Brytyjczycy przyjechali do Polski w ramach trasy, której nazwa właściwie nie pozostawia wiele miejsca na niedopowiedzenia. "Summer of Hits", czyli obiecane były hity. I rzeczywiście były. Zanim jednak wybrzmiały pierwsze znane dźwięki, z głośników popłynęło intro "Atomic Ranch", które dobrze wprowadziło publiczność w futurystyczny, nieco niepokojący świat OMD. Powtarzające się frazy o domu, samochodzie, robotycznej żonie i idealnym życiu brzmiały jak reklama przyszłości pomieszana z ostrzeżeniem. Na wizualizacjach przywołujących estetykę zespołu pojawił się nawet samochód znany z okładki ważnej dla nich płyty "Crush". A potem już kolorowe światła, syntezatory i "Isotype". To był mocny początek.
"Dobrze jest tu wrócić" - powiedział McCluskey, a chwilę później, po brawach, podziękował publiczności po polsku: "dziękuję".
Trasa skupiała się na największych hitach brytyjskiego zespołu. "Souvenir", "Dreaming", "So in Love" czy "Locomotion" - to przy nich widać i słyszeć było nagłe wezbranie się publiczności. W tym roku szczególnego znaczenia nabiera "(Forever) Live and Die", bowiem piosenka obchodzi 40. rocznicę wydania. Ciekawe było też zestawienie dwóch wersji "Joan of Arc" z ich trzeciego albumu studyjnego "Architecture & Morality" z 1981 roku. O ile pierwsza została przyjęta dobrze, o tyle przy "Joan of Arc (Maid of Orleans)" publiczność wyraźnie dostała dodatkowego zastrzyku energii. Po utworze McCluskey rzucił żartobliwie, że to już właściwie koniec i pora iść do łóżka.
Oczywiście został. Jeśli czegoś nie można odmówić McCluskeyowi, to energii. Frontman OMD przez cały koncert pozostawał w ruchu, tańczył, gestykulował, próbował wciągać publiczność do wspólnej zabawy. Momentami jego taneczne ruchy są już tak bardzo "z innej epoki", że mogę tutaj napisać "lekki cringe", ale w zasadzie o to chodzi. Zabawne było też jego: "you gonna dance with me now".
Na scenie dominowały syntezatory i konsolety, lecz na szczęście nie pozostały one głównym bohaterem Letniej Sceny Progresji. Idąc na koncert, zastanawiałem się, ile zostało z charakterystycznej barwy Andy'ego. Upływ czasu jest nieunikniony, ale w przypadku OMD wydarzyło się coś, co na koncertach zespołów z podobnym stażem wcale nie jest oczywiste: charakterystyczna barwa głosu McCluskeya pozostała niemal natychmiast rozpoznawalna. Albo sprawiła to typowa brytyjska maniera w głosie (trochę kaczkowata), albo Andy naprawdę jest kosmiczny.
Zespół przez lata był często sprowadzany do etykietki "synth-pop z lat 80.", której definicja w ich przypadku jest zwyczajnie za ciasna. OMD rzeczywiście pomogli wynieść syntezatory do popowego mainstreamu, ale jednocześnie od początku interesowały ich tematy znacznie mniej beztroskie niż sugerowałyby kolorowe światła i taneczne melodie. W ich piosenkach pojawiały się wojna, technologia, atomowa zagłada, sztuczna inteligencja czy fascynacja tym, co może przynieść przyszłość. "Enola Gay" jest przecież jednym z najbardziej przewrotnie radosnych przebojów o katastrofie w historii popu. Może dlatego muzyka OMD tak dobrze znosi upływ czasu? Syntezatory mogą brzmieć retro, ale pytania, które zadają w piosenkach, wcale się nie zestarzały…
Po głównej części musiał oczywiście pojawić się bis. Ze sceny wybrzmiały jeszcze "Secret", "Pandora's Box" i "Electricity".
"Co za wspaniały wieczór z wami!" - powiedział McCluskey na koniec.
Paul Humphreys dodał, że fantastycznie dla nich było zagrać dla polskiej publiczności.
OMD, schodząc ze sceny, pozostali dla wielu zespołem z lat 80., ale na scenie wciąż zachowują się tak, jakby przyszłość dopiero miała nadejść.















