Louis Tomlinson w Gliwicach: Z wielką miłością do fanowskiej społeczności [RELACJA]
4 kwietnia 2026 r. większość Polaków spędzała świąteczny czas w gronie najbliższych. Najwierniejsi fani Louisa Tomlinsona zrezygnowali jednak z wizyty u rodziny i popędzili do Gliwic, gdzie odbył się koncert artysty z trasy "How Did We Get Here? World Tour", promującej jego najnowszy krążek. Słuchacze byłego członka One Direction tworzą jedną z najsilniejszych społeczności wśród fandomów, czego dowodem był między innymi ten show. "To jest moje szczęśliwe miejsce" - mówiła przed występem jedna z fanek. Czym więc tym razem zaskoczył Tomlinson?

Nie od dziś wiadomo, że fandom Louisa Tomlinsona to jedna z najbardziej oddanych społeczności w historii współczesnej muzyki rozrywkowej. Zbudowany na fundamentach fanclubu One Direction - boysbandu-fenomenu, który 15 lat temu zdominował świat - dziś rozwija się i rośnie w siłę samodzielnie, pochłaniając coraz większą liczbę osób z każdym kolejnym wydanym albumem artysty. Louisiary okazują ogromną miłość swojemu idolowi nie tylko poprzez standardowe działania, takie jak zakup płyt, merchu, biletów na koncerty czy promowanie jego muzyki - dla nich to za mało! Liczy się poświęcenie, całkowite oddanie i pokazanie, że jesteś w stanie wręcz wypruć sobie żyły, aby Louis czuł wsparcie.
Tym sposobem polski odłam fandomu Tomlinsona zapisał się na kartach historii m.in. byciem najgłośniejszym tłumem na trasie koncertowej, co niejednokrotnie podkreślane było podczas poprzednich wizyt wokalisty w Łodzi czy Krakowie. Po skończonych show niemal wszyscy fani wychodzili z areny ze zdartymi gardłami, a wśród fotografów mówiło się, że to jedno z niewielu wydarzeń, na których zatyczki do uszu nie chronią od bliskiego kontaktu z ogromnymi głośnikami w fosie, a od pisków i krzyków osiągających poziom ponad 100 decybeli.
Innym wyrazem oddania polskich słuchaczy było kolejkowanie na koncert Louisa przez tydzień! W ubiegłych latach koczowanie w śpiworach i namiotach pod arenami przez kilka dni było dla posiadaczy biletów normą, z czym na obecnej trasie team artysty postanowił zawalczyć. W trosce o zdrowie i samopoczucie fanów zarządzono losowy system przyznawania numerków w kolejce. Choć ludzie dostali dzięki temu możliwość - po uprzednim odebraniu specjalnej opaski - powrotu do domu czy hotelu, bez wielogodzinnego przesiadywania na chodnikach i trawnikach w oczekiwaniu na otwarcie bram, tłumy i tak przez całą sobotę kłębiły się przy PreZero Arenie.
Ogromne kolejki ustawiały się do stoiska z merchem stojącego przed areną, choć po koncercie przy sklepiku ustawionym już wewnątrz świeciło pustkami. Fani przesiadywali w większych grupkach na kocach, rozłożonych na trawniku, prowadząc dyskusje na tematy związane z koncertem. Inni wymieniali się uprzednio zrobionymi własnoręcznie bransoletkami przyjaźni. Jeszcze inni podpisywali się kredą na chodniku, zaznaczając swoją obecność w Gliwicach. Kolejni robili sobie pamiątkowe zdjęcia z przygotowanymi plakatami, śpiewali dawno zapomniane piosenki One Direction czy po prostu krążyli w okolicach areny, szukając znajomych twarzy. Z czego to wynika?
Louis Tomlinson przyjechał do Gliwic, a tłum fanów zebrał się pod areną na wiele godzin przed koncertem
Kilka godzin przed otwarciem bram na koncert Louisa z trasy "How Did We Get Here? World Tour" w Gliwicach zjawiłam się pod areną, gdzie udało mi się porozmawiać z kilkoma przedstawicielami fandomu. Poszukiwałam odpowiedzi na pytanie, co oznacza dla nich bycie w tej społeczności. "To jest takie ukojenie nerwów" - powiedziała wprost jedna z fanek, dla której koncerty są sposobem na odcięcie się od szarej rzeczywistości.
"Cała ta społeczność, która tutaj przyjeżdża, sam koncert, to że można się ładnie ubrać - to jest naprawdę super" - mówiła kolejna z słuchaczek, podkreślając, że przybycie na koncert to nie tylko zaspokojenie potrzeby usłyszenia ulubionych piosenek na żywo, lecz także wielkie święto.
Pod PreZero Areną spotkałam także dwie dziewczyny, które na koncert zabrały ze sobą tatę. Dla nich show Tomlinsona zamieniło się w czas spędzony z najbliższymi i było swoistym zaproszeniem rodzica do swojego świata. "Mnie córka namówiła - na muzykę Louisa, Harry'ego, w ogóle na One Direction. Przekonałem się do tej muzyki, bo słuchałem czegoś innego" - wyjawił mężczyzna, wyraźnie podekscytowany koncertem. Zdradził mi, że najbardziej czeka na usłyszenie na żywo "Defenceless" z debiutanckiej płyty Louisa. Na jego rękach dostrzegłam kolorowe bransoletki z koralików, którymi zapewne chwilę wcześniej podzieliły się z nim napotkane fanki, a jako koncertowy outfit ojciec-fan wybrał koszulkę z nadrukowaną minką z iksami zamiast oczu, czyli znakiem rozpoznawczym Tomlinsona. "Najważniejsze to być szczęśliwym, nie?" - podsumował naszą rozmowę mężczyzna.
Na pytanie, czym jest dla nich bycie w fandomie, kolejne fanki odpowiadały niemal jednogłośnie. "Poczucie wspólnoty. Z wielką liczbą ludzi coś cię łączy, macie wspólne zainteresowania, pasje. Czujesz, że tak naprawdę nie jesteś sama. W moim gronie znajomych za bardzo nikt się tym nie interesuje, więc jak jestem tutaj, na koncercie, to od razu czuję tę energię. To jest moje szczęśliwe miejsce. Jestem bardzo zadowolona, że udało mi się w ogóle znaleźć coś takiego" - usłyszałam od jednej z uczestniczek koncertu.
"To duża rzecz. Od małego tak naprawdę jestem w tym fandomie - przez siostrę. Jest to nieodrębna rzecz mojego życia. Ich muzyka (One Direction - przyp. red.) pomogła mi w wielu sytuacjach" - mówiła kolejna. "My się poznałyśmy przez fandom. Przyjaźnimy się od paru lat, a teraz tutaj razem jesteśmy" - dodawała jej koleżanka, podkreślając, że za sprawą fandomu można nawiązać znajomości na całe życie. "Jest takie poczucie przynależności z ludźmi, których się tak naprawdę nie zna, a pozna przez jeden wieczór i potem się razem fajnie bawimy" - mówiła na koniec jeszcze jedna słuchaczka.
Zanim Louis Tomlinson przejął arenę, na scenie wystąpiły dwa supporty. Jak wypadli Alex Spencer i Pale Waves?
Choć pod gliwicką areną życie koncertowe kręciło się już od godzin porannych, prawdziwy maraton rozpoczął się o 18:30. Ludzie zaczęli wchodzić - a raczej szaleńczo wbiegać - na teren wydarzenia, chcąc zająć jak najlepsze miejsca blisko barierek. Wśród fanów czuć było ogromne napięcie, emocje wręcz buzowały, lecz zanim doczekali się występu głównej gwiazdy, na scenę wkroczył młodziutki Alex Spencer z Manchesteru. 19-latek zagrał support, jakiego życzyłabym każdemu. Choć jego pop-rockowe kompozycje nie wyróżniały się zbytnio ponad to, czym zasypywani jesteśmy w dzisiejszych czasach z każdej możliwej strony, wiele nadrabiał aparycją. Zachęcał tłum do wspólnego śpiewania, angażował go w klaskanie i machanie latarkami, a nawet nagrodził komplementem za bycie najgłośniejszym z trasy (w końcu historia lubi się powtarzać). Pochwalił się znajomością kilku polskich zwrotów - takich jak "Cześć, Gliwice" - pobrzdąkał na gitarze, uroczo uśmiechał się do pierwszych rzędów, na koniec pomachał polską flagą, wykonał backflipa i opuścił scenę, zostawiając miejsce dla kolejnego supportu.
Po półgodzinnej przerwie fani mieli okazję być świadkami pierwszego w historii koncertu Pale Waves w Polsce. Zespół pochodzący również z Manchesteru rozgrzał tłum uczestników swoimi dreampopowymi kompozycjami, takimi jak "Television Romance" czy "There's A Honey", ale zaskoczył również kultowym coverem "Zombie" z repertuaru The Cranberries, który liderka grupy nazwała jednym z najlepszych zespołów w historii muzyki. W tym występie nie zabrakło ostrej, rockowej energii, ale też kontrastujących, ciepłych słów, kierowanych w stronę Tomlinsona. Muzycy wyrazili bowiem ogromną wdzięczność dla artysty za możliwość zagrania z nim na tegorocznej trasie koncertowej. Nazwali go nawet "najlepszym człowiekiem na świecie". Z kolei polska publiczność ponownie pochwalona została za zaangażowanie i bycie bardzo głośną.
Louis Tomlinson wystąpił w PreZero Arenie w Gliwicach. To już czwarta wizyta artysty w Polsce! Co działo się na koncercie?
Punktualnie o 21:00 rozpoczął się koncert wyczekiwany przez wszystkich zgromadzonych. Zanim na scenie pojawił się Louis Tomlinson we własnej osobie, fani usłyszeli zapowiedź i powitanie w Gliwicach na trasie "How Did We Get Here? World Tour", a na wielkim telebimie wyświetlił się pytajnik, będący logiem tournee, narysowany przez widowiskowe lasery, które rozświetlone zostały nad głowami uczestników wydarzenia. Artysta wkroczył na scenę w rytm swojego głośnego singla "Lemonade", którym wprowadził na arenę nieco słońca i powiewu lata. Fani podrzucali w górę żółte balony, a z sufitu posypało się żółte konfetti, które doleciało nawet na tył płyty, wprowadzając niepowtarzalną atmosferę.
Pierwsza część koncertu miała energetyczny klimat. Nie zabrakło piosenek takich jak "On Fire" z najnowszego krążka czy nieco starszych "Written All Over Your Face" oraz "Out Of My System". Wszystkie zaskoczyły mnie rockowymi aranżacjami, o które nie podejrzewałabym byłego członka One Direction. W tłumie na próżno można było szukać osób, które nie skakały przy rytmicznych bitach i nie tańczyły do gitarowych riffów, brawurowo wykonanych przez Michaela Blackwella z zespołu Tomlinsona.
Niedługo później przyszedł czas na nieco wolniejsze brzmienia. Louis, poprowadzony przez niebieskie światła laserów, wkroczył na wybieg i wykonał spektakularne "Bigger Than Me". Rozpoczął tym samym serię ballad, wśród których znalazły się "Saturdays" i "Angels Fly" z drugiej płyty artysty, a także "Dark to Light" i "Broken Bones" z najnowszego wydawnictwa. W międzyczasie piosenkarz przywitał się z polską publicznością, pytając jak się mają i zachęcając ich do głośnych krzyków oraz dobrej zabawy. Wzruszający segment zakończył dwoma utowrami, będącymi swoistym powrotem do przeszłości. Najpierw wykonał akustyczne "Defenceless". Na gitarze towarzyszył mu Isaac Anderson, kolejny członek niezastąpionego zespołu. Utwór wybrzmiał tak naprawdę na dziesiątki tysięcy głosów, wręcz chóralnie, bowiem niemal każda osoba na arenie znała tekst słowo w słowo, wspierając artystę. Kolejnym poruszającym wykonaniem okazała się nowa aranżacja "Just Hold On" - kompozycji, która zapoczątkowała solową karierę Louisa. Choć w oryginale nagrana została w elektronicznej wersji, we współpracy ze Steve'em Aokim, w Gliwicach wybrzmiała jako nastrojowa melodia, która wywołała łzy u niejednego fana.
Następnie Louis zaprezentował kolejne utwory z "How Did I Get Here", czyli albumu, dla którego wszyscy zgromadzili się w PreZero Arenie. Usłyszeliśmy "Lazy", "Sunflowers", "Lucid", "Imposter" oraz "Sanity". Każdej z piosenek towarzyszyły widowiskowe wizualizacje oraz pokazy świateł. Chwilami od sceny wręcz nie dało się odciągnąć wzroku, bowiem migania laserów aż hipnotyzowały.
Na zakończenie Tomlinson sięgnął po mieszankę kultowych hitów, takich jak "Kill My Mind", również przearanżowane na nieco bardziej rockowo, "Miss You", przywołujące wspomnienia z początków artysty na scenie, oraz "Palaces", podczas którego tradycyjnie zeskoczył ze sceny, aby zbliżyć się do tłumu pod barierkami, a ten ledwo powstrzymał się od zerwania z niego koszulki.
Na gliwickim koncercie nie zabrakło akcji fanowskich, z których znany jest fandom Tomlinsona. Już wcześniej wspomniane żółte balony, które pojawiły się nad głowami ludzi przy pierwszej piosence, były zwiastunem kolejnych kreatywnych pomysłów. I tym sposobem później mogliśmy zobaczyć słoneczniki uniesione w górę podczas "Sunflowers" czy synchroniczne podnoszenie i opuszczanie latarek podczas "Kill My Mind". Wielu fanów, w szczególności tych zgromadzonych w pierwszych rzędach przy scenie, miało ze sobą także plakaty z twórczymi hasłami. Niektóre z nich udało się dostrzec wokaliście, który nie krył rozbawienia.
Mimo wszystko z koncertu wyszłam z umiarkowanym zachwytem. Czego oprócz upragnionej przez wszystkich piosenki "No Control" brakowało? Będąc siódmy raz na solowym koncercie Tomlinsona nie oczekiwałam szalonych zwrotów akcji, tancerzy, fajerwerków czy wielkiej orkiestry. Piosenkarz przyzwyczaił nas do tego, że wychodzi na scenę, śpiewa, jego zespół gra, a publiczność dobrze się bawi do melodyjnych utworów. Schemat powtarzał się za każdym razem, a mimo to Louis zawsze potrafił zaskoczyć. Jego koncerty charakteryzowały się spontanicznością, świetnym kontaktem z fanami oraz energetyczną setlistą - i własnie tych rzeczy tym razem zabrakło.
Wydawało się, że artysta wyszedł na gliwicką scenę z niezbyt dobrym humorem. Choć uśmiechał się na widok skrupulatnie przygotowanych przez fanów plakatów czy akcji koncertowych, brakowało typowych dla niego żartów oraz przekomarzania się ze słuchaczami. Ani razu nie podjął spontanicznej rozmowy z uczestnikami zgromadzonymi pod barierkami, a jego skoki w tłum czy inne interakcje wydawały się dużo wcześniej zaplanowane i wręcz formalne. Ułożona przez artystę setlista również nie pomagała. Tak jak zawsze do większości piosenek Tomlinsona dało się tańczyć i świetnie bawić, tak tym razem wokalista postawił na nastrojowość i poruszające ballady. Choć nie przejęły one całkowicie koncertu, były znaczną większością. Tym sposobem wyszłam z PreZero Areny w refleksyjnym, melancholijnym humorze, nieco przytłoczona emocjami i wciąż spragniona czegoś więcej. Ach, no i z wielką miłością do polskiej, fanowskiej społeczności, która potrafi uratować każde wydarzenie.

















