Madison Beer w Krakowie: Odzyskała uśmiech, a polscy fani odlecieli [RELACJA]
Jej pierwszy koncert otwierający światową trasę "the Locket tour". Jej kolejny przystanek w Polsce, którą sobie przypodobała za sprawą polskich korzeni i miłości fanów, a nawet przysposobiła, sama sobie nadając biało-czerwone barwy. Jej energia i powierzenie publiczności intymnych historii sprawiły, że otwarcie trasy w Krakowie zapisze się w historii, a może i nawet obudzi innych artystów, którzy nadal niechętnie otwierają serię swoich występów w naszym kraju. Madison, zadzwoń do Ariany i daj jej nasze namiary. Powiedz jej też to, co powiedziałaś nam ze sceny - wprawiłaś przecież całą Tauron Arenę w chóralny wrzask. Ale po kolei!

O albumie "locket" pisałem już wcześniej i nie zauważyłem wtedy, że otwierany medalik, tak jak na zewnątrz zachwyca swoim blaskiem, w środku, po otwarciu magicznej klapki, może chować w sobie rdzę, zniszczenie materiału, reakcję na wilgoć otoczenia i pułapki, które kryją zewnętrzne czynniki. Korozja w uczuciach jest przecież niemałym problemem, a rozprawiliśmy się z nią w Krakowie.
Grunt to zacząć z silnym zanęceniem, a "yes baby" spełnia wszystkie warunki rozgrzewającego openera. Beer już pierwszym wyśpiewanym dźwiękiem rozkazała wszystkim wstać z miejsca, ruszyć głową, a i ręką - ich las nie opadł przy kolejnym "15 MINUTES", które, choć nie znalazło się na finalnej trackliście "locket", na żywo musiało pokazać, co potrafi. A potrafi naprawdę wiele, tak samo jak "BOYSHIT". Zaciekawił mnie fakt, że utwór w głos wyśpiewała nawet dwójka, na to wychodzi, heteroseksualnych byczków. Naprawdę trudno było nie wpisywać ich w żadne ramy, bo ich sprośne żarty mówiły same za siebie, a pod nogami mieli wydojone już chyba szóste piwo (od łebka), a to dopiero pierwszy akt show. Cóż - tym razem słuchamy i oceniamy!
Po "Home to Another One" (założę się, że Kevin Parker chciałby mieć ten numer w swojej dyskografii) Kraków usłyszał "bad enough", który zamknął pierwszy, tanecznie skonstruowany akt. Jasnym było, że kolejno czeka na fanów zwolnienie rytmu - i tak też się stało. Gdy wybrzmiało intro "Reckless", poznałem się z dziewczynami obok, które zaczęły płakać po pierwszej nutce, a ja nagrałem najczulszy fragment mojej znajomej, która cytat z piosenki kilka lat temu zamieściła na swoim przedramieniu: "I'm so sorry if you can relate". "Mam nadzieję, że oboje pójdziecie do piekła" - o tak, to zdanie cała arena, oczywiście po angielsku, wyśpiewała jak jeden mąż, jednym tchem, co stało się dla mnie momentem kulminacyjnym. Po wydłużonej wersji "locket theme" przyszedł czas na debiut "somehow i got lucky", a po "healthy habit" byczki wyszły po siódme piwo - widać akt balladowy nie przypadł im do gustu.
Jedną z moich ulubionych piosenek Madison jest "Envy the Leaves" z krążka "Silence Between Songs" - nie spodziewałem się, że podczas tej trasy usłyszę go na żywo (nie był promocyjnym singlem), a jednak! Wychodzi na to, że Beer również trzyma ten utwór blisko serca. Jak dobrze! Po "nothing at all" nadszedł czas na pewnik, czyli ukochane przez fanów i wyśpiewane do cna "Dear Society", żeby w kolejnym etapie oddać decydującą pałeczkę fanom. Madison wymyśliła grę, dość popularną ostatnio podczas występów gwiazd, polegającą na wybieraniu utworu przez uczestników koncertu. Fani mieli zadecydować swoim entuzjazmem - krzykiem, który swoją intensywnością miał kreślić typ utworu. "Blue" i "Stay Numb and Carry On" pokonał "Sour Times", a więc w moim przekonaniu nie mogło być lepiej. "Spinnin'" było wisienką na balladowym torcie, a już przy kultowym "Selfish" straciłem głos - to wina moich byłych. "Why you always such a gemini" - krzyknęła ze sceny Madison, a jej pomogłem. Ledwo widzące na oczy byczki z chwiejnym krokiem i gorszym - a o to już było naprawdę trudno, uwierzcie - żartem powróciły do sektora z serią kolejnych trzech piw, zaś "you're still everything" z klasą zakończyło drugi akt.
Należy docenić interludia, które Madison przygotowała z pieczołowitym oddaniem dla swojej estetyki. Bajkowe kadry, zalążki historii niby baśń Andersena, a jednak zawsze obleczona niespodziewanym twistem, burzą w raju, otwartą operacją na ciele. Beer otworzyła się na stole, pokazała swoje wnętrzności, wyśmiała wady miłości i znalazła swoje inne właściwości - poszła dalej, tym razem w świat "angel wings". "Kocham was, jesteście najlepsi. Czy ktoś był na mojej ostatnie trasie w Warszawie w dniu moich urodzin?" - zapytała i spróbowała wyłapać z tłumu kilka znanych twarzy, co oczywiście okazało się niewykonalne.
Po figlarnym "Baby" i dość statecznym "for the night" Madison rozpoczęła występ z utworem "free", moim ulubieńcem z "locket deluxe", który wyszedł zaledwie kilka dni temu. "I don't need no money, need no power over me / I don't need permission, I'll do whatever I please / I don't need no money, need no power over me / Run, we run, he's mine, I run and hide with my baby" - mocny tekst w kontekście drogi, jaką Beer musiała przejść i trudnej wędrówki na krętych szlakach show-biznesu.
Było czuć, że powoli zmierzamy do końca. Podczas "complexity" znów cała arena zjednoczyła siły i zdarła kilkaset gardeł, a przy "lovergirl" Mad postanowiła zrobić sobie obchód po barierkach - wyszła do fanów, przytulała ich, a nawet wzięła do ręki kilka telefonów, nagrywając ze swojej perspektywy fragment występu. "Make you mine" roztańczyło nas na dobre i nic dziwnego, bo ten kawałek EDM idealnie temu sprzyja. W ogóle ta piosenka powinna być utworem "Espresso" Madison w kontekście popularności, ale "general public" nie było na to gotowe... A szkoda - strata mas. Konfetti nakreśliło koniec przygody podczas hitowego "bittersweet", a Mad znowu podziękowała polskim fanom za ich niekończącą się miłość.
To ciekawe, jak Madison szczerze kocha Polskę. Wielokrotnie przypominała przecież, że ma polskie korzenie, starała się nawet mówić po polsku, zaś dwa lata temu, w marcu, wybrała warszawski Torwar na swój urodzinowy występ. Tym razem nie tylko owinęła się polską flagą, pokazała nam, co trzyma w środku swojego medalika w kształcie serca, ale i oprowadziła nas po jego krawędziach, ostrożnych wyżłobieniach i starannie wyrytych grawerunkach na podobieństwo miłosnych zawodów, utracenia siebie i odnalezienia klucza do otwierającego kłódkę wisiorka. Dopiero po wyśpiewaniu historii zawartych na "locket deluxe" powierzchnia małego metalu przeznaczonego dla obramowania szyi oczyściła się. Korozja ustała. Madison odzyskała uśmiech. Polscy fani odlecieli. Nic by z tego nie było, gdyby rdza dalej wiodła prym. Jak dobrze, że w Krakowie, miejscu nowych rozdziałów, stała się wspomnieniem.










