Bramy drugiego Męskiego Grania we Wrocławiu otworzyły się o godz. 16:00, więc niedługo później na terenie imprezy było już setki osób. Ludzie kłębili się przy stoiskach z napojami, robili sobie zdjęcia pod bramą festiwalu, rozkładali koce i zajmowali leżaki, aby pierwsze z koncertów pooglądać z wygodnej pozycji siedzącej. Chwilę przed 17:00 na scenę wyszedł Piotr Stelmach znany z Radia 357 i przemówił do publiczności - poprosił wszystkich o powstanie i uczczenie pamięci osób, które walczyły w Powstaniu Warszawskim minutą ciszy. Równo o godzinie, o której 82 lata temu wybuchła rewolucja, zaczęły wyć syreny, a festiwalowicze stali na baczność z głowami pełnymi myśli. "Dziękujemy bardzo" - wyznał dziennikarz muzyczny, gdy hołd dobiegł końca. Niedługo później na scenie pojawił się pierwszy występujący - Wiraszko.
"Trudno wystartować o takiej, a nie innej godzinie" - ogłaszał ze sceny artysta. "Cześć i chwała bohaterom! Oby to się nigdy nie musiało powtórzyć" - mówił w poruszających słowach Wiraszko. Artysta wkroczył na scenę z pełnym zespołem, w którym szczególnie urzekające okazały się wokalistki z chórku. Swoim uśmiechem i kołysaniem się zarażały dobrą energią, nawet o tak niełatwej godzinie. Były lider zespołu Muchy zaprezentował przekrój swojej twórczości - nie zabrakło solowych kawałków, takich jak "Nie przepraszam", "To co kochasz, to co znasz" czy "Dni, które przed nami", ale też przebojów formacji, m.in. "Szaroróżowe" i "Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę". W trakcie setu muzyka zaczął padać pierwszy i właściwie ostatni deszcz tego dnia, co nie sprzyjało staniu pod barierkami. Garstka osób została i wtórowała wokaliście w refrenach. "Jeszcze większy szacunek za to, że nie uciekacie przed deszczem" - ogłaszał wówczas Wiraszko.
Męskie Granie 2026 we Wrocławiu - na scenach m.in. Wiraszko, Hela, Kasia Sienkiewicz, Coma i Organek
Scenę Ż, zaraz po jego występie, przejęła Helena Englert, znana pod artystycznym pseudonimem Hela. Młoda gwiazda ma na swoim koncie dopiero cztery single, ale też masę niewydanych piosenek, które zaprezentowała publiczności Męskiego Grania przedpremierowo. Jak sama przyznała - był to dopiero jej drugi koncert w karierze (wcześniej miała okazję zaśpiewać początkiem lipca na Open'er Festivalu), ale zdenerwowania nie było wcale widać. "Dobry wieczór, nie ukrywam, że jestem bardzo zestresowana" - informowała na wstępie artystka, jednocześnie stale uśmiechając się do tłumu, tańcząc i zagadując pomiędzy piosenkami. Zaczęła od "MILCZ", czyli singla, który słuchacze zdążyli już poznać, bowiem swoją premierę miał w styczniu tego roku. Później zaprezentowała jeszcze kilka wolniejszych kawałków, aby w drugiej połowie setu przejść do prawdziwej wiksy i "PANI DOMU" czy "PRZYTOBIE". "Wiem, że jest wcześnie, ale na moich koncertach się skacze i dobrze bawi" - zapowiadała, zachęcając festiwalowiczów do szaleństwa. Widać było, że Hela doskonale czuje się na scenie - pomimo wcześniejszych zapewnień, że jest zupełnie na odwrót. Choć jej dosyć proste teksty wciąż nie przypadają mi do gustu, doskonałej prezencji i charyzmy wokalistce nie można odmówić. Jednocześnie w jej piosenkach słychać dopracowaną produkcję i chwytliwe melodie, które mają potencjał na bycie viralowymi hitami. Jeśli to nie gotowy materiał na popową gwiazdę, to ja nie wiem, co nim jest. Teraz tylko czekam na wydanie numeru z fragmentem marsza weselnego, bo cukierkowa historia opowiedziana w nim przez Helę urzekła mnie już na Open'erze i jestem pewna, że trafi też do innych.
Scena Główna należała następnie do Kasi Sienkiewicz, która obecnie próbuje swoich sił w solowej karierze. Jednocześnie na scenę nie wkroczyła sama, a w towarzystwie aż dziewięciu muzyków. Nie brakowało sekcji rytmicznej, basu, gitar, skrzypiec, trąbki, a także chórku. Gwiazda nie żałowała budżetu na zespół, co dało się usłyszeć w każdej z piosenek. Brzmienia były niezwykle bogate i wielowymiarowe, chwilami nawet słyszałam w tym wielkie produkcje Disneya do ścieżek dźwiękowych bajek, gdzie piosenki nagrywają całe orkiestry. Choć Kasia, podobnie jak Hela, ma na swoim koncie niewiele opublikowanych utworów, ogłoszono, że już na jesień wyda debiutancką, solową płytę. Usłyszeliśmy więc, to co na niej się znajdzie, a także znany już singiel "Były momenty", duet "Nie mówię tak, nie mówię nie" w oryginale śpiewany z Wiktorem Dydułą, lecz na Męskim Graniu solo, i jeszcze cover legendarnego hitu Kombi - "Słodkiego miłego życia". Na widowni dało się wyłapać komentarze z wątpliwościami na temat nieobecności Jacka, które Kasia prędko wyjaśniła. "Kwiat Jabłoni teraz śpi" - ogłosiła wokalistka, informując tym samym, że jej brat obecnie gra sety DJ-skie w zadymionych klubach o 1:00 w nocy. Jak artystka przyznała - sama do nich tańczyła już wiele razy i bardzo poleca. Ona natomiast, "w ramach odpoczynku ma własny zespół".
Kolejnym koncertem tego dnia był wyjątkowy projekt Tribute to Stanisław Soyka, zaprezentowany przez Natalię Przybysz, Smolika oraz zespół wokalistki. Takiego występu na tegorocznym Męskim Graniu we Wrocławiu jeszcze nie było. "Minął rok, ale wszyscy nadal są w szoku" - ogłaszała Natalia, wspominając nieodżałowanego Stanisława Soykę. Opowiedziała ze sceny o tym, jak wstrząsająca była dla niej wiadomość o śmierci legendarnego artysty, gdy kilka chwil wcześniej śpiewała z nim wspólnie na próbie w sopockiej Operze Leśnej. "Czuję się niesamowicie odpowiedzialna za ten wieczór i ten koncert" - podkreślała wokalistka. Na sam początek wybrzmiało poruszające "Życie to krótki sen", a następnie festiwalowicze usłyszeli "Epitafium dla Mahalii Jackson" - bo, jak przyznała Przybysz, była to artystka, którą oboje z Soyką uwielbiali. Pomiędzy utworami przewodnicząca koncertu opowiadała historie związane ze zmarłą legendą, przy których nie kryła wzruszenia, wywołując tym samym łzy wśród publiczności. "Był moim przyjacielem. Zawsze, jak go spotykałam, to czułam, że jest to mój druh" - mówiła ze sceny, po czym wspomniała, jak kiedyś piosenkarz kupił od niej nawet mercedesa. Wybrzmiały też piosenki "Niech całują Cię moje oczy" i "Cud niepamięci", a za chwilę na scenę wkroczyła pierwsza gościni specjalna - Paulina Przybysz. Siostry wykonały wspólnie "Tak jak w kinie", a następnie podzieliły się wspomnieniami, jak Stanisław rozmawiał z nimi wierszami Czesława Miłosza. Usłyszeliśmy jeszcze "You've Got A Friend", a także polską wersję utworu z soundtracku do bajki "Toy Story" - "Ty druha we mnie masz". Później na scenę zaproszona została jeszcze Grażyna Łobaszewska, z którą Stanisław wykonywał wielokrotnie kultowy przebój "Czas nas uczy pogody" - tym razem wybrzmiał on bez wokalisty. Przez cały czas trwania koncertu nad występującymi czuwał jednak Stanisław, w postaci pamiątkowego zdjęcia, umieszczonego na telebimie za muzykami. Czuć w tym wszystkim było ducha jego twórczości, a Natalia Przybysz i Smolik doskonale poradzili sobie z nowymi aranżacjami wyjątkowych utworów artysty.
Scenę Główną na sam wieczór przejął zespół Coma, który zgromadził pod sceną masę słuchaczy, największą z całego dnia (nie licząc Orkiestry Męskiego Grania). Jeszcze na żadnym z koncertów nie widziałam takich tłumów, ale co się dziwić - powroty formacji na scenę to w końcu wydarzenia historyczne. Coma zaprezentowała typowy dla siebie, mocny set, ze świetnymi solówkami gitarowymi, mrocznym brzmieniem i eterycznym Roguckim. Usłyszeliśmy utwory, takie jak "Trujące rośliny", "Za chwilę przestaniemy świecić" czy "Skaczemy", podczas którego wśród uczestników na próżno było szukać takich, co choć trochę nie podskakiwali. Wybrzmiało jeszcze "Proste decyzje", przy którym wokalista zachęcał do klaskania. "To są takie momenty, kiedy publiczność z zespołem stają się jednym momentem, jedną piosenką" - mówił do mikrofonu. Chwilę później zabrał głos w sprawie wojny na Ukrainie, która od kilku lat wciąż się toczy. "Tam giną takie same chłopaki i dziewczyny, jak wy" - podkreślał Rogucki. Stwierdził wprost, że zbyt dużo zła dzieje się na świecie i mimo tego, że obecne społeczeństwa są na tyle rozwinięte, że byłyby w stanie wielu rzeczom zapobiec, nie robią tego. "Mamy wystarczająco dużo narzędzi, żeby to działało dobrze, a nie działa" - zostawił publiczność z refleksją. Na koniec setu Coma zaprosiła na scenę gościa specjalnego - Ralpha Kaminskiego - wraz z którym wykonała "Pożegnanie z bajką". Ta wersja utworu przyprawiła mnie o ciarki, głosy Roguckiego i Kaminskiego idealnie komponowały się w duecie, a towarzyszące temu psychodeliczne dźwięki nie dały o sobie zapomnieć do końca wieczoru.
Na Scenie Ż jako ostatni wystąpił zespół Organek, który zrezygnował z energicznego i tanecznego setu, a zaprezentował festiwalowiczom spokojny koncert, przepełniony rock and rollem. Rozpoczął instrumentalnym pięciominutowym wstępem, aby następnie zaprezentować piosenki takie jak "Dziewczyna śmierć", "We got no love" czy "Fotograf Brok" oraz "Lili i pałąk" upamiętniające Powstanie Warszawskie. Artysta również oddał hołd walczącym Polakom, wspominając swój album, który kilka lat temu nagrał, przy okazji 77. rocznicy tego niezwykle ważnego wydarzenia. Opowiedział historię mężczyzny, który brał udział w powstaniu, i to na podstawie jego życiorysu powstała jedna z kompozycji. Na koniec pozostawił tłum z dźwiękami "Nie lubię (Mizantropia)", które nie miały szansy wybrzmiewać długo, bowiem na Scenie Głównej już szykowano się do występu głównych gwiazd wieczoru.
Co działo się na koncercie Orkiestry Męskiego Grania 2026 we Wrocławiu?
"Dobry wieczór, Wrocław! Czy macie jeszcze siłę?" - przywitał się z festiwalowiczami Vito, po czym swoim skocznym krokiem zaprosił wszystkich do tańca w rytm "Słodkiego miłego życia" od Kombi. Od samego początku między nim, Zalią i Igorem Herbutem czuć było świetną energię. W każdej z piosenek dopełniali się nawzajem, pomiędzy numerami żartowali i potrafili zachęcić publiczność do zabawy lepiej niż ktokolwiek inny. "Dawajcie, nadrobimy sobie za wczoraj" - komentował sytuację z poprzedniego dnia Bambino, gdy chciał, aby tłum skakał razem z nim. Jako kolejne wybrzmiały "Urke" Wilków oraz "Tańcz głupia tańcz" Lady Pank, przy którym Leon Krześniak - grający w zespole Męskiego Grania na gitarze - zaserwował solówkę nie z tej ziemi. "Macie ręce?!" - usłyszała publika, gdy Orkiestra prowokowała do klaskania. "Było już o tańczeniu, o piciu i o wszystkim innym, więc teraz o miłości" - zapowiedziała Zalia, wyznając jednocześnie, że teraz wykona wraz z kolegami najpiękniejszy według niej polski utwór o kochaniu. Usłyszeliśmy poruszającą wersję "Kocham cię, kochanie moje", aby za chwilę przejść do energicznego "Ale w koło jest wesoło". "Ostatnio to mówię często na koncertach Męskiego Grania, ale dzisiaj wyjątkowo jesteście perfect" - zwrócił się do publiczności Herbut, nawiązując swoim żartem do oryginalnego wykonawcy kultowej piosenki. Chwilę później Zalia została sama na scenie, aby wykonać "Tyle słońca w całym mieście". Utwór nabrał o tyle wyjątkowego charakteru, że na koncercie obecny był wnuk Anny Jantar - Jasiek Dąbrówka gra bowiem w Orkiestrze na perkusjonaliach. Po poruszającej aranżacji legendarnego numeru Zalia zniknęła za kulisami, a oczom widzów znów ukazał się Vito. "My tu mamy do pogadania na moment, nie wiem czy on w ogóle przyjdzie na scenę" - rzucił z humorem w kierunku Igora, który zaraz dołączył do niego, aby wykonać wspólnie odświeżoną wersję "Mój przyjacielu". W piosence nie zabrakło wstawki reggae-rapowej od Bambino, która doskonale wpasowała się w klimat całego występu i unowocześniła retro kawałek Krawczyka. Następnie usłyszeliśmy "Ten sen" od Varius Manx i "Kiedy powiem sobie dość" O.N.A., podczas którego nawet Igor Herbut nie krył wzruszenia. Na widowni pojawiły się latarki, a wokalista LemON przyznał, że na każdym koncercie Orkiestry stara się po prostu nie zepsuć tej piosenki. Vito zaprezentował jeszcze swoje "guilty pleasure" sięgając po repertuar Papa D i "Nasz Disneyland". Później wybrzmiała funkowa wersja "Telefonu" Fisha Emade Tworzywo śpiewana przez całą trójkę. Na koniec Herbut zaśpiewał kawałek zespołu, który go ukształtował, serwując publice prawdziwą dawkę rockowych brzmień z "Jak malowany ptak" od Dżemu. Finałem wieczoru były oczywiście dwie autorskie piosenki Orkiestry Męskiego Grania 2026 - "Tańczę" i "Nareszcie". Już przy pierwszych nutach publiczność oszalała i bawiła się nawet lepiej niż do kultowych numerów prezentowanych chwilę wcześniej. Wydawało się, że niemal cała publiczność zna tekst słowo w słowo. Tłum nie pozwolił artystom tak prędko zejść ze sceny i ogromnymi oklaskami, wiwatowaniem oraz piskiem namówili Zalię, Vito i Igora do bisu. "Czy jesteście gotowi absolutnie się z nami spocić, zmęczyć i dobrze bawić?" - pytał Bambino, a na pozytywną odpowiedź nie musiał długo czekać. Ponownie usłyszeliśmy więc dwa hymny tegorocznej edycji Męskiego Grania. Wieczór we Wrocławiu zakończył się z ogromną energią i rozgrzanymi biodrami, a mi ta Orkiestra zrobiła naprawdę dobrze na sercu.






![Martyna Baranowska: “Ważniejsza od samego brzmienia jest intencja” [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000N6UFXDVD6SJ9O-C401.webp)




