Orange Warsaw Festiwal 2026. Dzień pierwszy: spodziewaj się niespodziewanego [RELACJA]
Za nami pierwszy dzień kolejnej edycji Orange Warsaw Festivalu. Impreza odbywa się tradycyjnie na Torze Wyścigów Konnych Służewiec, w dniach 29-30 maja, a na dwóch rozstawionych scenach królują zarówno polskie, jak i zagraniczne gwiazdy. Pierwszy dzień upłynął mi pod hasłem "niespodziewane", a największymi zaskoczeniami okazały się koncerty TV Girl i Dominica Fike. Królowały kontrasty, gitarowe i organiczne brzmienia, ale też trochę rapu oraz ambitnego popu. Brawurowe występy polskich twórców - Livki czy Kasi Lins - mogły śmiało konkurować z popisami zagranicznych gwiazd. Oto, co jeszcze działo się tego popołudnia w Warszawie.

Bramy festiwalu otworzyły się punktualnie o godz. 15:00, a niewielki (w porównaniu z ubiegłymi latami) tłum fanów wbiegł na teren nie oglądając się za siebie i tym bardziej - nie zwracając uwagi na apele ochrony o niebieganiu. W dłoniach trzymali specjalnie przygotowane plakaty na szaroburych kartonach, w ich outfitach królowały czerwone krzyże i skaterskie akcenty, a to wszystko o dziwo nie przez headlinera... Jak się okazało, uczestnicy pierwszego dnia Orange Warsaw Festiwalu biegli okupować barierki po to, aby zobaczyć Dominica Fike - badboya prosto z Ameryki, którego piosenki balansują między luźnym gitarowym brzmieniem, rodem z alternatywnego popu i indie rocka a rapowymi tekstami i energią punkrocka.
Zanim jednak doczekaliśmy się koncertu amerykańskiego artysty, festiwal zaoferował nam wiele innych doznań, które śmiało mogę określić hasłem "zaskoczenia". Mniejszą scenę pod namiotem - Warsaw Stage - otworzył występ sióstr Sarah Julia i choć frekwencja jeszcze nie dopisywała, a pod barierkami znalazła się zaledwie garstka osób, artystki świetnie poradziły sobie z przywitaniem uczestników. Koncert był idealnie dobrany do pory dnia i momentu "rozkręcania się" całej imprezy. Było spokojnie, folkowo i żałuję jedynie, że artystki nie miały szansy zaprezentować się na otwartej przestrzeni - wówczas rozłożyłabym sobie kocyk na trawie i z chęcią posłuchała ich leżąc na łonie natury, wpatrując się w niebo. Sarah i Julia zagrały w powiększonym, w większości kobiecym składzie - na scenie oprócz nich znalazły się jeszcze dwie gitarzystki oraz perkusista. Królowały organiczne dźwięki, a moje serce skradło banjo występujące w kilku utworach. Usłyszeliśmy piosenki takie jak "Thoughtless Man" czy "Bigger Picture". "Jak tam?" - zapytała w pewnym momencie po polsku jedna z sióstr, co spotkało się z entuzjastyczną reakcją publiczności. W występie znalazło się także miejsce na anegdotki, m.in. o tym, jak w dzieciństwie - mając zaledwie sześć i osiem lat - wokalistki oglądały wspólnie program o rozbijających się samolotach, a ich ojciec na to pozwalał, przez co jedna z nich nabawiła się strachu przed lataniem. Wspomnienie to zainspirowało jednak Sarah i Julię do napisania utworu "Black Box", który trafił w moje gusta najbardziej z całego setu.
Chwilę później nastąpiła całkowita zmiana klimatu, za sprawą pierwszego koncertu na Orange Stage. Uczestników OWF-a powitał Pezet, a raczej jego DJ, który przed występem rapera dał 20-minutowy popis swoich klubowych umiejętności. Za sprawą największych rapowych hitów ze świata rozgrzał publikę, aby Pezet mógł "przyjść na gotowe". Artysta wkroczył więc na scenę z impetem, prezentując kompilację swoich najsłynniejszych utworów, starszych klasyków, ale i nowości. Towarzyszył mu oczywiście hypeman, ale także cała grupa tancerzy, którzy nadawali koncertowi wielowymiarowości. W pewnym momencie na scenie pojawiła się jeszcze gościni specjalna - Livka - która podbija ostatnio świat hip-hopu za sprawą swojej współpracy z Taco Hemingwayem. Zaskoczyły mnie ognie i buchające dymy, których nie spodziewałabym się po Pezecie. "Wiem, że jest wcześnie do k---- nędzy, ale chcę zobaczyć wasze ręce w górze" - krzyczał raper do zgromadzonej publiczności. W trakcie występu jeszcze kilkukrotnie zaznaczał, że nie pasuje mu wczesna pora i brak nocnego klimatu, lecz starał się walczyć z tym zachęcając uczestników do skakania i dając z siebie więcej niż 100 procent. "Wszystkie stawy skokowe w ruch!" - wołał, a tłum posłusznie reagował na apele artysty.
Na scenie pod namiotem zobaczyliśmy tego dnia jeszcze Alessi Rose - artystkę, na której koncert już po raz drugi trafiłam za sprawą festiwalu. Tak jak poprzednim razem, zaskoczyła mnie swoją ogromną energią i kontaktem z publicznością. Mimo wszystko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest bliźniaczką Olivii Rodrigo - zarówno z wyglądu, stylu, jak i muzycznie. Popowe kawałki, z delikatnym gitarowym zacięciem, nie wyróżniają się na tyle, żebym chciała do nich wracać. Na warszawskiej scenie wokalistka nieustannie skakała, biegała i tańczyła, a ja dziwiłam się, że jeszcze daje radę wyciągnąć czyste dźwięki. Dostrzegała każdy plakat przygotowany przez wielbicieli, każdy gest miłości słuchaczy, którzy w pierwszych rzędach przeżywali koncert, jakby był ich ostatnim. W pewnym momencie przyznała, że to jej druga wizyta w Polsce - odwiedziła Warszawę już w zeszłym roku, w ramach swojego solowego show i wówczas był to jeden z jej ulubionych przystanków na trasie. Tym razem Polacy również jej nie zawiedli.
Mój osobisty faworyt piątkowego dnia Orange Warsaw Festivalu to koncert TV Girl - przerósł moje najśmielsze oczekiwania i wprawił w letni nastrój, z którego nie chcę się wybudzać aż do jesieni. Królowały tu relaks, ironiczne teksty, zabawne usposobienie członków zespołu, dużo basów i rozświetlające to wszystko syntezatory rodem z największych hitów lat 80. Frontman przedstawił grupę jako "profesjonalnych animatorów", zapewniając publiczność, że zadbają o ich dobre samopoczucie i zabawę. Przez większość koncertu nie rozwodził się przy mikrofonie nad zbędnymi przemowami, tylko śpiewał, a raczej melorecytował piosenki. Uroku wszystkiemu dodawał jego poker face, który utrzymywał nawet przy wyśpiewywaniu wersów takich jak "Kto zwróci uwagę na rudzielców świata? Kto zadzwoni do nich w nocy, kiedy są nadzy i samotni". Nie zabrakło największych hitów zespołu - m.in. "Cigarettes Out the Window", "Lovers Rock" czy "Blue Hair". Była także solówka na trójkącie, która pobudziła cały tłum zgromadzony pod główną sceną do klaskania - brzmiało to co najmniej magicznie. "Goodnight folks" - usłyszeliśmy na koniec, lecz po zejściu ze sceny zespół zdecydował się powrócić na krótki bis. Wiwatowanie i oklaski słuchaczy nie pozwoliły im tak łatwo schować się za kulisy.
Warsaw Stage przejęła później Livka, która powróciła do swojej popowej ery - znacznie różniącej się od tego, co robi obecnie przy współpracach z raperami. Zaprezentowała set złożony ze swoich piosenek, głównie ballad, takich jak "List" czy "Garstki". Sama przyznała, że jej autorski repertuar to głównie "smęty" i zapewniła publiczność, że ten koncert to "prawdziwy test na cierpliwość". Pod koniec bowiem zdecydowała się na energiczniejsze bangery - "nic(i) czy "Bez stresu", podczas którego publika czekała na gościnny występ Taco Hemingwaya, wypatrując go po bokach sceny. Ostatecznie wokalistka sama dokończyła utwór, pozostawiając sporą część publiczności z niedosytem. Przedpremierowo Livka wykonała także swój nowy utwór - utrzymany w stylistyce hip-hopowej, która wyraźnie staje się wokalistce coraz bliższa - pytając jednocześnie uczestników festiwalu, czy powinna go wydać. Reakcja mówiła sama za siebie.
Gdy zapadł zmrok i nadeszła godzina 21:00 na Orange Stage wreszcie odbył się koncert, na który zapewne 80% uczestników czekało najbardziej. Mój kiepski research sprawił, że spodziewałam się kolejnego rapowego show, podobnego do Pezeta, jedynie z większym światowym zacięciem. Wszystkie moje założenia zostały zburzone już w momencie pierwszej piosenki, gdy Dominic Fike wszedł na scenę i rozpoczął swój set w punkowym stylu z "How Much Is Weed?". Na scenie było ciemno, artysta pobiegł na wybieg, aby najpierw przywitać fanów cierpliwie czekających pod samymi barierkami, a następnie powrócił do statywu z mikrofonem i zaczął grać. Wyglądał jak jeden ze stałych bywalców osiedlowego skate parku, scenografia sceniczna - na którą składały się pomięte flagi m.in. z napisami "tragedia" i "komedia" - wskazywała na charakter buntownika, chętnego do manifestów, a w jego przemowach słychać było totalny luz. Mimo wszystko czułam ciepło, ogromną radość bijącą od artysty i miłość, kierowaną w stronę wiernych fanów. Utworami takimi jak "Babydoll" czy "White Keys" udowodnił, że nawet jeśli ktoś myślał, że nie zna jego muzyki, z pewnością kiedyś mimowolnie zanucił hit, będący viralem na TikToku. Słoneczne dźwięki, rodem z soulu, chwytliwe melodie i gitarowe riffy przeplatały się tu z hip-hopowym flow, buntowniczymi tekstami i elementami rocka. Nie brakowało popisów wokalnych (przez które wręcz wryło mnie w ziemię), solówki na pianinie czy miksów na konsolecie, których wokalista podejmował się sam, bez pomocy dodatkowego członka zespołu. "Kocham cię, Polsko!" - krzyczał w pewnym momencie do publiki, a następnie - w jednej z przemów - wyznał, że poprzedniego wieczoru czytał sporo o historii i kulturze naszego narodu. Wspomniał o pierogach czy Fryderyku Chopinie. Jedna z fanek wymachiwała wówczas w tłumie bluzką z napisem "I Love Polish Girls", a gdy Dominic zobaczył upominek, nie mógł oprzeć się pokusie. Zeskoczył ze sceny, aby odebrać prezent, po czym momentalnie ubrał go na siebie i dokończył koncert z wymownym napisem na piersi. "Pasuje idealnie" - podkreślił. Chwilę później zdobył się także na wyznanie. "Nie lubię być na scenie" - powiedział, po czym dodał, że chciałby teraz bawić się wraz z polskim tłumem pod sceną, lecz nie może. Po tym koncercie uroczy młodziak z tatuażami na twarzy i zamiłowaniem do rozrób z pewnością na dłużej zagości na moich playlistach.
Tego wieczora w namiocie odbył się jeszcze koncert Kasi Lins, która niedawno rozbiła bank podczas Gali rozdania nagród Fryderyk, zgarniając aż trzy statuetki - za Artystkę Roku, Album Roku Pop Alternatywny i Teledysk Roku (do piosenki "Śmierć w bikini", która wybrzmiała również podczas OWF-a). W obecnej erze, inspirowanej Obywatelem G.C. i twórczością nieodżałowanego Ciechowskiego, artystka ponownie stawia na mrok oraz duszną aurę, co doskonale widać było na Warsaw Stage. Królował dym, psychodeliczne światła i artystyczne wizualizacje na ekranach, a Obywatelka K.L. zaprezentowała kompozycje takie jak "Przyznaję się do winy", "Sexy Doll" czy "Zapytaj mnie czy cię kocham". W trakcie jednej z piosenek zeszła nawet w tłum, aby przespacerować się wśród publiki i wyśpiewać mocny tekst prosto w twarze słuchaczy.
Na zamknięcie Orange Stage doczekaliśmy się koncertu Lewisa Capaldiego, który obiektywnie zgromadził największy tłum, jako headliner, choć zaangażowanie publiczności było o wiele mniejsze niż przy wcześniejszym występie Dominica Fike. Zapewne to sprawka repertuaru, który prezentuje Brytyjczyk - emocjonalne ballady to jego specjalność, o czym przekonała się także warszawska publiczność. Lewis wkroczył na scenę w rytm "Hollywood", z gitarą akustyczną i w towarzystwie rozbudowanego zespołu. Choć sam był w centrum uwagi, nie sposób nie zauważyć ogromnego udziału pozostałych muzyków - w trakcie koncertu królowały gitary i pianino, lecz miodem na moje uszy była trąbka, pojawiająca się jedynie w niektórych momentach. "Warszawo, jak się czujecie?!" - pytał już w trakcie pierwszej piosenki 29-letni piosenkarz. Niedługo później, po zaprezentowaniu poruszających "Grace" oraz "Heavenly Kind of State of Mind" przeszedł do pierwszej przemowy. Podniosła atmosfera runęła w sekundę, gdyż Capaldi jest mistrzem zabawnej gadki i z łatwością rozbawił tłum, który sekundę wcześniej ocierał łzy. Najpierw wyznał, że "dobrze powrócić do Polski, ponieważ dawno go tu nie było". Ostatni raz wystąpił przed naszą rodzimą publicznością w 2023 r., a przez kolejne lata potrzebował przerwy od sceny, aby poprawić swoje zdrowie psychiczne. Obecnie podkreślił, że "nie ma już żadnych problemów... poza zakochiwaniem się w ostrych laskach", czym wywołał salwę śmiechu. W pewnym momencie artysta pokusił się również o komentarz dotyczący terenu festiwalu, czym ponownie rozbawił wszystkich słuchaczy. "Czy tylko ja to czuję, czy śmierdzi tu g-----?" - powiedział, dodając, że gdzieś obok musi znajdować się farma. W trakcie koncertu najbardziej wzruszające okazały się najpopularniejsze przeboje muzyka - "Before You Go" czy "Someone You Loved" - które wybrzmiały wręcz chóralnie, z udziałem tysięcy osób zgromadzonych pod sceną. Było to show pełne kontrastów i idealne podsumowanie dnia, w którym królowało to, co niespodziewane.

























