpiewajmy - nawet za głośno. Tańczmy - nawet trochę za bardzo. Śmiejmy się - nawet bez powodu" - powiedział, po czym dodał, że "teraz, przez krótką chwilę, czas się dla nas zatrzymał". W tym momencie jednak dla Dawida Podsiadły i całego jego zespołu stało się coś zupełnie przeciwnego - machina ruszyła.
Jako pierwszy wybrzmiał "Małomiasteczkowy", który kilka lat temu zdefiniował karierę Dawida, a następnie usłyszeliśmy jedną z nowszych pozycji w dyskografii artysty - "Pięknie płyniesz" - wydane w ubiegłym roku i inspirowane ucieczką zdalnie sterowanego wieloryba, który urozmaicał koncerty na "Trasie Stadionowej 360°". Oba utwory pokazały, że choć ponownie znajdujemy się na stadionach i patrzymy na całkiem podobną, okrągłą scenę oraz tego samego wokalistę, nic nie będzie takie samo. Odświeżone aranżacje znanych i lubianych przebojów z pewnością zaskoczyły tych, którzy kojarzą kawałki Dawida głównie z lecącego w domu w tle radia. Dla wiernych fanów, mających już na koncie kilka występów piosenkarza, mogły być z kolei lekarstwem na nudę i powtarzalność. Jednocześnie nowe melodie pozostawiły sporo przestrzeni nie tyle dla głównej gwiazdy, co dla rozbudowanego zespołu - który tego wieczoru miał jeszcze wiele okazji do popisów instrumentalnych.
33-latek pojawił się na scenie w iście eleganckiej stylizacji - jakby już swoim strojem chciał pokazać, jak ważny jest to dla niego moment. Koncert tej rangi wymagał od niego koszuli i garniturowych spodni, a nawet szykownego krawatu. "Dobry wieczór, Chorzów!" - usłyszeliśmy z ust wokalisty po dwóch pierwszych utworach. "Wow, znowu to robimy!" - dodał po chwili zachwycony tłumem na Stadionie Śląskim. W tym momencie przemieścił się na jeden z wybiegów, które okalały całą scenę, a tam czekało już na niego pianino. Piosenkarz zagrał i zaśpiewał słynną "Szarość i Róż", pokazując, że nie zatrzyma się tego wieczora ani na moment.

W połowie wielkiego hitu, będącego swoistą laurką dla polskiego społeczeństwa, Dawid starym zwyczajem (kiedyś praktykował go jednak podczas "I Ciebie też, bardzo") przebiegł przez całą scenę, by znaleźć się na zupełnie drugiej stronie, gdzie czekało na niego kolejne pianino. "Wszystkich, którzy będą na mnie patrzeć z prawej strony, przepraszam za braki w zaroście, ale to skromne początki" - rozładował atmosferę artysta, który tego dnia zadebiutował przed fanami w pełnym zaroście, nie tylko wąsie. Wszyscy razem dokończyli refren piosenki, która już na poprzedniej trasie stała się prawdziwym stadionowym hymnem, dzięki chóralnemu "ra ra ra ra ra".
Choć zaczął od tak zwanych "the best of", w setliście nie zabrakło miejsca dla nowości. Tym sposobem usłyszeliśmy "Tylko to, co znasz" - ironicznie, piosenkę, której zupełnie nie znamy. Utwór napisany został z myślą o kolejnym albumie Podsiadły, który jeszcze w tym roku! Zaraz po nim wróciliśmy do tego, co znane i wyśpiewywane - wybrzmiały moje ukochane "Trofea", podczas których artysta znów zaskoczył. Na scenie pojawiła się nowość - ogromna grupa tancerzy, którzy zaprezentowali energiczną choreografię, rozstawieni niemal po całym okrągłym wybiegu.
Do tego momentu koncertu zdążyłam już zauważyć, że Dawid wciąż stawia nie tylko na jakość, ale też na ogrom i spektakularność - jak przystało na wydarzenia stadionowe. Podczas wszystkich piosenek na ekranach wyświetlały się kolorowe, dopracowane wizualizacje, przedstawiające w głównej mierze abstrakcyjne kształty, ale czasem również jakieś historie. Przy scenie buchały dymy, było konfetti, a już niedługo później rozpoczęła się sekcja, nazwana przez piosenkarza "ognistymi utworami", gdzie z rur leciały gorące ognie, których temperaturę dało się poczuć aż na trybunach. Były też piękne światła, lasery i dziesiątki tancerzy, którzy dokładali wszelkich starań, aby zapełnić całą scenę 360°.
Wokalista przygotował następnie kolejną premierę na żywo - tym razem piosenki, która ujrzała światło dzienne zaledwie kilka dni temu. "na błysk", choć nie zdążyło jeszcze zagościć na stałe na playlistach fanów, zdecydowanie miało czas na to, aby zaistnieć - niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. W sieci rozpętała się bowiem burza dotycząca teledysku do kawałka, przy którym użyto technik, które nie spodobały się części Polaków. "Ajajaj! Dokładnie, AI, AI, AI... Mam nadzieję, że to wytrzymacie. Jeśli trzeba - zamknijcie oczy. Otwórzcie serca, zamknijcie oczy" - komentował w swoim żartobliwym stylu Podsiadło tuż przed wykonaniem, choć widać było, że cała sprawa wciąż nieźle go ugniata.
Później był "Post", przed którym z ust gwiazdora padło kilka ostrzeżeń. "Uważajcie, bo będzie gorąco! Pamiętacie zasady, wiecie, o co chodzi. Oczywiście, ja też pamiętam, żeby dalej mieć brwi" - mówił. Następnie "Diable" z kolejnymi ognistymi niespodziankami. Tuż po hicie z płyty "Lata dwudzieste" piosenkarz zaprosił na scenę pierwszego gościa (a właściwie kilku) - zespół Krzyk Mody, znany z "zorzowego" projektu Fenomen. Wraz z nim wykonał ich autorski utwór, aby już za chwilę zaserwować publiczności swój "Pastempomat".
Balladą "4:30" Dawid zakończył sekcję z energicznymi, najbardziej znanymi hitami, aby nieco zwolnić na chwilę. I tak zrobił już niewiarygodną liczbę kroków, krążąc po scenie w tę i z powrotem. Fani wyciągnęli latarki, a klimat całkowicie się zmienił. Później wybrzmiał jeszcze "Nieznajomy", w mojej ulubionej, country wersji, który również wprawił uczestników wydarzenia w zadumę. Tuż po nim Dawid zaserwował kolejny cios - "mori" - czyli, jak sam stwierdził, "najsmutniejszą piosenkę". Uwagę od trafiających prosto w serce słów i poruszającej melodii odciągnęły jednak wówczas świecące opaski na ręce, które rozdano każdemu uczestnikowi przed koncertem. Cała widownia zamieniła się bowiem w jeden wielki ekran led - światło zaczęło rozchodzić się falami, od pierwszych rzędów pod sceną, przez całą płytę, aż po najwyższe trybuny, pulsując i falując w rytm kompozycji. Wrażenia i widoki niesamowite.
Aby rozładować atmosferę po trudnych utworach, Dawid sięgnął po swój stary, sprawdzony sposób - żarty z publicznością. Przyznał, że od kilku piosenek ktoś z pierwszych rzędów przy barierkach nie ustępuje i próbuje zaprosić go na randkę. "Nie mogę, jestem przeszczęśliwie zajęty" - przyznał przed dziesiątkami tysięcy osób wokalista, po czym zmienił temat, zostawiając nutę tajemniczości. Zachęcił wówczas publikę do picia wody, której na stadionie miało być pod dostatkiem dla każdego.
Kolejnym punktem na setliście okazało się "millenium", zostawiające widzów w melancholijnej atmosferze. Dym obecny na scenie stworzył iście filmową atmosferę, a u mnie pojawiły się ciarki - zwłaszcza przy popisach wokalnych Podsiadły. Końcówka piosenki została przearanżowana w ten sposób, że pojawiły się elementy disco. Gwiazdor usiadł za pianinem, a jego zespół użył syntezatorów, aby zupełnie odmienić charakter piosenki. Chwilę później wokalista zaprezentował jedną ze swoich zapomnianych kompozycji - "Let You Down" - a na scenie wsparł go wówczas złożony z dziesiątek osób chór.
Przez cały koncert nie mogłam wyjść z podziwu, jak technicznie dopracowano każdy możliwy detal. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak dźwięk, który okiełznano mistrzowsko, co z pewnością nie było najłatwiejsze. Gdy Dawid przemawiał pomiędzy piosenkami słychać było spore echo - zasługa ogromu Stadionu Śląskiego - jednak w trakcie utworów melodie oraz wokal brzmiały już nienagannie.
W kolejnym przerywniku artysta poświęcił chwilę na podziękowania i pozdrowienia. "Jest tu mnóstwo moich przyjaciół, rodziny" - podkreślał ze sceny. Najpierw wyraził ogromną wdzięczność dla obecnej na stadionie nauczycielki z dawnej szkoły muzycznej, dzięki której m.in. jest dziś tu, gdzie jest. Ciepło pozdrowił także Panią Asię i Pana Jaśka, którzy obchodzili 40. rocznicę ślubu. Prywatnie są to rodzice Karola, Mateusza i Wojtka - ludzi, z którymi Podsiadło wychowywał się na początku swojego życia.
"Tu będzie, kochani, gość. Zapraszam serdecznie do zabawy" - ogłosił następnie wokalista z Dąbrowy Górniczej, a na scenie pojawiła się postać legendarna, której obecność na stadionach Dawida nie dziwi już prawie nikogo. Artur Rojek wkroczył na scenę i wraz z główną gwiazdą zaśpiewał "Chłopców" - utwór, który wywołał nostalgię i ogromny entuzjazm wśród widowni. "Zakurzone smęty" - jak nazwał je sam Podsiadło - zostały przypomniane, aby za chwile wrócić do klasycznego repertuaru. "'Najnowszy klip' - kochani, jak wam się podobał? Śmieję się, przecież wiem..." - zażartował z przekąsem piosenkarz, po czym wykonał wspomnianą piosenkę przypominając erę "Małomiasteczkowego". Opaski na rękach widzów ponownie rozświetliły się, układając w kolorowe wzory, i od teraz nie gasły już chyba do końca koncertu. 33-latek napomknął o nich w swojej przemowie, zwracając uwagę na to, że są wielorazowe i przydadzą się podczas kolejnych wydarzeń z trasy. "Miasto, które odda najwięcej opasek, będzie miało wyjątkowy bonus" - zarzekał się artysta. "Namierzę każdego z was, kto zabierze ją do domu. Żartuję, właśnie nie przyjdę" - dodawał po chwili. "Śmiechy śmiechami, ale błagam was, oddajcie opaski" - podsumowywał.

Później wybrzmiały jeszcze utwory takie jak nowy "sezon" w rockowej wersji czy "To co masz Ty!", przy którym fani wręcz oszaleli. "Wszystkie rączki w górę, Chorzów!" - krzyczał sam Dawid, czując, że jest to chyba najchętniej śpiewany kawałek w trakcie całego wieczoru. Nie spodziewał się natomiast, że za chwilę nastąpi jeszcze większe szaleństwo. Na scenie pojawił się bowiem kolejny gość, a wraz z nim potężne ogłoszenie. Sobel wbiegł w rytm piosenki "Kochasz", a publiczność nagrodziła go głośnymi piskami.
"Fajnie, że miałeś czas. Dzięki stary, dzięki" - powiedział na wstępie Dawid. "Nie ukrywam, że prawie pokonały mnie kluski śląskie, także wielki hałas dla klusek śląskich!" - żartował sobie Sobel. "Nie wiem, jak się czujesz w kontekście, na przykład... Czujesz, że powinniśmy coś ogłosić?" - pytał po chwili Podsiadło, testując cierpliwość publiczności. "Z ogromną przyjemnością chciałbym przedstawić wam pierwszy projekt przyszłorocznej Zorzy. Będziemy robić wspólną płytę. Zróbcie wielki hałas - Dawcia i Sobel" - wykrzyczał wyraźnie podekscytowany piosenkarz. Po chwili skupił się jeszcze na detalach technicznych, zaznaczając, że osoby zapisane do specjalnego biuletynu, kolejnego dnia od godziny 12:00 będą już miały możliwość zarezerwowania sobie miejsca na nadchodzącym Festiwalu Zorza, który wystartuje latem 2027 r.

Tego wieczoru usłyszeliśmy jeszcze "Wirusa", na którym Dawidowi ponownie towarzyszyła ogromna grupa tancerzy - śmiem twierdzić, że ich liczba przekroczyłaby pół setki - oraz "Trójkąty i kwadraty", od którego tak naprawdę wszystko w karierze Podsiadły się zaczęło. W trakcie przeboju gwiazdor poprosił publikę, aby kucnęła - co posłusznie wykonała - a następnie wyskoczyła jak najwyżej w górę. "Zaraz będziemy skakać jak kangury" - krzyczał w rytm utworu piosenkarz, po czym sam skakał jak oszalały, towarzysząc fanom. Z nieba posypało się konfetti, które w świetle reflektorów wyglądało jakby na słuchaczy spadł deszcz brokatu. Później wybrzmiał kolejny ponadczasowy numer - "Nie ma fal" - z przepięknym wstępem Agi Bigaj, która wręcz zaczarowała swoim głosem. Było też "W dobrą stronę" z ostrzejszą, gitarową aranżacją, która mam wrażenie, że zachęciła publikę do jeszcze lepszej zabawy. Solówki Olka Świerkota po refrenach były miodem na moje uszy, a biało-czerwone światełka z opasek nadały kompozycji jeszcze bardziej stadionowy charakter.
"Mam 33 lata, moje życie zmieniło się na zawsze, jak miałem jakieś 19" - opowiadał Dawid, któremu zebrało się na wspomnienia, czując nieubłaganie zbliżający się koniec koncertu. "Dziękuję, że mogę robić to, co kocham. Przepraszam, kiedy was rozczarowuję i zawodzę" - dodawał po chwili artysta. "Dziękuję, że mimo wszystko przychodzicie. To ogromny dar, że mogę robić to, co mogę. I wiedzcie, że nigdy o tym nie zapominam" - podkreślał.
Gdy zrobiło się sentymentalnie, na scenie ponownie pojawił się Artur Rojek - nie mogło bowiem zabraknąć kultowego "Długość dźwięku samotności". Wraz z Dawidem wykonał legendarny przebój Myslovitz, a publika tradycyjnie dokończyła numer, zupełnie bez pomocy wokalistów. "Kochani, został nam jeszcze jeden utwór. To jest piękna piosenka o miłości" - zapowiadał następnie muzyk. "Piosenka, przy której, jak ktoś jest szalony, mógłby się nawet oświadczyć" - dodawał, podczas gdy na jedną z trybun zaczęło padać mocne światło reflektora. To tam jedna z fanek powiedziała "tak", gdy jej ukochany poprosił ją o rękę, a wszystko uwiecznione zostało przez kamerę i pokazane na wielkich telebimach. Zakochani będą mieli pamiątkę do końca życia, a pierwszy taniec na ich ślubie coś czuję, że może odbyć się przy dźwiękach "I Ciebie też, bardzo". To właśnie ten hymn Męskiego Grania, w oryginale wykonywany jeszcze z Vito Bambino i Darią Zawiałow (których tym razem w Chorzowie zabrakło), pożegnał widzów stadionu, odchodzących w iście miłosnej atmosferze. Na koniec Dawid podziękował całej ekipie technicznej oraz swojemu zespołowi. Poprosił, abyśmy zrobili wielki hałas dla siebie samych, ukłonił się na każdą z czterech stron świata, zaapelował o bezpieczny powrót każdego do domu i zszedł ze sceny. "Całuski, całuski, Chorzów. Dziękuję" - z tymi słowami, piskiem w uszach i satysfakcją po blisko trzygodzinnym show zostawił nas Dawid Podsiadło, po raz kolejny piszący historię polskiej muzyki.










